Kajmany, George Town

Jak się dostać z Kuby do Miami? Przez Jamajkę! Jak się dostać z Kuby na Jamajkę? Przez Kajmany! Nocny postój w George Town, stolicy kraju to doskonała okazja żeby rozejrzeć się po okolicy.

Z czym kojarzą mi się Kajmany? Z luksusem, z bankami, z eleganckimi hotelami. Pierwsze co przychodzi mi więc do głowy do nocleg na couchsurfingu. Szybko znajduje sympatycznego Edda i już w spokoju mogę planować dalszą część mojej podróży po Ameryce Środkowej.

Na Kubie ciężko o internet dlatego nie mam jak przypomnieć Eddowi szczegółów mojego przylotu. Siedzę w samolocie z Hawany jak na szpilkach, trzymając mocno kucki, żeby mój dzisiejszy host pamiętał o mojej wizycie. W międzyczasie zagaduje do mnie dwóch Amerykanów którzy mieszkają na Kajmanach. „Jak się nie zjawi, możesz zatrzymać się u mnie” – proponuje mi nieznajomy- „Mieszkamy z żoną niedaleko lotniska więc mogę cię rano podrzucić na samolot”.

Zabieram plecak z taśmy i podchodzę do Amerykanina. „Jadę teraz do biura, ale za godzinę będę tędy przejeżdżać, jak wciąż tu będziesz, zapraszam do siebie”. Siadam na ławce przed lotniskiem i wypatruje Edda. Na szczęście już po 15 minutach zjawia się znajoma twarz. Szczuplutki Filipińczyk z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, mocno mnie przytula: „Witaj na Kajmanach!”.

Pierwszy przystanek, restauracja. Dobrze się składa bo umieram z głodu. Na kolacje dołącza do nas przyjaciółka i współlokatorka Edda, Reko. Mój gospodarz wybiera typową Amerykańską restaurację których tutaj jest na pęczki. Amerykanie stanowią większą część populacji Kajmanów. A już szczególnie tej nocy, gdy w telewizorach leci transmisja z Super Bowl, największego amerykańskiego święta football’u.

„Przyjmujemy couchsurferów z nudów”- tłumaczy mi Edd – „Na wyspie niewiele się dzieje, to jedna z rozrywek” . Rozglądam się dookoła. Nawet krzyczący wniebogłosy kibice nie są w stanie zakłócić panującego w okolicy spokoju.

Po posiłku kierujemy się na słynną Siedmiomilową plażę. Słońce będzie zaraz zachodzić, więc siadamy na piasku i wpatrujemy się przed siebie. Wczorajszy zachód słońca na Kubie, jutrzejszy gdzieś na Jamajce, dzisiejszy na Kajmanach….jak tutaj nie kochać podróży.

Jest już całkiem ciemno gdy znowu wsiadamy do samochodu Edda. Jedziemy teraz do miasta, chociaż Georgetown, stolica kraju, to w zasadzie mała wioska. Zwiedzanie zaczynamy od….domu handlowego czyli centrum towarzyskiego wyspy. W kilku budynkach znajdują się kino, ekskluzywne sklepy i kilkanaście luksusowych restauracji ulokowanych wzdłuż sztucznej laguny. Potem powoli spacerujemy po opuszczonych ulicach miasta.

Wszystkie budynki wyglądają prawie identycznie jak na Arubie czy Amerykańskim Key West. Dwupiętrowe domy obite są kolorowym saidingiem, z przodu znajdują się drewniane werandy a przed wejściem zadbane ogródki. Wzdłuż portu ciągnie się kilka restauracji i sklepów. Bardziej w głębi ustawione są słynne banki. Dalej są już tylko osiedla mieszkalne. Przy czym na wyspie próżno szukać wysokich budynków, wszystkie domy maja około dwa, trzy piętra. Niewiele się tu dzieje. Całe miasto można obejść dosłownie w 15 (!) minut.

Ponieważ mój samolot na Jamajkę stratuje o 6 rano, a wszystkie lokale w okolicy powoli zbliżają się do zamknięcia, udajemy się do domu Edda.
„Gdybyś miała więcej czasu, pojechalibyśmy na okoliczne plażę, ponurkowali z rurką”- zachęca Edd – „Bo w mieście naprawdę nie ma co robić”.

Mój pierwszy i ostatni wieczór na Kajmanach upływa nam więc na rozmowach o… Filipinach, skąd pochodzi Edd i Reko, a mi tym samym  świta już w głowie pomysł kolejnej podróży: (czytaj: TUTAJ) 😉

O 4 rano razem z Eddem zbieramy się z łóżka i jedziemy na lotnisko. Po drodze mijamy miasto i szereg osiedli z identycznie wyglądającymi domami. Kajmany to najczęściej cel wycieczek bogatych Amerykanów, Brytyjczyków i wielkich statków pływających po Karaibach. To popularne miejsce plażowych ślubów i nurkowania. To również doskonała miejscówka na przystanek w wyprawie. Wystarczająco długi żeby odpocząć od podróży, wystarczająco krótki żeby się zbytnio nie znudzić.

Australia, Plaże w Sydney

Pierwsza myśl po przebudzeniu, pójdę na plażę. Mam do szkoły na później, pójdę na plażę. Kończę pracę w południe, pójdę na plażę. Co robić w weekend, pójdę na plażę…

To co wyróżnia Sydney pośród innych metropolii  to zdecydowanie pięknie położenie geograficzne. Miasto znajduje się w zagłębiu jednego z największych naturalnych portów na świecie. Otaczający go od wschodu Pacyfik nie tylko uatrakcyjnia to miejsce, ale także nadaje mu specyficzny charakter. Bo czy najpopularniejsze powiedzenie w Australii „no worries” (nie ma sprawy, żaden problem, nic się nie stało, spoko) miałoby jakikolwiek sens bez tutejszych plaż i relaksującego szumu fal?

Celebrowanie plażowego życia to nierozerwalna cześć Sydney. Będąc tutaj nietrudno zarazić się atmosferą wiecznych wakacji. Nikogo nie dziwi, że ktoś biegnie do autobusu w centrum miasta w kostiumie kąpielowym, albo wytrzepuje piasek z plecaka na stacji metra. Bo w Sydney praktycznie każdy jest w drodze na plażę albo właśnie z niej wraca.

Jakże mogłoby być inaczej kiedy miasto otacza ponad 40 plaż, a najbliższa – Bondi,  jest zaledwie kilkanaście minut drogi autobusem od samego centrum. Bondi można śmiało nazwać wizytówką Sydney, to najpopularniejsza i najbardziej znana tutejsza plaża. Położona jest w pięknej dzielnicy z typowymi dla zabudowy miasta szeregowymi domkami jednorodzinnymi ciągnącymi się prawie nad samą wodę, ale można też tutaj znaleźć wielkie domy handlowe, liczne restauracje i bary. Doskonałe połączenie komunikacyjne ułatwia dojazd nawet z najbardziej odległych przedmieść.

Mieszkańcy często wpadają tu tylko na chwilę, w drodze do pracy, albo wręcz przeciwnie, leniwie spędzają cały dzień. Wystarczy przejść przez promenadę, która oddziela plażę od reszty dzielnicy, żeby zrobić zakupy albo zjeść lunch, a potem wrócić na piasek. Kto nie przepada za kąpielą w otwartym morzu może skorzystać z wielkiego basenu wypełnianego słoną woda przez… sam ocean. Olbrzymie fale uderzają o ściany zbiornika i przelewają się do jego  środka. Poza tym plaża jest pięknie wkomponowana w krajobraz, otoczona z obu stron malowniczymi klifami. Wielką atrakcją jest spacer ścieżką wzdłuż urwistego brzegu z przepięknymi widokami. Bardzo łatwo można się nią dostać na sąsiednie plaże. Po godzinie drogi mija się malutką Tamarama – to jedno z najpopularniejszych miejsc do surfowania, by na końcu drogi wylądować na Bronte. To bardziej kameralne miejsce, uwielbiane przez rodziny z dziećmi. Bronte nie jest tak popularna jak Bondi ale ma to też swoje dobre strony. Jest tutaj zdecydowanie mniej restauracji i sklepów a co się z tym wiąże ludzi i hałasu.

Miano najpiękniejszej plaży w Sydney można śmiało przyznać Manly. Żeby się na nią dostać  trzeba skorzystać z promu kursującego po kilkanaście razy dziennie pomiędzy centrum miasta a dzielnicą. Podroż trwa pół godziny ale czas mija w mgnieniu oka, bo jest to zdecydowanie jedna z najatrakcyjniejszych tras na świecie. Z pokładu można bowiem podziwiać całą panoramę miasta ze słynną Operą i mostem Harbour Bridge na czele. Przy odrobinie szczęścia widać też wyskakujące z wody  delfiny. Manly to kolejna plażowa dzielnica miasta, zamieszkiwana głównie przez klasę średnią. Plaża leży na wąskim półwyspie, jest długa, czysta, przystosowana do uprawiania wielu sportów. Podobnie jak na Bondi, jest też tutaj duże zaplecze gastronomiczne i handlowe ale ceny są o wiele przystępniejsze niż w pozostałych częściach miasta.

Kolejnym bardzo popularnym miejscem jest Coogee. To właśnie tutaj zaczyna się malownicza ścieżka na klifach, która potem prowadzi na Bondi i Bronte.  Coogee oddalona jest 4 km od tej pierwszej i wydaje się jej lustrzanym odbiciem. Wiele osób krytykuje lokalizację za hałas, to wina pobliskiego lotniska, często zdarza się ze samoloty przelatują tuż nad leżącymi na piasku ludźmi, ale nawet pomimo to Coogee ma swoich wiernych fanów, spędzających tutaj każdą wolną chwilę.

Maroubra to doskonałe miejsce na weekendowe grillowanie. Plaża otoczona jest sporym parkiem, gdzie za kilka dolarów można wynająć grilla. Czasem ciężko jest znaleźć kawałek wolnego miejsca, żeby rozłożyć koc. Piknik połączony z barbecue (BBQ)  z rodziną i przyjaciółmi to po plażowaniu, ulubiona forma spędzania czasu mieszkańców Sydney.

