Chile, Dolina Elqui, Pisco

„Tu spoczywa mój dobry druh Lucio, który lubił recytować poezje, śpiewać ile sił w płucach i kłócić się do upadłego…”. Odręcznie nabazgrane nekrologi wiszą na ścianie ciemnej groty, we wnękach zamiast trumien znajdują się stare, zakurzone butelki, a na całe pomieszczenie spogląda z gabloty ludzka czaszka.
Wbrew pozorom, to nie cmentarz, a destylarnia pisco, flagowego chilijskiego alkoholu.

Pierwszy raz miałam okazję spróbować go w Peru. W jednym z pubów w Arequipa zmówiłam koktajl Pisco Sour. Kwaskowaty drink na bazie pisco, cukru, soku z cytryny, kurzych białek i gorzkiego likieru angostura smakował wybornie. Parę lat później tuż po przylocie do Chile, pierwszym drinkiem który wypiłam była Piscola czyli proste połączenie pisco z coca colą. Już wtedy w barze w Santiago bardzo szybko zrozumiałam, że lepiej nie wspominać tu moich peruwiańskich doświadczeń z tym alkoholem. Pomiędzy obydwoma krajami trwa bowiem wielka wojna o pisco.

Pisco jest napojem typu brandy i produkuje się go ze sfermentowanych białych winogron pochodzących z odmian muscatów. Zarówno owoce jak i technika destylacji zostały przywiezione do Ameryki Południowej przez Hiszpanów w XVI wieku, nazwa prawdopodobnie pochodzi z języka quechua i wywodzi się ze słowa; pishkos co oznacza ptaszek. Pomimo, że to najpopularniejszy alkohol w Chile, to jednak w Peru na południu położone jest miasto Pisco, gdzie podobno zaczęła się jego produkcja. Zawzięty spór pomiędzy obydwoma krajami doprowadził nawet w pewnym momencie do nałożenia przez Chile w 1961 embarga, na peruwiańską odmianę pisco.

Przed powstaniem mocnego alkoholu otrzymuje się wpierw wino o zawartości ok. 14%, które powstaje z bardzo dojrzałych owoców białych winogron. W następnym etapie produkcji jest ono poddawane procesowi destylacji, dzięki któremu zawartość alkoholu wzrasta do 55-60%. Po kilkumiesięcznym leżakowaniu w dębowych beczkach jest rozcieńczane do 30-35% a następnie rozlewane do butelek. Pisco serwowane jest samo z lodem albo jako składnik słodkich koktajlów (najpopularniejsze to oczywiście Pisco Sour i Piscola).

IMG_8123Najlepszym miejscem w kraju do produkcji pisco jest położona na południu Dolina Elqui. Sprzyjająca jest tutaj gleba, klimat i odpowiednie nawodnienie terenu. Do tego widoki porośniętej plantacjami winorośli doliny są przepiękne. Podróżując okolicznymi szlakami nie możemy odpuścić wizyty w jednej z lokalnych destylarni. Nasz wybór pada na rodziną firmę Fundo Los Nichos. Zakład (na początku zajmujący się produkcją wina) został założony w 1868 roku przez rodzinę Rodriguez’ów i przez lata prowadzony był przez seniora rodu. Po jego śmierci interesem zajął się syn, który miał dość osobliwy i makabryczny pomysł na rodzinny biznes. Wymyślił sobie bowiem, że wino powinno leżakować… w towarzystwie nieboszczyków. Grobowce z trumnami miały znajdować się obok butelek z trunkiem. Na szczęście wykonanie tego dość mrocznego pomysłu nie było łatwe, dlatego właściciel zmienił koncepcje na bardziej realną. Zaprosił do siebie swoich znajomych i obiecał każdemu który upije się „w trupa” specjalną dedykację w miejscu gdzie pierwotnie miały spoczywać nagrobki. Do tej pory w Los Nichos (z hiszp. wnęki) na ścianach wiszą te przedziwne „nekrologi”. Opętany śmiercią właściciel nie porzucił jednak pierwotnego pomysłu i po jakimś czasie spełnił w końcu swoje marzenie. Kilka lat później, jeden z przyjaciół „podarował” mu ciało młodej dziewczyny, które spoczęło w krypcie pod betonową podłogą. Usunięto je stamtąd dopiero parę lat temu pod wpływem nacisków ze strony Chilijskiego rządu.

IMG_8133 IMG_8138IMG_8126
Przewodniczka, która oprowadza mnie po destylarni zarzeka się, że miejsce jest nawiedzone. Opowiada historie o dobiegających z krypt odgłosach spadających butelek i pokazuje zdjęcie, które kilka lat temu zrobiła sobie tutaj pewna rodzina. Na obrazku widać wyraźnie zarysowaną twarz mężczyzny.

Z lekkim dreszczem spacerujemy po niewielkim kompleksie. Najpierw zwiedzamy salę, gdzie winogrona są oddzielane od kiści, oczyszczane z brudu i robactwa. Następnie w wielkich garach następuje destylacja i leżakowanie, na koniec odwiedzamy słynną „trumienną salę”. Zimna, kamienna grota wypełniona jest zakurzonymi butelkami a na ścianach wiszą odręcznie napisane nekrologi. Czaszka w szklanej gablotce jest reprodukcją. Po tym jak Chilijski rząd dowiedział się o zwłokach spoczywających pod podłogą zwłokach, zabronił właścicielom przechowywać jakiekolwiek szczątki ludzkiego ciała.
Przewodniczka zaprasza na degustację. Każdy może spróbować klików rodzajów trunku. Sięgam po małą szklaneczkę i szybko wypijam alkohol który rozlewa się po gardle i delikatnie szczypie w podniebienie. Pisco jest bardzo silne, lekko aromatyczne, smakiem przypomina włoską grappę. Muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę je w koktajlach, dlatego zaraz po opuszczeniu Fundo Los Nichos lądujemy w restauracji, gdzie z przyjemnością wznoszę „Salud!” szklaneczką Chilijskiego Pisco Sour.

IMG_8141  IMG_8077

Przepis na Pisco Sour:

Składniki:
– 40 ml Pisco
– 1 Białko
– 15 ml Świeżo wyciśnięty sok z cytryny
– 10 ml Syrop z cukru trzcinowego
– 2-3 krople likieru Angostura
– 5-6 Kostki lodu

Przygotowanie:
Najpierw widelcem przez parę sekund należy ubić białko. Kostki lodu wkładamy do shakera, następnie wlewamy 5 ml ubitego wcześniej białka oraz resztę składników.
Koktajl energicznie mieszamy w shakerze przez około 8-10 sekund. Gotowy drink przelewamy do szklanki. Salud!

Zrzut ekranu 2015-11-11 o 10.54.18

Reklamy

Chiny, Chiny kulinarnie

Powoli podnoszę pałeczkami kawałek kurczaka i kieruję go w stronę ust. W ostatnim momencie mięso wyślizguje się i spada na stół. Automatycznie go podnoszę i kładę na rogu talerza.
– Bleeee, wy Europejczycy jesteście obrzydliwi – krzywi się mój Chiński towarzysz.
Całkowicie zaskoczona rozglądam się po sąsiednich stolikach. Jestem jedynym obcokrajowcem, dookoła sami tubylcy mlaskający i plujący wniebogłosy. Dodatkowo każdy rzuca oblizane kości kurczaka prosto na stół albo pod nogi. Nie wspominając już nawet, że nasz posiłek jemy na talerzu owiniętym plastikową reklamówką. Po skończeniu jedzenia siatka trafi do kosza a talerz do kolejnego klienta.
I to my jesteśmy obrzydliwi???…otwieram szeroko oczy i wpatruje się w mojego towarzysza.
– Przecież położyłaś brudny kawałek jedzenia obok tego dobrego, teraz Ci się pomyli i jeszcze przez przypadek go zjesz…