Miłośnicy surfingu kochają za to Cronulla. Wokół plaży znajduje się mnóstwo szkółek i wypożyczalni sprzętu. Fale są niespokojne i wysokie ale też płaskie, dobre do nauki.

Gdy mieszkałam w Australii, moim absolutnym numerem jeden była La Perouse. Pusta, trochę dzika plaża oddalona od centrum ok. 40 minut jazdy autobusem. Wprawdzie duże fale utrudniają pływanie, ale za wszystko nadrabiają widoki. La Perouse znajduje się na przylądku Banks, jednym z najbardziej wysuniętych w stronę otwartego oceanu. Często przyjeżdżałam tutaj ze znajomymi, kolegami ze szkoły a gdy chciałam odpocząć i się wyciszyć, sama.

Mieszkanie nad morzem to fantastyczna przygoda. Daje poczucie wolności i przestrzeni, której tak często brakuje we współczesnych betonowych dżunglach. I za tym tęsknie chyba najbardziej. Za otwartym oceanem i za dniami kiedy pierwszą myślą po przebudzeniu było: „pójdę na plażę”.

Filipiny, Palawan, El Nido

Na zielonym wzgórzu stoi chatka, a w tej chatce mieszkam ja. Codziennie rano przeciągam się w wygodnym łóżku, rozsuwam wielkie szklane drzwi i wychodzę boso na taras. Opieram się wygodnie o drewnianą barierkę i wciągam głęboko powietrze. Nigdy nie wiem, gdzie zaprowadzi mnie podróż. Po miesiącach tułaczki po brudnych hostelach i kilkuosobowych dormach wylądowałam właśnie tutaj, gdzie? Chyba w raju.

Na początku jak zwykle wybrałam tani hostel, taki naturalny wybór po dotarciu do nowego miejsca. Dodatkowo do miasteczka El Nido na Palawanie, jednej z wysp Filipin, przyjechałam w strugach deszczu, więc nie miałam ani siły, ani ochoty na szukanie czegoś innego. Już następnego dnia podczas spaceru poznałam wesołego Nowozelandczyka. Od słowa do słowa zapytałam go gdzie mieszka. „Tam”- wskazał palcem na zielone wzgórze górujące nad plażą, po czym dodał: „Słuchaj, ja jutro wyjeżdżam, jak chcesz możesz zająć domek”.

Pierwsza myśl-nierealne. Na pewno będzie kosztować mnóstwo pieniędzy, ale z ciekawości nazajutrz wybrałam się do właściciela.
-Masz szczęście, właśnie przed chwilą dostałem maila od Chińskich turystów, że odwołują dzisiejszy przyjazd więc domek będzie wolny.
Niestety cena jest zbyt wysoka, więc żegnam się grzecznie i powolnym krokiem kieruje do wyjścia, gdy nagle właściciel łapie mnie za ramię.
-Ok, dogadajmy się -w sezonie deszczowym, gdy turystów jest jak na lekarstwo, a całe El Nido jest wyludnione, ciężko mu będzie znaleźć chętnych. Po kilku minutach ostrych negocjacji, dochodzimy do porozumienia. A ja chyba po raz pierwszy w podróży, dostaje plik kluczy do swojego własnego domku.

Prawie sto kamiennych stopni prowadzi na wzgórze. Ukryta pomiędzy drzewami drewniana chatka znajduje się prawie na szczycie. Otwieram skrzypiące się drzwi i wchodzę do przestronnego salonu. Oprócz wielkiej kanapy i stolika nie ma tutaj innych mebli. Cała zewnętrzna ściana to w zasadzie przeszklone drzwi, które prowadzą na taras, skąd roztacza się oszałamiający widok na zatokę. Balkon dosłownie tonie w zieleni co daje poczucie kompletnego odseparowania i intymności. Z salonu po kilku schodach w górę można dostać się do niewielkiej sypialni z pięknym rzeźbionym łóżkiem i łazienką, a zaledwie kilka stopni w dół znajduje się przeszklona kuchnia z której wychodzi się na balkon, położony poziom niżej od tarasu.

Gdy wybierałam się na Filipiny w środku sezonu deszczowego, moi znajomi pukali się w głowę. Ale ja wiedziałam lepiej, pewnie popada kilkanaście minut w ciągu dnia, góra godzinę a potem już tylko piękne słońce, plaża i relaks. Gdy wylądowałam w Puerto Princesa, głównym mieście na Palawanie, pracownicy linii lotniczej po kolei podchodzili z parasolami do drzwi samolotu, odprowadzając pasażerów przez pas startowy do lotniska. Lało tak jakby ktoś odkręcił kurek z wodą. Na początku ja i znajomy francuz, który dołączył do mnie następnego dnia, planowaliśmy podróżować po całym Palawanie, ale przez zalane drogi nasz pomysł szybko stał się niemożliwy. Puerto Princesa nie jest zbyt atrakcyjne dlatego prywatnym busem postanowiliśmy przejechać wyspę i na całe dwa tygodnie osiąść w El Nido, małym miasteczku, o którym wcześniej słyszałam od znajomych same pozytywne opinie.

Podróż była udręką. Mały busik co chwile podskakiwał na błotnistych kałużach. Drogi były tak rozpulchnione wodą, że kilka razy byliśmy blisko wysiadki i przymusowego pchania samochodu. Na szczęście po prawie 9 godzinach dotarliśmy na miejsce a tam…jakże inaczej, pada deszcz. Wskoczyliśmy w tricycle czyli trójkołową motorową rikszę i udaliśmy się pod adres pierwszego lepszego hostelu z przewodnika. Z miejscem do spania nie było problemu, najwyraźniej inni podróżnicy mieli na tyle rozumu w głowie, żeby nie podróżować po Filipinach w środku największej ulewy w roku. Na szczęście następnego dnia spotkałam wspomnianego już Nowozelandczyka, który odmienił mój kiepsko zapowiadający się los w El Nido. A że szczęście przychodzi parami, wraz z domkiem na wzgórzu, wyszło słońce.

Od tej pory każdy dzień zaczynał się podobnie. Poranek w słonecznej sypialni a potem śniadanie z widokiem na tasie. Krótka rozmowa z właścicielem i spacer po miasteczku. Szybko odkryłam zalety podróży w sezonie deszczowym. Mało turystów znaczy więcej miejsca dla mnie. Już po kilku dniach znałam kelnerów z sąsiednich restauracji, właścicieli barów, okoliczne dzieciaki biegające na bosaka po plaży.

       

El Nido to malutkie miasteczko ukryte w naturalnej zatoce. Główna ulica opanowana jest przez turystyczne atrakcje, salony masażów, manicure, tatuaży, restauracje serwujące świeże owoce morza, i soki wyciskane z owoców. Im bardziej na zachód tym bardziej lokalnie. Chociaż i tak porównując Palawan do innych Filipińskich wysp, turystów jest tutaj w dalszym ciągu bardzo mało. Wielkie hotele nie wybudowały jeszcze plastikowych kurortów ani tłocznych parków rozrywki. Dalej jest więc spokojnie, lokalnie i rajsko.

Pomimo przebijającego się nieśmiało słońca, wciąż trwa sezon deszczowy a przez niebo od czasu do czasu przetaczają się tajfuny. Dożo czasu spędzam więc w moim domku, gotując naleśniki, czytając lub po prostu nadrabiając pisarskie zaległości. W całym mieście od rana do wieczoru nie ma prądu, co wprawdzie pomaga w koncentracji ale za to dostanie czegoś zimnego lub z lodem (o samych lodach nie wspominając) w środku dnia graniczy z cudem. Nie ma też tutaj bankomatów ani banków, co skutecznie pomaga w oszczędzaniu gotówki na resztę podróży 😉

Całe El Nido to w zasadzie zaledwie kilka ulic, ale w okolicach można znaleźć wiele atrakcji. Pobliskie piękne plaże i ukryte w lesie wodospady znajdują się w niewielkiej odległości i można tam z łatwością dojechać trójkołowymi rikszami. Jednak zdecydowanym numerem jeden tego miejsca jest niezwykły archipelag Bacuit. Setki małych (często bezludnych) wysepek rozrzuconych na turkusowej wodzie. Każda agencja w mieście oferuje cztery różne formy zwiedzania archipelagu (tour A, B, C i D). Można zdecydować się na całodniową wycieczkę po plażach, jaskiniach i lagunach, wybrać ofertę połączoną z nurkowaniem głębinowym, pływaniem z rurką lub kajakiem. W cenę wliczony jest lunch na plaży.

My decydujemy się popłynąć z zaprzyjaźnioną rodziną, która na El Nido prowadzi swój niewielki biznes. Przez kiepski sezon, dostajemy naprawdę okazyjną cenę a także nie musimy trzymać się sztywno wyznaczonych miejsc sugerowanych przez biura turystyczne, sami możemy zdecydować które wyspy chcemy odwiedzić. Wypływamy łódką po śniadaniu. Kapitan to syn właściciela agencji, ma piętnaście lat, ale świetnie sobie radzi. Pierwszy przystanek to Helicopter Island, wyspa która zawdzięcza swoją dziwną nazwę, kształtowi zbliżonemu do helikoptera. Następnie płyniemy na Secret Lagoon. Wyskakujemy do wody i przechodzimy po mieliźnie do otworu w ścianie. Zgodnie z instrukcją mojego piętnastoletniego kapitana czekam aż fala uderzy w kamienne okno i oczyści drogę przez małą jaskinie. Wchodzę do środka, opierając się o ostre skały. Korytarz jest wąski i bardzo krótki i już po chwili jestem po drugiej stronie w sekretnej lagunie. Otoczone wysokimi skałami tajemnicze jezioro, wypełnia transparentna, zielonkawa woda. Jest jasno chociaż prawie w ogóle nie dociera tu słońce. Przepiękne miejsce, z chęciom zostałabym tutaj na dłużej ale z oddali słyszę rozmowę, a to znaczy, że ktoś zaraz wejdzie przez kamienną jaskinię. Przepuszczamy przybyszów a sami wracamy na łódkę. Opływamy wyspę dookoła by po przeciwnej stronie zatrzymać się na Małej Lagunie. Z przyjemnością schodzę z powrotem do wody i pływam wokół strzelistych skał. Nadchodzi pora obiadu. Na Cadlao Lagoon mój młody kapitan przygotowuje grillowanego kurczaka, gotuje ryż i kroi ananasa. Ja w tym czasie spaceruję po malutkiej plaży otoczonej laguną. To miejsce podoba mi się najbardziej, jest opuszczone i ciężko dostępne. Prawdziwa bezludna wyspa, jak z książki o rozbitkach. Posiłek jem siedząc wygodnie na żółtym piasku, wpatrując się w spokojnie falującą wodę.