Próbowanie lokalnego jedzenia to chyba jedna z największych przygód w Chinach. Wśród tysiąca identycznie wyglądających znaczków, nigdy do końca nie wiadomo co się zamawia. Na szczęście wiele dań ma załączone w karcie zdjęcie, dzięki czemu mamy  jaką taką podstawową wizję tego, jak jedzenie będzie wyglądać. Wiele restauracji aby przyciągnąć zagranicznych gości tłumaczy dodatkowo menu na angielski. Robi to jednak na tyle nieudolnie, często używając podstawowego internetowego tłumacza, że często przy zagranicznym opisie potraw, można zobaczyć składniki takie jak: „opona” czy „okno” (??).
Z sokami nie ma takiego problemu, uliczni sprzedawcy przyrządzają je na naszych oczach z najbardziej kolorowych i soczystych owoców jakie można sobie wyobrazić. Ale żeby nie było zbyt normalnie, gotowy napój wlewają do  …plastikowej reklamówki. Idziemy więc sobie, trzymając siatkę za uszy i sącząc przez rurkę słodki nektar.

Skoro już jesteśmy na ulicy to warto rozejrzeć się dookoła, bo można tutaj znaleźć o wiele więcej skarbów niż tylko świeżo wyciśnięte soki. Stołowanie się na małych bazarach, tuż przy przejeżdżających obok samochodach, to unikalne i niezapomniane doświadczenie. Czego tam nie ma, najróżniejsze zupy, pikantne noodle, ryż przyrządzany na sto sposobów. No i oczywiście jedzenie „na kijku” czyli wszelkiego rodzaju szaszłyki z mięsa, z owoców, warzyw czy czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Nie można też zapominać o jogurcie. W Pekinie to świętość. Płynny, mocno schłodzony napój pije się przez słomkę wprost z glinianego kubeczka, które potem trzeba zwrócić sprzedawcy. Codziennie rano setki Chińczyków (dorośli i dzieci) stoją pod sklepami racząc się jogurtem, a wieczorem wszędzie można usłyszeć charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie naczyń, zbieranych przez sklepikarzy.

Pierogi! W smaku podobne do tych naszych, delikatne z soczystym nadzieniem. Kształtem odrobinę inne, bardziej okrągłe, przypominają małe saszetki. Gotowane są na parze w specjalnych drewnianych naczyniach. Można je kupić dosłownie wszędzie, nawet w Chińskich fast foodach, choć mi najlepiej smakują…oczywiście na ulicy.

Gdy już znudzi nam się jedzenie na bazarkach, trzeba rozejrzeć się za restauracją. Jest ich miliony. Od super ekskluzywnych i eleganckich po te wzorowane na Europejskie aż po tanie rodzinne przybytki. Chiny są olbrzymie a każdy zakątek specjalizuje się w innym jedzeniu. Warto odwiedzić restauracje z daniami regionalnymi, gdzie można spróbować pyszności z innych zakątków kraju (w Pekinie obowiązkowo słynna kaczka po pekińsku).

Jedzenie przeważnie serwowane jest w małych miseczkach. Każdy ma swoją porcję ryżu, pozostałe składniki rozłożone są po całym stole w osobnych naczyniach. Posiłki spożywa się przy pomocy pałeczek i podłużnych porcelanowych łyżek (do „siorbania” zup) chociaż sztućce są ostatnio coraz bardziej popularne.

Czy czegoś może brakować do szczęścia w tym kulinarnym raju? Na pewno produktów które w Polsce są popularne i łatwo dostępne (np. czekolada, żółty ser czy chleb. Chociaż pieczywo łatwo zastąpić bułkami pieczonymi na parze).