Mam ochotę jeszcze popływać ale zbliża się tajfun. Niebo w sekundę robi się granatowe niczym atrament rozlany na chmurach. Wskakujemy na łódź ale od razu wiemy, że nie uciekniemy przed deszczem. Chowam swoje rzeczy w plastikowe torby i wkładam do schowku pod pokład. Otwieram parasolkę, jakby miała coś pomóc i obserwuje zbliżającą się w naszym kierunku zasłonę deszczu. Przez chwilę walczymy z wiatrem i potężną ulewą. Daje słowo, jeszcze nigdy nie byłam tak mokra. Czułam jakby deszcz przenikał przez moją skórę i uderzał w kości. Całe moje ciało było po prostu przesiąknięte wodą.

Gdy tylko dotarliśmy do brzegi wyskoczyłam z łódki jak z procy.
-Zapłacicie jutro, a teraz biegnijcie się przebrać- krzyknął do mnie właściciel agencji a sam razem z synem próbowali zacumować łódź.
Jak powiedział tak tez zrobiłam. Gdy tylko wbiegłam do mojego domku wyskoczyłam z mokrych ciuchów. Po prysznicu zakopałam się w koc i do wieczora słuchałam deszczu uderzającego w dach.

Następnego dnia gdy szliśmy zapłacić za wycieczkę, miałam już gotowy plan w głowie, chce wrócić na Lagunę Cadlao i chcę zostać tam na noc.
-Nie ma problemu- usłyszałam.
Wypływamy nazajutrz, znowu odwiedzamy różne plaże i jaskinie by na koniec wylądować na lagunie. Mój piętnastoletni kapitan i jego równie młody kolega, rozbijają na piasku namiot. Plaża ma może z pięć metrów, otoczona jest wysokimi na kilkanaście metrów skałami po których skaczą małpki.

Namiot rozbity, kolacja zjedzona. Na wszelki wypadek, jakby coś się stało, łódź z kapitanem zacumowana będzie po drugiej stronie wyspy, wystarczy, że nadamy sygnał latarką. Chłopaki odpływają zostawiając nas samych na wyspie. Przed zachodem słońca idę popływać w zielonkawej wodzie a potem siedzimy na niewielkiej plaży. Jest absolutnie cicho i absolutnie pięknie…

W środku nocy budzi nas silny deszcz. Rozsuwam drzwi a tam woda praktycznie podlewa namiot. Szybko postanawiamy przenieść się do chatki na balach, która znajduje się na krańcu plaży. Takie opuszczone domki występują niemal na każdej wyspie i służą przeważnie do obserwacji terenu. Chatka jest mocno dziurawa dlatego prędko przenosimy do środka namiot. I tak znowu ląduję w domku, może tym razem bez pęku kluczy ale za to z własną laguną.

Kapitan jest bardzo zaskoczony widząc rano namiot ustawiony na drewnianych balach. Śmieje się słuchając o naszych nocnych przygodach, gdy w kompletnych ciemnościach z latarką w zębach przenosiliśmy nasze legowisko, a ja dodatkowo piszczałam bo zobaczyłam jaszczurkę, którą pomyliłam z wężem. Gdy jemy śniadanie, on próbuje uruchomić łódź, która ani drgnie. Prawdopodobnie nocny deszcz zalał silnik. Jeden telefon i za godzinę na wsypie zjawiła się prawie cała familia do pomocy.
-Jakby co, ja mogę zostać tutaj na kolejną noc- deklaruje z uśmiechem na ustach, i w tym czasie słyszę ryk maszyny. Wracamy szybko, by znowu zdążyć przed ulewą.

Noc na bezludnej wyspie była moim przedostatnim dniem w El Nido. Ciężko było się pożegnać z tym pięknym miasteczkiem, jego spokojem i autentycznym urokiem. Z ludźmi których zdążyłam polubić a przede wszystkim z moją chatką na wzgórzu. Czy uda mi się jeszcze kiedyś mieszkać w tak pięknym miejscu?

Gdy idę z plecakiem w kierunku przystanku autobusowego mijam małą restauracje na której wywieszona jest kartka: „Praca! szukamy kelnerów, barmanów”. Przez chwile przed oczami przemyka mi obrazek a w nim nieskomplikowane, bezstresowe życie na Filipinach, spokojna praca, domek na wzgórzu i tyle nocy na bezludnych wyspach ile zechcę. Uśmiecham się do siebie i poprawiam plecak. W życiu zawsze warto mieć jakiś plan B, może akurat to będzie kiedyś mój.

Brazylia, Amazonka, Belem-Macapa

Jestem na brzegu rzeki, aby kontynuować podróż muszę dostać się na drugą stronę. Nie ma mostu, więc trzeba wziąć łódź. Brzmi prosto i nieskomplikowanie? Aha, zapomniałam dodać, że nie mowa tutaj o zwykłej rzece a największej rzece na ziemi, Amazonce, a ja jestem w Brazylii, najmniej zorganizowanym i najbardziej nieprzewidywalnym kraju świata. Jak więc przekracza się rzekę po Brazylijsku?

Już od samego początku wiem, że będzie ciężko, niewygodnie, może niebezpiecznie, ale lubię takie podróżnicze wyzwania. Do Belem, miasta z którego odpływa większość statków, przyjeżdżam nocnym autobusem z Sao Luis. Potwornie wymęczona kilkunastogodzinną trasą, do tego chora z gorączką i zatkanym nosem decyduje się na tani hostel w centrum miasta. Jadę taksówką pod wskazany adres zerkając przez okno na niebo. Granatowe chmury rozświetlają błyskawice, w Amazonii trwa właśnie sezon deszczowy co nie sprzyja podróżom. Powietrze jest duszne i parne, niedługo zacznie padać. Chce zostać w Belem tylko ten jeden dzień a jutro z samego rana złapać łódź do Macapa, miasta po drugiej stronie Amazonki. Recepcjonista w hotelu tłumaczy mi jak dostać się na wybrzeże. Gorączka coraz mocniej daje mi popalić, ale nie mam czasu na leżenie, zbieram się zaraz po prysznicu żeby zdążyć przed ulewą. Po dotarciu na miejsce, krążę wzdłuż ulicy bezskutecznie szukając wejścia na ogrodzoną wysokim murem przystań. Na pobliskim przystanku autobusowym pytam kilka osób o statek i bilety na podróż ale oczywiście nikt nie mówi po angielsku. Zrezygnowana i zmęczona siadam na ławce gdy podchodzi do mnie mężczyzna.

-Macapa?- pyta

Aż podskakuje z ulgi.

-Si, tak! – cieszę się.

Mężczyzna ruchem dłoni, pokazuje mi żeby szła za nim. Przekręca klucz w kłódce i wchodzimy za mur. Budynek jest pusty, siadamy w zaciemnionej poczekalni i nagle przez głowę przechodzi mi myśl, czy oby dobrze robię, bo chyba nie tak powinna wyglądać sprzedaż biletów. Mężczyzna bierze kopie mojego paszportu i spisuje dane, na małym bloczku, po czym mi go wręcza.

-Jutro, w tym miejscu o 8 rano – tłumaczy

-Ale proszę mi coś powiedzieć o podróży – protestuje – jak wygląda łódź, ile trwa rejs…

-Łódź, dobra – odpowiada spokojnie – inne łodzie złe, ta dobra.

-Mam coś ze sobą zabrać? Jedzenie, wodę? – nie odpuszczam

-Można kupić na statku – po czym dodaje – I przynieś hamak.

-Zaraz zaraz, po co hamak?

-Do spania – po czym na małym kalkulatorze pokazuje mi kwotę do zapłacenia.

Ryzyk fizyk, jestem zbyt zmęczona żeby szukać innej firmy, w myślach zaciskam kciuki żebym nie została jutro na lodzie. Wręczam mężczyźnie pieniądze i na koniec dorzucam:

-Ok, gdzie kupie hamak?

Według wskazówek, hamak można dostać na lokalnym markecie. Gorączka nie odpuszcza więc zamiast spaceru decyduję się na motorową taksówkę. Targ dobiega już prawie końca, w pośpiechu chodzę od straganu do straganu, ale nigdzie nie mogę znaleźć tego czego szukam, na dodatek bardzo szybko zapominam jak powiedzieć „hamak” po portugalsku. Pokazuję więc dłońmi kształt hamaku a następnie układam dłonie jak do spania. Zaskoczona sprzedawczyni pyta zatroskana jak nazywa się mój hotel. A ja z jeszcze większym zdziwieniem, dochodzę do wniosku, że może chcą mi dostarczyć hamak do pokoju. Gdy sytuacja się wyjaśnia okazuje się, że sprzedawczyni kompletnie nie zrozumiała czego potrzebuje, a po mojej gestykulacji doszła do wniosku, że chce mi się spać tylko nie wiem gdzie jest mój hotel (!?!).

W końcu na skraju targu dostrzegam stragan z hamakami. Są piękne, kolorowe, ręcznie tkane, z niektórych zwisają frędzelki, inne zdobią hafty. Podczas zakupów poznaję, Brazylijkę Anę, która również jutro płynie do Macapa, tylko, że na innej łodzi. Przez chwilę rozmawiamy, kobieta zaprasza mnie nawet na obiad, ale z przykrością muszę odmówić, czuje że moje przeziębienie powoli mnie wykańcza, czas wrócić do łóżka, zwłaszcza, że następną dobę spędzę w niewygodnym hamaku.