Warto się również przygotować na specyficzne maniery jakie panują przy stole. Siorbanie, mlaskanie, bekanie i inne podobne odgłosy, są w Chinach na porządku dziennym, a zwracanie na nie uwagi jest niepowszechne i niegrzeczne. Stół po skończonym posiłku wygląda czasem jak pobojowisko, wszędzie walają się kawałki jedzenia, kości z kurczaka, kawałki warzyw. W tańszych restauracjach często brakuje talerzy dlatego powszechną patyką jest jedzenie na reklamówkach.

Patrzę zdumiona na mojego Chińskiego towarzysza i zastanawiam się nad tym co właśnie powiedział. Spoglądam na swój talerz przykryty jednorazową siatką i nie mogę powstrzymać śmiechu. Siorbiący i plujący mężczyzna, właśnie zwrócił mi uwagę, że zachowałam się nieodpowiednio przy jedzeniu. Ale jestem w Chinach, kraju którego kompletnie nie rozumie, biorę  więc „brudny” kawałek mięsa i wyrzucam z powrotem na środek stołu, i muszę przyznać, że w tym momencie, ma to jakiś swój sens.

Chile, Puerto Montt

Przejeżdżamy zatłoczone ulice Puerto Montt i kierujemy się w stronę niewielkiego portu, na targ rybny Angelmo. W drewnianych, piętrowych budynkach ustawionych na nabrzeżu znajduje się market z lokalnymi produktami. Można tutaj kupić prawdziwe specjały z których słyną południowe prowincje kraju; sery, masła, suszone owoce, miód…. Chociaż największa popularnością cieszą się i tak super świeże owoce morza, sprzedawane w środku.

Duchota i wilgoć wypełniając całe pomieszczenie. Zapach jest ciężki do wytrzymania, dlatego szybko mijamy kolejne stragany, na których wystawione są skarby z porannego połowu.Tuż za budynkiem, potężne lwy morskie pluskają się w wodzie. Przez chwilę im się przyglądamy ale w brzuchu burczy coraz bardziej, a to znak, że nadszedł czas na punkt kulminacyjny naszej wizyty w tym miejscu, czyli na obiad.

Strome schody prowadzą nas na pierwsze piętro, gdzie znajduje się kilkanaście lokalnych restauracji. Wszystkie specjalizują się w potrawach z owocami morza a popisowym daniem jest oczywiście słynne Curanto. Siadamy w jednym z lokali. Miniaturowe wnętrze wypełniają tandetne ozdoby i stare zdjęcia zawieszone na wyblakłej, drewnianej boazerii. W przejściu ustawiony jest potężny gar z świeżymi małżami. Zamawiamy Curanto i cierpliwie czekamy. Babcia – właścicielka restauracji, na początek podaje nam w kubkach słony wywar z owoców morza. „To afrodyzjak” – uśmiecha się do nas.

Talerze, stoły i krzesła lepią się od pary wydobywającej się z malutkiej kuchni, która znajduje się w rogu lokalu. Okręcam kubek w dłoni w poszukiwaniu jedynego czystego miejsca, ale ponieważ takie nie istnieje, zamykam oczy i upijam łyk wywaru. Jest słony i bardzo intensywny w smaku. Pomimo, że uwielbiam małże, ten aromat jest dla mnie  zdecydowanie zbyt mocny. Odstawiam kubek na bok i próbuję chleba z lokalnym masłem, który babcia zostawiła nam na zakąskę.
Bułeczki są pyszne, ciepłe i chrupiące a masło delikatnie rozpływa się na ich rumianej skórce. „Chcecie trochę muzyki Chicos?” – pokrzykuje z kuchni i podkręca głośniki na cały regulator.