W drodze powrotnej do hotelu, wstępuje jeszcze do sklepu, gdzie kupuje jedzenie i wodę na podróż. Dosłownie kilka ulic przed hostelem, łapie mnie zapowiadana od rana ulewa.

Wieczorem, gdy przestaje padać, idę na krótki spacer do centrum Belem. Tam na ulicznym festynie jem kolację i przechadzam po głównym parku. Miasto mnie jednak rozczarowuje, jest brudne i zaniedbane. Dlatego szybko wracam do hostelu i rozgrzana od gorączki, kładę się spać.

Punkt ósma stawiam się na przystani. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy dostrzegam twarz znajomego mężczyzny. Punktualność w Ameryce Południowej to dla mnie nowość. Mój początkowy entuzjazm bardzo szybko zostaje jednak zabity. Mężczyzna kieruje mnie do samochodu i każe czekać… W ciągu następnych dwóch godzin, do auta wsiadają kolejni pasażerowie a ja czuję się coraz gorzej, katar rozsadza mi głowę a gorączka rozpala od środka. Nareszcie ruszamy, kolejne czterdzieści minut zajmuje dojazd do brzegu. Po wejściu na drewnianą promenadę, mamy znowu…zaczekać. Osuwam się na plecak i czuję, jak moje siły powoli odpływają. Jestem słaba i wyczerpana i po raz pierwszy zaczynam myśleć, że nie dam rady. W tym momencie podchodzi do mnie młody Brazylijczyk, który płynie do Macapa razem z mamą i babcią.

Pyta po portugalsku skąd jestem, po czym podnosi mój przewodnik i zaczyna dokładnie oglądać każdą stronę. Otwiera mapę Brazylii a ja pokazuję mu skąd przyjechałam. Na końcu książki znajduje mini rozmówki. Zaczyna szukać odpowiedniego zdania i pokazuje mi je palcem: „Miło mi cię poznać”. Odpowiadam to samo. Pokazuje kolejne zdanie” „Ile masz lat?” Odpowiadam w ten sam sposób. Zerkam na jego rękę w gipsie a on szybko przeszukuje rozmówki: „Wypadek na motorze”, przesuwa palcem po zdaniu w książce. Zaskakujące ale po tej krótkiej i zabawnej rozmowie, czuje się o wiele lepiej i z radością przystępuje na propozycję chłopaka, żeby mu towarzyszyć w spacerze na pobliski targ. Kupuje banany, zapas chusteczek, jem grillowaną kanapkę i z nowymi siłami wracam na przystań, a tam nareszcie czeka już na nas statek, a przynajmniej coś co miało przypominać statek: niewielka, drewniana, dwupiętrowa łódź z której odpryskuje farba.

Na górnym pokładzie znajduje się hala gdzie wiesza się hamaki, toaleta, prysznic i mały sklepik z przekąskami. Na dole obok hamaków ulokowany jest silnik i kuchnia. Raz dziennie serwowany jest tutaj posiłek, za który trzeba dodatkowo zapłacić a także  darmowa kawa. Biorę plecak i od razu idę na górny pokład, to rada którą wczoraj dała mi Ana. Na dole hałas od silnika jest nie do zniesienia. Z siatki wyciągam hamak, a mój nowy znajomy szybko pomaga mi go zawiesić. Od razu się na nim kładę i już nie mogę się doczekać, żeby położyć się spać. Na całym statku jest około 40 osób, w większości to starsi ludzie, odwiedzając rodzinę po drugiej stronie rzeki. Oprócz mnie jest tylko jedna turystka, młoda Niemka Lena.

Ruszamy, statek płynie powoli, rzeka jest spokojna a słońce przyjemnie przypieka. Hamak kołysze się na wietrze, jest zaskakująco wygodnie, więc nie mija nawet chwila a ja już śpię. Budzę się po kilku godzinach. Z głośników leci teraz głośne disco. Kilku pasażerów przeciąga się w swoich legowiskach, ktoś czyta książkę, ktoś inny je posiłek, słucha muzyki. Siadam na ławce na tyłach i wpatruję się w brudną rzekę. Mur bujnej zieleni szczelnie otacza koryto, co jakiś czas pojawiają się domki na balach, a czasem nawet całe miasta. Ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, wiele budynków przystrajają kolorowe lampki choinkowe. Domy bardzo się różnią, niektóre przypominają szałasy, które wyglądają jakby zaraz miały osunąć się do wody, inne to pięknie wykończone, pływające rezydencje z których wystają anteny satelitarne. W pewnym momencie mijamy nawet kościół na balach. Małe dzieci pływają na łodziach z taką wprawą, jak ich rówieśnicy w innych częściach świata, jeżdżą na rowerze. Zaczynam rozmowę z Leną i bardzo szybko jestem zafascynowana. Oto poznałam dziewczynę, która pomimo, ze jest ode mnie młodsza to zwiedziła już więcej niż ja. Razem oglądamy zachód słońca nad Amazonką. Gdy jest już całkiem ciemno, podpływają do nas na łódkach mieszkańcy okolicznej wioski. Dosłownie „w biegu” podłączają się do statku i szybko wrzucają na pokład owoce. To taki rodzaj handlu, kto chce coś kupić, odsyła im pieniądze w wiaderku na linie. Po tym wszystkim bardzo sprawnie „odczepiają się” i odpływają. Jakim cudem w tych ciemnościach znajdują drogę, nie mam pojęcia.

Ranek wita mnie pięknym słońcem, lekka bryzą, muzyką disco i najważniejsze udrożnionym nosem i brakiem gorączki. Wstaje z hamaka i kieruje się pod prysznic. Z cienkiej rury leci zimna, orzeźwiająca woda a ja czuje się jak nowo narodzona. Razem z Leną wspinamy się na dach statku, gdzie załoga maluje pokład. Szybko zostajemy poczęstowane zimnym piwem.

Rzeka co jakiś czas jest wąska, by zaraz stać się szeroka jak morze. Na wodzie nie ma zbytniego ruchu. Jedynie lokalni mieszkańcy gonią nas swoimi małymi łódkami.
Przypominają mi się przerażające historie o tym rejsie, które słyszałam gdy podróżowałam po Brazylii. O niebezpiecznych, niesprawnych łodziach, pijanych ludziach, kradzieżach. A tymczasem ja wylądowałam na najbardziej zrelaksowanym, spokojnym statku jaki można sobie wyobrazić. Nawet nie ma komarów, które teraz, w sezonie deszczowym powinny być prawdziwą plagą. Jest…idealnie. Leżę w hamaku i kołyszę się na wietrze a moje myśli ogarnia niesłychany spokój.

Rejs powoli dobiega końca. Prawie 25 godzin minęło jak pstryknięcie palcami. Normalnie podróż przez Amazonkę nie zajmuje aż tyle czasu, ale na odcinku z Belem do Macapa trzeba przy okazji okrążyć wyspę Ilha de Marajó, co wydłuża całą trasę o kilkadziesiąt mil.

Dalszą drogę będę kontynuować razem z Leną, bo okazuje się jedziemy w te same miejsca, wpierw na równik w Macapa (czytaj: TUTAJ) a potem do Gujany Francuskiej (czytaj: TUTAJ)

Po wyjściu na pokład, żegnam się z moim Brazylijskim znajomym, jego mamą i babcią a także paroma innymi osobami z którymi zdarzyłam się poznać i polubić. Stoję teraz na brzegu i wpatruję się w drugą stronę. W plecaku leży zrolowany hamak, w reku ściskam podejrzany bilet a przede mną zacumowany jest rozklekotany statek. Największa rzeka na świecie do czegoś zobowiązuje, trzeba ja przekroczyć stylowo, niepowtarzalnie…po prostu, po Brazylijsku.

 

Jamajka, Treasure Beach

-Ya Man – uśmiecha się do mnie czarnoskóry mężczyzna, odsłaniając krzywe zęby. Jestem na lotnisku w Montego Bay. Na moje pytanie, czy bezpiecznie podróżować po Jamajce lokalnym autobusem, mężczyzna uśmiecha się szerzej:

-Ya Man, bezpiecznie, jak cię okradną, to don’t worry, najprawdopodobniej okradziony został cały autobus – Na koniec dorzuca – No problem, this is Jamaica!

Swój pobyt zaczęłam planować w samolocie z Kajmanów na Jamajkę (zważywszy, że lot trwa ok. godziny, plan ograniczył się do „przylecę i zobaczę co dalej”). Na wstępie mój portfel stał się lżejszy o 20 dolarów – musiałam opłacić wizę, mimo że prawie żaden kraj UE nie musi uiszczać opłaty.

W przewodniku po Jamajce umieszczono mapę z zaznaczonymi miejscowościami turystycznymi: Kingston, Montego Bay, Negril. Mój wzrok przykuło Treasure Beach na południu, opisane jako mała wioska rybacka z kilkoma guesthouse’ami i ładnymi plażami. Czemu nie… Na hali przylotów pierwsze kroki kieruję do informacji turystycznej.

– Ya Man, w którym hotelu masz rezerwację?

– W żadnym, chcę jechać do Treasure Beach.

– Ya Man, no problem, mogę ci zamówić taksówkę. To będzie 200 dolarów.

– Ile?! Nie ma mowy, nie mam tyle. Można tam dojechać lokalnym autobusem?

Z lotniska łapię „dzieloną taksówkę” na dworzec autobusowy. Nie ma na nim poczekalni, peronów, informacji. Przypomina plac handlowy. Okazuje się, że mimo niedużej odległości, nie ma bezpośredniego autobusu do Treasure Beach. Najpierw muszę jechać do Savana la Mar. Na szczęście jest wolne miejsce w minibusie.