 

Po dłuższej chwili pojawia się znowu, a rękach niesie wielki kopiasty talerz. To właśnie główny powód naszego przyjazdu tutaj, gigantyczne Curanto.
Typowe danie z południa Chile, przyrządzane jest na kilka sposobów. Najbardziej tradycyjne i bardzo pracochłonne polega na wykopaniu półtorametrowej dziury w ziemi. Dno wykłada się rozgrzanymi do czerwoności kamieniami. Następnie kładzie się na nich poszczególne składniki dania. A jest tego trochę, Curanto składa się bowiem z owoców morza (kilka rodzajów gigantycznych małży oraz szczególne rodzaje ryb), mięsa, warzyw (kilka rodzajów ziemniaków a także milcao, coś na kształt ziemniaczanych placków z kawałkami mięsa w środku) oraz pikantnych kiełbasek. Każda warstwa składników jest oddzielona narca (Chilijska odmiana rabarbaru). Wszystko to przykryte zostaje wilgotnymi workami a następnie solidną warstwą błota i trawy. Po około godzinie Curanto jest gotowe do spożycia.
Oczywiście, obecnie wiele restauracji, skróca sobie drogę w przygotowaniu tego niezwykle czasochłonnego dania i przyrządza  Curanto w zwykłych garnkach do gulaszu.

Babcia znika z pola widzenia, a my zaczynamy ucztę. Na pierwszy ogień idą małże. Przepyszne, świeże i do tego potężne. Rozmiar- super XXL. Próbuję ziemniaków i milcao ale za każdym razem wracam do owoców morza. Chyba jedyne, co mi tak naprawdę nie podchodzi z tego niesamowitego zestawu, to małe kiełbaski. Ich smak jest dość niewyraźny i kompletnie nie pasuje do pozostałych składników.
Z kopca jedzenia, powoli wyciągam kolejną małże i jeszcze jedną…. Ręce śmierdzą mi jak staremu rybakowi, ale nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed tym przepysznym posiłkiem.

„Gdzie jest babcia?” -rozglądamy się wokoło. Chcemy zapłacić ale właścicielka poszła akurat na plotki do sąsiedniego lokalu.

„I jak chicos, zadowoleni? smakowało?” – pyta uśmiechnięta. Zadowoleni, smakowało! Kto by pomyślał, że w tej brudnej, tandetnej, restauracyjce znajdę danie idealne. Duże, pyszne owoce morza i to do tego za naprawdę śmieszne pieniądze. Ich smak i zapach pozostanie ze mną na długo. Ciężko będzie teraz znaleźć coś równie pysznego…

Chiny, Pekin, kaczka po pekińsku

W małej restauracji w Pekinie, pomiędzy trzema osobami, toczy się zaciekła rozmowa na temat wyższości kuchni Chińskiej, nad wszystkimi innymi.

-Na przykład, takie pierogi, narodowe Polskie danie- tłumaczy Jarek, który od kilku lat mieszka w Państwie Środka – pochodzą z Chin.

-A Włoski makaron to nic innego jak Chińskie noodle – dodaję.

Meksykanin Armando kreci z niedowierzaniem głową i z wszystkich sił, broni swojej narodowej kuchni. Nagle naszą rozmowę przerywa kelnerka, a na stole ląduje słynna kaczka po pekińsku.  Kobieta wykłada mięso, przyprawy, składniki poboczne i cieniutkie placki/naleśniki. Potem powoli objaśnia jak należy prawidłowo spożywać danie. Nie jest to bardzo skomplikowane, na placku kładzie się najpierw kaczkę, potem według upodobania, przyprawy słodkie bądź ostre, a na końcu, składa się cały naleśnik na pół. Finalny kształt tego słynnego dania, od razu nasuwa mi pewne skojarzenia.

-No widzisz Armando –rozbawiona zwracam się do mojego Meksykańskiego znajomego –burrito też pochodzi z Chin!;)

Kaczka po pekińsku to chyba najbardziej znane danie, z całej, niezwykle różnorodnej kuchni Chińskiej. Przed wyjazdem do Azji próbowałam ją kilkakrotnie w lokalnych „Polskich” restauracjach Chińskich.  Szczerze mówiąc, nie potrafiłam wtedy zrozumieć fenomenu tego słodkawego dania podawanego z ryżem. Żeby w pełni  pojąć, co w tej Chińskiej kaczce dziwaczce jest niezwykłego, musiałam dopiero zawitać do małej Pekińskiej restauracji, w pobliżu placu Tiananmen.