Siedzę w przejściu na desce zawieszonej między siedzeniami. Ścisk i duchota, ale za to jest bilet śmiesznie tani, a z radia leci reggae. Kierowca pędzi, wyprzedzając inne pojazdy z prawej i z lewej strony (Jamajka jest w czołówce krajów z największą liczbą wypadków drogowych). W końcu docieram do Savana la Mar – małego miasteczka z nieciekawą reputacją. W czasie podróży poznaję Jamajczyka Joe, który tłumaczy mi, co mam dalej zrobić – złapać autobus do Black River. Autobus przyjedzie… wkrótce (na wyspie nie ma rozkładów jazdy, a nawet jak są to nikt nie zaprząta sobie nimi głowy).

Joe pyta skąd jestem, opowiada też o sobie. Rozmowie przysłuchuje się kierowca autobusu Sam. Wypytuje o Polskę, pytania są specyficzne: ile osób ginie w Polsce w strzelaninach? Ile jest wypadków śmiertelnych na drogach?

Po serii pytań rozmawiamy o Jamajce. – Ya Man, jest tu trochę niebezpiecznie, trzeba wiedzieć z kim nie zadzierać. Ya Man, nikt tu nie przestrzega przepisów drogowych. Ya Man, Jamajka to najpiękniejsze miejsce na ziemi.
Mężczyźni nie ukrywają radości, że zdecydowałam się na podróż komunikacją publiczną:  -Turyści tu siedzą w kurortach. W hotelach mówią im: nie wychodź na ulicę, bo cię zastrzelą! Fajnie, że podróżujesz po wyspie, zobaczysz prawdziwą Jamajkę.

Po godzinie czekania na autobus niecierpliwię się.

– Ya Man, przyjedzie wkrótce, no problem- Sam częstuje mnie jerk chicken, narodowym daniem Jamajczyków – grillowanym, pikantnym kurczakiem z ryżem.

Po dwóch godzinach przyjeżdża wyczekiwany transport. Sam wita się z kierowcą:

– To moja koleżanka, zawieź ją do Black River.

Mężczyzna bierze mój plecak i prowadzi do pojazdu, całego w zdjęciach Boba Marleya.

-Musimy chwilę poczekać – mówi i… idzie kupić na ulicznym straganie porcję jerk chicken.

Kolejna godzina czekania ciągnie się w nieskończoność. W końcu ruszyliśmy. Po czterdziestu minutach dojechałam do Black River. Po znalezieniu autobusu, który jechał do Treasure Beach, znów usłyszałam „musimy chwilę poczekać”.

Zaczęłam tracić nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się dojechać do celu. David, mój najnowszy kierowca, zabawiał mnie rozmową. Sprawiało mu to niemały ubaw, ponieważ rozumiałam zaledwie połowę tego, co do mnie mówił. Jamajczycy posługują się specyficzną odmianą angielsko-karaibskiego, trudnego do zrozumienia nawet przez anglojęzycznych. Gdy zebrało się pięć osób, ruszyliśmy. Kilka minut po 17.00 autobus zatrzymał się pod bramą guesthouse’u w Treasure Beach.

– Ya Man, no problem, mam jeden wolny pokój – objaśnia mi właściciel kilku małych, kolorowych domków na plaży.

Po rozpakowaniu plecaka wychodzę na werandę. Obok mój sąsiad, 30-letni Niemiec Julian, sączy Red Stripe, najpopularniejsze piwo na wyspie. Jest spokojnie, pusto i ciemno… – Ya Man, no problem, this is Treasure Beach.

„Rise up this mornin’,
Smiled with the risin’ sun”

Pisząc tę piosenkę, Marley na pewno myślał o porankach w Treasure Beach. Słońce budzi do życia wioskę powoli, tu nikt się nie spieszy. Wieś to kilka domów otoczonych drewnianymi płotami, garstka kameralnych hoteli i guesthouse’ów oraz Kingfisher Plaza, czyli kilka sklepików i kafejka internetowa.
Skromne życie towarzyskie skupia się w Eggy’s Bar (znanym także jako najlepsza miejscówka na podziwianie zachodów słońca), gdzie morze dosłownie podmywa siedzących przy stolikach gości, oraz „klubie nocnym” Fisherman, gdzie co wieczór gra głośna muzyka, ale nie oznacza to dzikiej imprezy (jedyni klienci to przeważnie rybacy przysypiający po ciężkim dniu przy stolikach).

Po kilku leniwych dniach na plaży, wraz z poznanymi tu kilkoma osobami, wynajmujemy łódkę, sterowaną przez Jamajczyka Justina. Black River to jedna z najdłuższych rzek Jamajki. Wzdłuż rzeki ulokowane jest miasteczko o tej samej nazwie. Mijamy domy mieszkalne, przed którymi wygrzewają się krokodyle.

– Ya Man, patrzcie, Jesus birds – mówi kapitan, pokazując maleńkie ptaszki biegające po wodzie.

Po półgodzinnym dryfowaniu Justin zatrzymuje się w zakolu rzeki. Według jego zapewnień to jedno z niewielu miejsc na Black River, gdzie można popływać bez obawy spotkania krokodyla. Jest gorąco, chłodna woda kusi, więc wszyscy wyskakujemy z łodzi. Justin rozdaje po butelce Red Stripe, na zawieszonej na drzewie linie można skakać do wody.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na jeszcze jednego Red Stripe. Wyjątkowego, bo w wyjątkowym miejscu. Łódka podpływa do rozpadającej się chatki na środku morza. To Pelican Bar, adres – Morze Karaibskie. Dawniej było to ulubione miejscem rybaków wracających z połowów. Obecny Pelican Bar to bardziej przystań turystów niż Jamajczyków. Po wcześniejszej rezerwacji można tam zjeść owoce morza. Cały lokal obwieszony jest zdjęciami Boba Marleya i flagami różnych państw. Drewnianymi schodami można zejść wprost do wody.

Ostatniego dnia na Treasure Beach, razem z Julianem, postanawiamy wynająć skuter i pojeździć po okolicy. Właściciel pojazdu tłumaczy jak go odpalić: „zielony kabelek przykładasz do czerwonego”.

Po godzinie jesteśmy w YS Falls. Mamy szczęście, bo trafiamy na „wolniejszy dzień”, kiedy nie ma tłumów. Przed wejściem mijamy tablicę „Żadnego niszczenia roślin, nie zostawiaj dzieci bez opieki, uważaj na śliskie kamienie, nie pal ganja! Dziękujemy za współpracę”. Wodospad nie jest wielki, ale za to bardzo szeroki, a wszystko otacza bujna zieleń.

Wracamy na wybrzeże wzdłuż pięknej Bamboo Avenue i kierujemy się na Lover’s Leap. Legendę o klifie zna tu każdy. Dwójka kochanków – niewolników na wieść, że mają zostać rozdzieleni, rzuciła się ze skały w otchłań wody. Pomimo sławy znalezienie klifu jest trudne. Po kilkunastu minutach błądzenia i przedarciu się przez gęste krzaki naszym oczom ukazuje się widok jak z bajki. Błękit nieba spotyka się z turkusem wody, delikatnie zarysowując linię horyzontu. Potężne skalne urwisko i wielkie fale, rozbijające się o surowy brzeg, zapierają dech w piersiach.

Wieczorem udajemy się do Eggy’s Bar na nasz ostatni zachód słońca nad Treasure Beach. Czerwono-złota kula zbliża się do tafli wody, rozświetlając morze wszystkimi kolorami a z głośników rozchodzi się wibrujący głos Marleya.

„Singin’: „Don’t worry about a thing,
‘Cause every little thing gonna be all right.
Singin’: „Don’t worry (don’t worry) about a thing,
‘Cause every little thing gonna be all right!”

Pzed zachodem słońca cz. II

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto druga odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Marrakesz (Maroko)

Pewnego dnia na jednej z ulic Marrakeszu spotkałam wycieczkę z Polski. Po krótkiej rozmowie okazało się, że przyjechali tutaj tylko na jeden dzień z Agadiru, teraz spacerują po okolicy a za kilka godzin zbierają się z powrotem do kurortu. „Ale jak to?”- pytam zdziwiona – „Przecież najważniejszy spektakl na głównej scenie kraju, placu Dżemaa el Fna, zaczyna się tuż po zachodzie słońca??”. Przyjechać do Marrakeszu i nie poczekać do zmroku to jakby nie odwiedzić tego miasta w ogóle. Dżemaa el Fna to hałaśliwe, gwarne, jedyne w swoim rodzaju, serce całego kraju. Gdy słońce chowa się za budynkami, a gorący żar, który płynie z nieba, nareszcie staje się do wytrzymania, plac zapełniają  kramy z jedzeniem, polowe restauracje, treserzy małpek i wężów, muzycy, tancerze. Dla każdego znajdzie się miejsce w tym kolorowym bałaganie. Razem z dwoma Chinkami, które poznałam poprzedniego dnia, siedzimy w małej restauracyjce na pietrze. Popijamy miętową herbatę i wpatrujemy się w powoli zachodzące słońce, które w Marrakeszu wcale nie zwiastuje końca dnia a właściwie rozpoczyna jego najciekawszy fragment.

Trynidad i Tobago

Po koszmarnej podróży na Trynidad i Tobago (czytaj TUTAJ) przyszedł czas na relaks i odpoczynek. Pigen Point, bajkowa plaża była moim pierwszym przystankiem na Tobago. Poszłam tam na piechotę, chociaż cały teren znajduje się w dość dużej odległości od drogi. Od początku wiedziałam, że zostanę na zachód słońca i nie rozczarowałam się. Cały spektakl wyglądał jak wycięty z pocztówki. Szałas na drewnianym molo, srebrna woda i złote słońce tonące w morzu. Trochę się martwiłam o późny powrót do miasta, ale po drodze zatrzymał się samochód i kierowca sam zaproponował mi podwózkę. W kolejnych dniach wpadliśmy na siebie jeszcze dwa razy, to właśnie John polecił mi Charlotteville, małą wioskę rybacką po przeciwnej stronie wyspy, która okazała się jednym z najpiękniejszych miejsc w kraju.