Miejsce wybrał Jarek. Był już wieczór a cała nasza trójka, po długim dniu zwiedzania, dosłownie umierała z głodu. Lokal znajduje się w małej alejce, i podobnie jak wszystkie okoliczne restauracje specjalizuje się w tym popularnym daniu. Już od wystawy wiemy, że trafiliśmy do właściwego miejsca, w witrynie na hakach wiszą bowiem, nie wyglądające jeszcze za smakowicie, obdarte z piór kaczki.

Przyrządzenie słynnej kaczki po pekińsku wymaga dużo czasu i precyzji. Cały proces tworzenia dania zaczyna się z chwilą zabicia ptaka. Starannym ruchem noża podcina się mu gardło, równocześnie zostawiając  w całości przytwierdzoną do ciała głowę. W kolejnym  etapie, kaczki są dokładnie skubane, patroszone i myte. Następnie przez otwór w szyi wpompowane zostanie  powietrze. Zabieg ten ma na celu oddzielenie skóry od tłuszczu, następstwem czego jest wyjątkowa w smaku, kruchość mięsa. Po tym wszystkim kaczki moczone są przez chwilę we wrzątku i zostają odwieszone na hakach do całkowitego wyschnięcia. Kolejnym etapem jest pokrycie mięsa glazurą z syropu maltozowego i pozostawione na kolejne  24 godziny. Po upływie doby, kaczki wiesza się w ceglanym piecu i piecze nad ogniem z drewna drzew owocowych (najczęściej brzoskwiń i gruszy), aż staną się złocisto-brązowe, lśniące i chrupiące.

Dopiero wtedy kaczka ląduje na stoliku kucharza, który ostrym nożem oddziela mięso  z chrupką skórką od kości. Z pozostałych, nienadających się do spożycia części, przygotowana jest zupa. Dodatkowo na stole układane są dania poboczne, które każdy może sobie wybrać według własnych upodobań. Przeważnie są to warzywa w smacznych, lekkich sosach; podłużne chińskie brokuły, małe ogórki czy pokrojone w kostki tofu w pikantnym sosie. Na oddzielnych naczyniach ułożone jest mięso kaczki. Oprócz tego dostajemy również kwadratowe talerze na których znajdują się m.in. dymki, cukier i słodki, aromatyczny sos Tian Mian Jiang. Każdemu przydzielona jest też miska ryżu, zupy i drewniany pojemnik z plackami. Do popijania zamawiamy pyszną zieloną herbatę.

Całość smakuję jak poezja. Mięso kaczki jest bardzo delikatne, lekko słodkawe, a składniki poboczne nadają mu przyjemnej ostrości. Warzywa są niezwykle aromatyczne i świeże. Na koniec dostajemy od kelnerki, dwie nóżki do obgryzienia i solidną dolewkę zielonej herbaty. Całe danie znika z talerzy w mgnieniu oka. Po tym kulinarnym raju, najedzeni i szczęśliwi, idziemy jeszcze na spacer rozświetlonym latarniami, placem Niebiańskiego Spokoju.

Pierogi, herbata, ryż, po dzisiejszym posiłku odkryłam jeszcze jedną rzecz, która przywędrowała do nas z Chin. Po spróbowaniu tutejszej kaczki po pekińsku, jestem niemal pewna, że określenie ‘”rozpływać się w ustach” padło również po raz pierwszy, właśnie w Państwie Środka.

Korea Południowa, Gyeongju

Poznawanie nowych smaków, próbowanie egzotycznych dań i  trunków to nieodłączny  element każdej wyprawy. Chociaż jak to zwykle bywa z podróżami, nigdy  tak naprawdę nie wiemy, gdzie nas nasza ciekawość zaprowadzi, do niebiańskiej rozkoszy podniebienia czy piekielnego zatrucia pokarmowego. Jedno jest pewne, zawsze warto zaryzykować taką podróż w nieznane.

Miasto Gyeongju w Korei Południowej przyciąga turystów zabytkowymi świątyniami i przepięknymi krajobrazami.  Koreańczycy przyjeżdżają tutaj jednak dla czegoś innego, wyjątkowej w smaku, niespotykanej nigdzie indziej, kuchni regionalnej.

Nim  jednak pójdziemy zasmakować lokalnych dań w restauracji, moi Koreańscy znajomi prowadzą mnie do pewnego sklepu/ piekarni, gdzie od 1939 roku wyrabiany jest tutejszy największy specjał, Hwangnamppang (황남 빵). Produkowany według 70 letniej receptury miękki chleb (kształtem przypominający bardziej małe, okrągłe ciasteczka) wypełniony słodką pastą z czerwonej fasoli, jest jednym z ulubionych przysmaków Koreańczyków.

Gdy moi znajomi kupują po kilka pudełek Hwangnamppang, ja przyglądam się przez wielkie okno, poszczególnym etapom produkcji. Każda partia chleba przygotowywana jest ręcznie, począwszy od zagniecenia ciasta, skończywszy na pakowaniu w ozdobnych pudełkach. Hwangnamppang można kupić w dwóch sklepach w Gyeongju, oba znajdują się w niedalekiej odległości od dworca pociągowego.

Obładowani pudełkami słodkości, jedziemy do lokalnej restauracji, spróbować najpopularniejszego tutejszego dania, ssambap (쌈밥). Zatrzymujemy się w przydrożnym lokalu, gdzie po uprzednim ściągnięciu butów, starsza kelnerka usadza nas na twardych matach na podłodze przy niskim, masywnym stole. Wystrój restauracji jest bardzo ekologiczny, praktycznie wszystko, podłoga, ściany, meble wykonane są z jasnego drewna. Nie dostajemy żadnego menu bo lokal serwuje jedynie ssambap, kelnerka pyta tylko o potrawy „poboczne”, które każdy może dobrać według własnego uznania.

Czym jest ssambap? To niezwykle popularne w całym kraju danie ryżowe, które jednak najbardziej efektownie serwowane jest właśnie w Gyeongju. Kelnerka podchodzi do nas z okrągłymi tacami, na których wyłożonych jest kilkadziesiąt miseczek. Małe naczynia, bardzo szybko zastawiają cały stół. Każdy z nas otrzymuje metalowy pojemnik z gorącym, lepkim ryżem oraz kwadratowy talerz na którym wyłożone są najróżniejsze liście warzyw i wodorosty. W pozostałych miskach znajdują się różnego rodzaju mięsa, ryby, omlety z jajek, warzywa, tofu, kiełki, sojowy makaron, przeróżne sosy i przyprawy. Na liściach po kolei układa się ryż, i po trochu z wszystkiego na co mamy ochotę, potem wszystko zawijamy i danie jest gotowe do spożycia.

Do jedzenia mamy jedynie metalowe pałeczki (Koreańczycy są prawdopodobnie jedynym krajem w Azji, który nie używa drewnianych pałeczek), a bardziej niesforne kawałki mięsa i omletów tnie się… nożyczkami. Podczas kolacji staram się przestrzegać Koreańskiego savoir vivre, nie wbijać pałeczek do ryżu, gdy kończę jedzenie, ani nie celować nimi w mojego rozmówce.

Kelnerka co jakiś czas uzupełnia miseczki nowymi smakołykami. Porcje są obfite i bardzo świeże, ponieważ restauracja wykorzystuje jedynie sezonowe produkty. Całość smakuje wyśmienicie i bardzo zdrowo, chociaż cały czas muszę podpytywać znajomych w której miseczce kryją się ostre dania (Koreańska kuchnia potrafi być piekielnie pikantna). Cena takiej pysznej kolacji , z nieograniczoną liczbą dostawek, to 10000 won na osobę, czyli około 30 złotych. Smacznie, dużo i tanio, tą kulinarna podróż, zdecydowanie można zaliczyć do bardzo udanych.