Gdzieś na Syberii (Rosja)

W pociągu kolei Transsyberyjskiej nie ma zbyt wielu atrakcji. Czas biegnie od posiłku do posiłku, od drzemki do drzemki, od rozdziału w książce do kolejnego rozdziału (czytaj TUTAJ). Czasem urozmaiceniem tej rutyny jest rozmowa ze współtowarzyszami podróży, a czasem skandale które co jakiś czas wybuchają w przedziale obok. Czteroosobowa rodzina zaprawiona w na długich Syberyjskich trasach zabrała ze sobą w drogę laptop i przedłużacz. Sprytnie podłączyli urządzenie do kontaktu na korytarzu i non stop oglądają filmy. Kontakty są dwa na cały wagon, a każdy chce naładować komórkę czy baterię w aparacie, także kłótni jest co niemiara. Coraz więcej wzburzonych pasażerów urządza sobie pielgrzymki ze skargami do przedziału prowadnicy. Ta na początku ignoruje zażalenia ale w końcu obiecuje ingerować. Gdy puka do zamkniętego przedziału z którego wystaje tylko kabel od przedłużacza, pozostali pasażerowie stoją za jej plecami czekając na przebieg rozmowy. Ja też stoję, ale bardziej z nudów niż ciekawości. W trakcie gdy wszyscy zażarcie dyskutują, mnie nagle przeszywa ciepło które przebija się przez szybę pociągu. Odwracam się do okna a tam, nad torami kolejowymi zachodzi słońce. W pociągu okna na korytarzu są zablokowane, dlatego przytulam się do ściany i pstrykam zdjęcie. Nie wiem ile stałam tej pozycji, ale wzburzony tłum zdarzył już rozejść się do swoich przedziałów a zachłanna rodzina zabrała przedłużacz. Korzystając z szansy szybko podłączyłam baterię aparatu do kontaktu…po czym leniwie wróciłam do pociągowej rutyny.

 Wyspa Langkwai (Malezja)

Siedzę sobie na tarasie małego domku na plaży i czytam książkę. Nagle słyszę…polski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jestem właśnie na małej wyspie Langkawi w Malezji. Odkładam lekturę na bok i wsłuchuje się jeszcze raz. Tak, uszy mnie nie mylą, słyszę mój ojczysty język. Idę w kierunku skąd dobiega rozmowa. Za domkiem, na plastikowych krzesełkach na piasku siedzi kilka osób i żartując, śmieją się co sił w płucach. To Polscy emeryci podróżujący po Azji, bez planów, bez rezerwacji i …bez znajomości angielskiego. Tym większe jest moje zdziwienie gdy okazuje się, że wynegocjowali lepszą cenę za domek niż ja. Przysiadam się do grupy i zaczynamy rozmowę. O wszystkim, o podróżach, planach na przyszłość, moim życiu w Australii. W tym czasie za nami zachodziło słońce. Na chwilę cała okolica rozświetliła się na pomarańczowo, by zgasnąć i pogrążyć nas w ciemności. Teraz słychać już tylko szum wody i roznoszące się wokoło echo śmiechu i chichotania z dobrych, polskich żartów.

 Playa Blanca, Cartagena (Kolumbia)

Ohhh ciężko było się dostać na tą plażę. Oczywiście można było wybrać łatwiejszą drogę, zapłacić za autobus turystyczny w agencji, popłynąć promem ale nam się zachciało przygody. Razem z poznanym w hostelu Amerykaninem Chrisem, wsiedliśmy najpierw w autobus podmiejski, potem złapaliśmy okazję i przejechaliśmy na pace dobrych kilkanaście kilometrów a na koniec pewien Kolumbijczyk podrzucił nas na motorze. Warto było się męczyć Playa Blanca śmiało można umieścić w rankingu najpiękniejszych plaż Karaibów. Wystarczyło kilka godzin, żebym zrozumiała, że nie chce dzisiaj stąd wracać. I tak spontanicznie postanowiliśmy zostać na noc. Wynajęliśmy namiot za kilka dolarów i rozbiliśmy go tuż nad brzegiem wody. Na całej plaży jest tylko jedna toaleta, do tego płatna, za prysznic służy wiaderko z zimną wodą i dziurawy parawan, a w nocy nie ma prądu. Ale wszystkie te niewygody wynagradza przepiękny zachód słońca. Gdy złota kula zbliża się do morza, większość plażowiczów pakuje swoje ręczniki, by zdążyć na ostatni prom do Cartageny. Statek odpływa a wraz z nim kilkadziesiąt ludzi, nagle Playa Blanca pustoszeje. Słońce zachodzi tutaj w kompletnej ciszy, jedynie z kilkoma osobami, które tak jak my zdecydowały się zostać na noc.

Trynidad i Tobago, Tobago

Lot z Georgetown, stolicy Gujany do Londynu, przystanek w POS. Gdzie u diabła jest POS!??! Szybka lekcja kodów lotniskowych i geografii i już wiem, to Port of Spain, stolica wyspiarskiego kraju na Karaibach: Trynidad i Tobago. Burza myśli w głowie, sprawdzenie lotów i nowy, gotowy plan już na mnie czeka. Zamiast kilkugodzinnego postoju na lotnisku, tygodniowy pobyt na Karaibach. Idealnie żeby zakończyć półtoramiesięczną podróż po kolejnych zakątkach Ameryki Południowej.

Pomimo, że cała wyprawa przebiegła bezkolizyjnie, bezstresowo i całkowicie bezproblemowo, dzień wylotu na Trynidad i Tobago był jak trzęsienie ziemi i zawał serca w jednym. Zaczęło się już na lotnisku w Georgetown. Do biletu trzeba dopłacić podatek: 15 dol amerykańskich albo równowartość tej sumy w walucie lokalnej…akurat teraz, gdy wydałam ostatnie lokalne pieniądze na kawę w lotniskowej kawiarence. Ok, głęboki wdech.

-Mogę zapłacić kartą?- pytam.

-Tylko gotówką

-Pójdę do bankomatu- poinformowałam spokojnie panią w okienku.

-Bankomat obsługuje tylko lokalne karty

Hmmm co robić, spaceruje po hali lotniska i szukam pomysłu. W końcu przypomniało mi się, że mam jeszcze schowane na dnie plecaka 10 euro. Podekscytowana biegnę z powrotem do pani w okienku i pokazuje jej banknot.

-Przykro mi, nie przyjmujemy euro, tylko dolary albo waluta lokalna.

-W takim razie, gdzie jest kantor? -pytam zniecierpliwiona.

-Zamknięty – tym razem, pani nawet nie podnosi głowy znad papierów.

Co robić, co robić… za dwie godziny samolot. Myśli kotłują się w głowie. Nagle dostrzegam znajomą twarz. Gdy stałam w kolejce do odprawy przez krótka chwilę rozmawiałam z mężczyzną z Namibii, który wracał do domu przez Frankfurt. Podbiegam do niego i opowiadam całą sytuację.

-Słuchaj dam ci moje 10 euro, będziesz mieć na kawę we Frankfurcie ale potrzebuje za nie 15 dolarów – stawiam jasno sprawę.

-Nie ma problemu – uśmiecha się mężczyzna.

Uffff nareszcie, załatwione. Płacę podatek, wchodzę do hali odlotów, rozsiadam się w samolocie. Papa Ameryko, witajcie Karaiby.

Mój plan był prosty, lecę do Port of Spain znajdującego się na większej wyspie Trynidad, tam na lotnisku od razu kupuję bilet do Tobago, drugiej, mniejszej wyspy słynącej z pięknych plaż. Do Port of Spain wrócę dopiero na Boże Narodzenie, które miałam spędzić u chłopaka z couchsurfingu.

Z biletami na Tobago nie ma problemu. Nie trzeba niczego wcześniej rezerwować. Samolot to najpopularniejszy środek transportu pomiędzy wyspami, loty odbywają się kilkanaście razy dziennie. Nawet jeżeli nie ma akurat miejsc, wystarczy poczekać kilka godzin, na pewno coś się zwolni (ponieważ bilet na lot jest ważny przez rok, wiele ludzi rezygnuje z podróży i wtedy można wskoczyć na ich miejsce). Po przylocie do Port of Spain spokojnie więc udaję się do kasy.

-Bilet na Tobago poproszę – uśmiecham się szeroko, a w głowie mam już szum wody, plażę i słońce

-Przykro mi, pani karta jest zablokowana, proszę się skontaktować ze swoim bankiem

No nie znowu, czy uda mi się w końcu dotrzeć na ta cholerną wyspę. Idę do bankomatu, rzeczywiście zablokowana. Pomimo, że przed wyjazdem poinformowałam swój bank o mojej podróży to i tak kilkakrotnie już uziemili mnie w taki sposób w różnych miejscach na świecie.

Co robić, co robić. Na lotnisku przeżywam istne dejavu. Mój telefon nie działa na Trynidad i Tobago, nie mam żadnych pieniędzy na kartę telefoniczną ani nawet na kafejkę internetową żeby skontaktować się z bankiem. Wśród tłumu znowu dostrzegam znajomą twarz, mężczyzna z Namibii. Opowiadam mu całą historię, a on po raz kolejny oferuje pomoc. Jestem mu bardzo wdzięczna, ale tym razem grzecznie odmawiam. Sama dam sobie radę, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak.

Przychodzi mi do głowy żeby skontaktować się jakoś z chłopakiem z couchsurfingu. Ale wpierw pytam panią w kasie czy na lotnisku jest darmowe wi-fi. Jest!!! W restauracji na piętrze. Wybieram stolik przy kontakcie i rozsiadam się wygodnie. To teraz moje centrum dowodzenia. Podłączam komórkę do prądu i piszę do taty. Ten szybko podaje mi detale swojej karty kredytowej. Dzięki temu ładuję moje konto na skypie. Dzwonie do banku, cholera skype nie łączy się z numerami alarmowymi. Szybki reserch w internecie i mam zwykły numer, dzwonię. Ponieważ wi-fi jest słabe, połączenie zostaje kilkakrotnie przerwane. Za każdym razem odpowiadam na szereg pytań zabezpieczających, za trzecim połączeniem znam je już wszystkie na pamięć. Po godzinie, udaje się, karta jest odblokowana. Biegnę do bankomatu wybrać pieniądze, a potem do okienka kupić bilet. Nareszcie mogę zacząć swoją przygodę z Tobago.

Zaraz po przylocie, pożyczam telefon od jakiegoś mężczyzny i dzwonię do chłopaka u którego będę spała na couchsurfungu na czas pobytu na Tobago. Umówiliśmy się na plaży, oddalonej jakieś 5 minut spacerem od lotniska. Garth jest taksówkarzem, co na Tobago jest bardzo dobrą pracą…ponieważ na wyspie właściwie nie istnieje transport publiczny. Dzielone taksówki kursują na stałych trasach jak autobusy, wystarczy wyjść na ulice i pomachać. Na najbliższe pięć dni zatrzymam się u Garth’a, który mieszka na przedmieściach głównego miasta, Scarborough.

Mojego pierwszego, pełnego dnia na Tobago, od razu kieruje się na Pigeon Point czyli najsłynniejszą plażę w okolicy, a nawet w całym kraju. Teren jest prywatny dlatego najpierw trzeba zapłacić za wstęp, a potem już tylko biały jak mąka piasek, turkusowa woda i palmy uginające się na wietrze. Pigeon Pint to idealne miejsce do odpoczynku i uprawiania sportów wodnych. Teren jest bardzo zadbany, plaża czysta a w pobliżu znajduje się kilka restauracji, sklepy i dobrze przygotowane toalety i prysznice. Po powrocie spaceruję wzdłuż głównej ulicy wyspy, Milford Road. Na mapie wygląda jak krótka droga do miasta, w praktyce okazuje się długa i rozległa, dlatego w końcu decyduje się na taksówkę.

Kolejny dzień mija mi na następnej plaży, Buccoo. Ta jest zdecydowanie mniejsza i bardziej kameralna. Kształtem przypomina podkowę i ciągnie się na dobrych kilka kilometrów. Jestem tutaj całkiem sama, w pobliżu tylko paru rybaków reperuje sieci na poranny połów, poza tym jest cicho i spokojnie. Wieczorem, w każdą niedzielę to miejsce zmienia się nie do poznania. To tutaj odbywają się bowiem słynne na całe Karaiby, Sunday School Party. Wielka uliczna impreza z dj’ami nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat ściąga lokalnych (a teraz też turystów) na szaloną zabawę w rytmach dancehall, reggae i reggaeton. „Moi rodzice chodzili na Sunday School i teraz ja tutaj chodzę, to tradycja” tłumaczy mi Garth. Na parkingu przed plażą rozstawione są olbrzymie głośniki, dj gra z balkonu pobliskiego baru. Ludzie tańczą w kręgu, co jakiś czas na środek wychodzi parę osób i dają popis swoich płynnych ruchów. Nie ma tutaj mowy o pląsach, na Tobago, tańczy się bardzo zmysłowo, wręcz na granicy erotyzmu. Kobiety i mężczyźni są do siebie przyklejeni, mocno objęci, płynnie kręcą biodrami schodząc coraz niżej. Grupy dziewczyn wybiegają przed chłopaków i potrząsają z zawrotną szybkością pośladkami. Niektóre przykucają i wypinają się w pozach, które w wielu krajach były by wręcz zakazane 😉 W każdą niedzielę nad całą okolicą Buccoo unosi gorąca, parna atmosfera, i to wcale nie zasługa karaibskiej pogody.

Podróż do Charlotteville, małej wioski rybackiej po drugiej stronie Tobago zajmuje kilka godzin. Autobus jedzie po trasie wzdłuż krętej górskiej drogi przyprawiając o mdłości. Charlotteville położona jest w małym naturalnym porcie. Cicha i spokojna wioska składa się z zaledwie kilkunastu domów, małych restauracji specjalizujących się w rybach i daniach z owoców morza, szkoły i boiska sportowego. Zaraz po przyjeździe udaję się na wzgórze gdzie prowadzi ścieżka do Pirates Bay, pięknej plaży ukrytej pomiędzy klifami. Plaża jest mała i bardzo kameralna, pięknie wkomponowana w skalisty krajobraz. Ciepła woda podmywa mi stopy, dzięki naturalnej zatoce nie ma tutaj wielkich fal, morze jest spokojne, idealne do pływania i zabawy.

Po całym dniu relaksu na słońcu, wspinam się po 200 stopniach w górę wzgórza. Pod małym sklepem w Charlotteville czekam na autobus powrotny do Scarborough. Po godzinie dołącza się do mnie pewien Włoch, po dwóch godzinach jesteśmy już prawie pewni, że autobus nie przyjedzie. Powoli zbliża się zmrok, idziemy wzdłuż głównej drogi próbując złapać okazję. Za pierwszy razem zatrzymuje się podejrzany typ, za drugim trzech chłopaków którzy chcą jakieś astronomiczne pieniądze za podwózkę, do trzech razy sztuka. W końcu trafiamy na przemiłe, starsze małżeństwo. Pół drogi do miasta rozmawiamy, drugą polowe śpimy zmęczeni Karaibskim słońcem. Dzięki uprzejmości kierowcy podjeżdżam pod same drzwi mojego domu.

Przedostatniego dnia wybieram się na spacer po Scarborough. Największe miasto na Tobago to tak naprawdę kilka ulic i port. W centrum znajdują się supermarkety, sklepy z pamiątkami, mnóstwo targów ze świeżymi owocami i restauracje. Na wzgórzu nad miastem góruje fort King George z XVIII wieku, skąd rozchodzi się piękny widok na wyspę. Do portu dwa razy dziennie przypływa wielki prom z ludźmi z Trynidadu. Podróż morska jest znacznie dłuższa i mniej wygodna niż samolot ale wciąż jest ratunkiem dla osób bojących się latać. Wieczorem Gath proponuje mi wspólny kurs po jednego ze swoich stałych klientów.  W ten sposób poznaje szalonego Jerry’ego, który odziedziczył po ojcu restaurację ale przez swoje uzależnienie od narkotyków doprowadził biznes do ruiny. Teraz po uporaniu się z nałogiem chce odbudować lokal. We trójkę udajemy się do przepięknego budynku położonego w centralnej części Tobago. Restauracje otacza strumyk i prawdziwy, bujny „Tajemniczy Ogród”. Wielką atrakcją jest potężne, zabytkowe koło, dzięki któremu pobierano dawniej wodę. Mam nadzieję, że Jerry odbuduje lokal i zacznie ściągać tutaj ludzi, ponieważ miejsce jest po prostu przepiękne.

Po spędzeniu prawie pięciu dni na Tobago wracam na lotnisko. Przed odlotem idę jeszcze na pobliską plażę, Stone Bay na której spędzam ostatnie godziny na wyspie. Zeszłotygodniowy stres związany z podatkiem i zablokowaną kartą już dawno odszedł w zapomnienie, a po tym jednodniowym trzęsieniu ziemi nadeszło piękne słońce i błękitne niebo. Bo w podróżny zawsze jest dobrze, nawet jak jest źle.

Przed zachodem słońca cz. I

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto pierwsza odsłona nowego cyklu na blogu i pierwsze zachody słońca 🙂

Archipelag San Blas (Panama)

Na archipelag San Blas w Panamie dotarłam po kilkudniowej, wycieńczającej podróży jachtem z Kolumbii (czytaj TUTAJ). Pierwszy zachód słońca na wyspie był ukojeniem tych kilku dni na morzu. Wprawdzie ziemia wciąż nieprzyjemnie falowała co było pozostałością po okropnej  chorobie morskiej, obolały żołądek odmawiał jakiejkolwiek kolacji a ciepły rum w plastikowych kubeczkach ledwo nadawała się do picia, to i tak wszyscy siedzieliśmy na piasku jak zaczarowani, wpatrując się w zmieniające się kolory na niebie. Nad San Blas słońce zachodziło powoli, rzucając długie, gorące promienie a gdy w końcu utonęło w morzu, cała okolica natychmiast pogrążyła się w ciemności. Po chwili wszyscy wbiegliśmy do wody, żeby popływać pod gwiazdami. Po powrocie położyłam się na materacu, tuż pod palmą i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w usypiające fale morza.

Busan (Korea Południowa)

Podróżując po Korei Południowej odwiedziłam moją koleżanką Dianę, która specjalnie na mój przyjazd wzięła wolne w pracy i razem ze mną zwiedzała swój kraj. Z uwagi na to, że Korea jest odrobinę droższa starałyśmy się oszczędzać i spałyśmy głównie w hostelach….do czasu przyjazdu do nadmorskiego miasta Busan. Wtedy to ojciec Diany poinformował nas, że dzięki swojej pracy załatwił nam…apartament w czterogwiazdkowym hotelu, tuż nad zatoką. Cały dzień spędziłyśmy z Dianą na spacerze po mieście, m.in na wizycie na słynnym targu rybnym, zaś wieczorem rozkoszowaliśmy się luksusowym pokojem z widokiem na zachodzące słońce tuż nad mostem Gwangan. To był piękny koniec, pełnego niespodzianek, równie pięknego dnia.

Kajmany

Mój samolot wylądował na Kajmanach na kilka godzin przed zachodem słońca. Z lotniska odebrał mnie Ed, chłopak u którego miałam spać na coutchsurfingu. Razem ze swoją przyjaciółką Reko, szybko obwiózł mnie po całej wyspie, zaprosił na kolację do lokalnej restauracji a wieczorem wszyscy udaliśmy się w kierunku najsłynniejszej plaży w kraju: Seven Mile Beach. Zdążyliśmy idealnie tuż na zachód słońca. Plaża była prawie pusta, siedzieliśmy więc na piasku i w trójkę wpatrywaliśmy się przed siebie, a gdy słońce zginęło za horyzontem jeszcze długo rozmawialiśmy o podróżach, życiu i Filipinach (zarówno Ed jak i Reko pochodzą z tego kraju). Następnego dnia, na kilka godzin przed świtem Ed odwiózł mnie na lotnisko. Samolot wzbił się w powietrze wraz ze wschodem słońca, wtedy jeszcze nie wiedziałam jak wspaniały dzień na mnie czeka i gdzie będę podziwiać kolejny zachód słońca.

Cienfuegos (Kuba)

Na Kubie od pięknych zachodów słońca można dostać zawrotu głowy. Każdy pobyt na plaży kończył się późnym wieczorem, bo obowiązkowo musiałam poczekać do zmierzchu. Podczas pobytu w Cienfuegos koniec dnia zaskoczył mnie podczas zwiedzania dzielnicy Punta Gorda. Spacerowałam wzdłuż nadmorskiego deptaka Malecon, gdy słońce powoli  schodziło coraz niżej i niżej. Początkowo żółte niebo stało się pomarańczowe, potem czerwone a złota droga na wodzie wiodła wprost do rozjarzonej kuli na niebie.

Aruba

Co można robić na Arubie? Karaibska rajska wysepka to raj dla amatorów plażowania ale poza tym nie ma tam zbyt wielu atrakcji. Z Aruby miałam samolot do Europy, to tam spędziłam ostatnie pięć dni podczas mojej podróży po Ameryce Południowej. Znowu bez pieniędzy i znajomości ale za to z kolejną niesamowitą przygodą. Moja wiara w dobrych ludzi, odrobina szczęścia i karma po raz kolejny postawiły na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Zamieszkałam u małżeństwa które poznałam na lotnisku w Wenezueli (ale to już historia na inny cykl: The kindness of strangers czyli życzliwość w podróży). Codziennie rano Frank wiózł mnie na plażę skąd odbierał mnie wieczorem po pracy. Każdy dzień wyglądał tak samo, leżakowanie, leniuchowanie i zachody słońca. Ciepłe, jasne światło było jak przyjemna kołderka która otula przed snem. Za kilka dni miałam wracać do polski, w sam środek zimy, z mrozem, śniegiem i krótkim dniem. Każdy zachód słońca zapisywałam więc w pamięci, razem z szumem fal, piskiem mew i zapachem mokrego piasku.

Przed zachodem słońca

Koniec dnia zbliża się dużymi krokami. Głowa buzuje od nadmiaru atrakcji, nogi bolą od zwiedzania. Nim jednak położę się wygodnie w łóżku idę jeszcze zobaczyć pewien spektakl, wyjątkowe widowisko. To teatr tylko jednego aktora, najjaśniejszej gwiazdy w całej galaktyce.

Przedstawienie odbywa się co nocy, we wszystkich zakątkach ziemi, wstęp jest bezpłatny a widzem może zostać każdy. Wystarczy przysiąść na moment i bezgranicznie oddać się tej magicznej chwili. Otworzyć szeroko oczy i chłonąć najpiękniejszy obraz który właśnie maluje się na niebie. Każdego wieczoru ognista kula rozpoczyna swoje przedstawienie. Powoli zbliża się ku horyzontowi, rozświetlając niebo i chmury. Kończy nasz dzień by w kolejnym zakątku ziemi zbudzić ze snu kogoś innego.

Co jest takiego niezwykłego w zachodach słońca, że chce się je oglądać od nowa każdego dnia? Absolutne piękno, które pomimo, że trwa zaledwie kilka minut, przenosi nas w zupełnie inny wymiar wrażliwości.

W podróży zachód słońca to osobna atrakcja, która nie ustępuje starożytnym miastom, parkom czy imponującym zabytkom. To coś stałego, pomimo, że wszędzie wygląda inaczej. Czasem zostaje dłużej na plaży i czekam aż słońce malowniczo utonie w morzu. Wydaje mi się wtedy, że słyszę cichutkie csssss gdy nagle gaśnie w wodzie. Czasem koniec dnia zaskakuje mnie na szlaku, przyspieszam wtedy kroku i szukam dobrej miejscówki, żeby zobaczyć ostatki rzucanych promieni. Zachodzące słonce w mieście może być równie spektakularne. Pozłocone niebo odbija się w szklanych budynkach, a ostre światło razi po oczach.

Ale najbardziej lubię, gdy jestem akurat na małej wyspie albo w miniaturowym miasteczku, bez większych atrakcji i rozrywek. Każdy dzień wygląda wtedy tak samo: pobudka, plaża, relaks, sporty wodne, spacer, posiłek, sjesta w hamaku, a po południu pielgrzymka do jedynego, wyjątkowego miejsca. Tam skąd najlepiej ogląda się zachód słońca. Idę tam bez pospiechu, powolnym spacerem z zapasem czasu a potem rozsiadam się wygodnie na ziemi i czekam…

Nie zawsze spektakl się nie udaje, czasem chmury albo burza pokrzyżują plany. Ale warto próbować, cierpliwie czekać i szukać takiego idealnego miejsca… bo zachód słońca jest jednym z najpiękniejszych momentów dnia, który zwiastuje jeszcze piękniejsze jutro.

Tym samym rozpoczynam nowy cykl na blogu: najpiękniejsze zachody słońca, jakie udało mi się zobaczyć w swoich podróżach 🙂

Chile, Termy Geometricas

Jest tak zimno, że cała się trzęsę. Na samą myśl o tym, że mam się zaraz rozebrać robi mi się słabo. Jakby tego było mało z nieba leci nieprzyjemna mżawka, od czas do czasu zamieniając się w silny deszcz. Szczękam zębami i mocno ściskam ciepłe ubranie. W końcu na raz, dwa zrzucam z siebie gruby sweter. Okrywam się ręcznikiem i wychodzę na zewnątrz. Szybko kieruje się do pierwszego basenu i bardzo powoli wchodzę do wody. Na początku czuję tylko palenie. Moje stopy dosłownie płoną, całe ciało przechodzą dreszcze. Jest mi chyba jeszcze zimniej niż na początku. Ale nie rezygnuje i zanurzam się coraz głębiej. To niesamowite jak szybko moje ciało przyzwyczaja się do wysokiej temperatury. Już nie czuję palącego gorąca, ani przeszywającego pieczenia. Czterdziesto – stopniowa kołderka ciepłej wody przykrywa mnie aż po ramiona. Biała para rozchodzi się nad moją głową, odsłaniając przepiękny, zielony wąwóz otoczony naturalnymi wodospadami. W pełni zrelaksowana kładę się na wodzie i po prostu odpływam.

Termy to jedne z największych atrakcji na południu Chile. Okolice miasta Pucon są wręcz naszpikowane gorącymi źródłami. Ponieważ akurat pada deszcz a pogoda nie rozpieszcza nadmiarem słońca, decydujemy się jechać na zadaszone baseny. „Co?”- pyta zdziwiona właścicielka hotelu w którym się zatrzymaliśmy „Przecież taka pogoda jest wprost idealna na Geometricas”

Termy Geometricas oddalone są jakąś godzinę drogi od Pucon. Ciężko tam dojechać, trasa jest słabo oznaczona, do tego kamienne wertepy nie ułatwiają sprawy. Gdy w końcu docieramy na miejsce, parking przed wąwozem cały zapełniony jest samochodami. Wygląda na to, że nie tylko nas nie odstraszyła ta ponura pogoda. Drewniana kładka prowadzi do głównego budynku. Na środku pali się ognisko a przez przeszkloną ścianę można podglądać relaksujących się w wodzie ludzi. Wokół unosi się siwa para dymu.

I

Pomalowane na czerwono, drewniane pomosty zawieszone są nad strumykiem spływającym wprost z wodospadu. Tuż obok, po obu stronach w kamiennych basenach znajduje się 17 gorących źródeł. Każdy możne wybrać odpowiednią temperaturę dla siebie, począwszy od 35 stopni przez 41 stopni a skończywszy na zbiornikach tak gorących, że zakazanych do kąpieli. Dla amatorów hartowania organizmu, niektóre baseny wypełnia lodowata woda ze skalnego wodospadu. A wszystko to w otoczeniu bujnej zieleni i surowych skał wąwozu.

Na początek próbujemy 39 stopni by szybko przenieść się na 40. Ciepła woda rozgrzewa całe ciało, a padająca mżawka przyjemnie je schładza. Po kilkunastu minutach trzeba jednak zrobić sobie przerwę, serce bije jak szalone dlatego decyduję się na mały spacer po całym obiekcie. Na szczęście nie potrzebuje już swetra i kurtki, teraz przechadzam się w samym kostiumie ledwo zakryta ręcznikiem. Nie czuję zimna ani przeszywającego chłodu a raczej przyjemne orzeźwienie. Wybieram się w górę wąwozu. Drewnianą kładką docieram do najwyżej położonych basenów z 41 stopniową wodą. Kilku amatorów gorących kąpieli zaprasza mnie do środka ale myślę, że jednak na pierwszy raz poprzestanę na 40 stopniach.

                         

Gdy tylko przychodzi pierwszy chłód, szybko wracam do wody. Po raz kolejny muszę przetrwać początkowe mrowienie palców i palący ból, żeby znowu rozkoszować się uczuciem kompletnego relaksu.

Na koniec dnia, wykończeni i głodni udajemy się jeszcze do malutkiej restauracji, mieszczącej się w głównym budynku. Zdrowe i świeże jedzenie podane na drewnianych tacach, idealnie wpasowuje się w ekologiczny charakter tego miejsca. Chyba nic nie smakuje lepiej, niż gęsty krem z dyni przy ciepłym ognisku.

Po powrocie do hotelu, sprawdzam w internecie inne okoliczne termy. Wiele z nich to zadaszone baseny w tandetnych dekoracjach rodem ze starożytnej Grecji czy Egiptu, albo zimne minimalistyczne wnętrza przypominające ekskluzywne salony spa. Teraz jeszcze bardziej się cieszę, że jednak wybraliśmy Geometricas. Genialne w swojej prostocie miejsce, gdzie doskonale łączą się ze sobą cztery żywioły: powietrze, ziemia, woda i ogień.