Wietnam, Hue, plaża Thuan An

W recepcji hotelu w Wietnamskim mieście Hue, rozmawiam z dwoma chłopakami, Laurent jest z Belgii a Mauricio ze Stanów. Od kilku tygodni podróżują razem po Azji Południowo- Wschodniej. Obaj chcą jutro wynająć skutery i pozwiedzać okolice na dwóch kółkach. Gdy pada pytanie, czy mam ochotę dołączyć, nie zastanawiam się nawet przez chwilę.


Naszym celem jest położona poza miastem, plaża Thuan An. Bez mapy i zbytniego przygotowania (dostajemy jedynie kilka wskazówek od recepcjonistki typu „jedźcie prosto a potem skręćcie w prawo”) wskakujemy na dwa skutery i ruszamy w drogę.

Z Hue wydostajemy się zaskakująco łatwo, potem zgodnie z radą, „skręcamy w prawo” i właśnie wtedy zaczynają się kłopoty. Przez około 40 minut jedziemy przed siebie a plaży ani słychu ani widu. W pewny momencie wjeżdżamy na wiejską dróżką która prowadzi przez mokre pola ryżowe. Znad zielonej trawy, wystają tylko trójkątne kapelusze pracujących Wietnamczyków. Zaraz potem trafiamy do małej wioski i wpadamy (dosłownie) w sam środek odbywającego się na głównej ulicy targu. Kury uciekają z piskiem spod naszych kół a siedzący na krawężniku Wietnamczycy podskakują z ziemi, próbując uchronić swoje miski z ryżem.

Kilkakrotnie zagadujemy też napotkanych tubylców o drogę,  ale każdy macha ręką przed siebie, co przez pierwsze kilkanaście kilometrów interpretujemy jako „jeździe prosto”, a dopiero potem dociera do nas, że chodzi bardziej o „dajcie mi spokój” niż wskazanie kierunku jazdy. Gdy nareszcie wydostajemy się z labiryntu ścieżek, wijących się wśród pól ryżowych, i skręcamy z powrotem na główną drogę, Laurent daje znak abyśmy zatrzymali się na poboczu. Odkąd opuściliśmy hotel minęło dobrych parę godzin, a plaży nie ma, tak jak benzyny w baku jego skutera.

Bezskutecznie próbujemy zatrzymać przejeżdżające samochody i rowerowe riksze. Dookoła nas nie ma żadnych domów, jedynie w oddali dostrzegamy małe gospodarstwo z którego dochodzi złowrogie szczekanie psa. Pomimo sprzeciwu chłopaków, postanawiam tam pójść i poprosić o pomoc. Na szczęście głośne ujadanie wywołało właściciela z domu, więc nie muszę zastanawiać się jak obejść nieprzyjemnie wyglądającego zwierzaka.

Zaczynam tłumaczyć co nam się przytrafiło, mocno gestykulując rękami. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy młody Wietnamczyk odpowiada piękną angielszczyzną. Okazuje się, że jest studentem angielskiego z Hanoi, akurat odwiedza rodziców, którzy prowadzą tutaj gospodarstwo. Gdy wspominam o pustym baku, wraca się do domu i po chwili wychodzi z….butelką Smirnoff, wypełnioną benzyną.

Jesteśmy uratowani! Cieszymy się jak dzieci, gdy wskazówka z zera rusza w górę. Chyba dopiero teraz uświadamiamy sobie jak wielkie mamy szczęście, ponieważ w promieniu kilku kilometrów nie ma żadnego domu, a i spotkanie kogoś kto mówi po angielsku nie jest tutaj łatwe. Oprócz benzyny, dostajemy również dokładne wskazówki jak trafić na plażę i już za dwadzieścia minut parkujemy skutery pod palmą i wybiegamy na piasek.

Thuan An położona jest u wybrzeża Morza Południowochińskiego i ciągnie się na kilkanaście kilometrów. Poza nami jest tylko kilka kobiet i dzieci sprzedających lokalne dania, więc prawie cała plaża należy do nas. Niestety większą część dnia błądziliśmy po wiejskich drogach, dlatego zostajemy w okolicy jedynie przez godzinę i znowu odpalamy skutery.

Tuż przed powrotem poznajemy Amerykanina Miles’a, który przyjechał na chwilę na Thuan An. A, że orientuje się on w terenie o wiele lepiej niż my,  postanawiamy razem wrócić do miasta. Po drodze zahaczamy jeszcze o pobliskie wzgórza, gdzie mieści się jeden z największych cmentarzy w kraju. W czasach wojny Wietnamskiej komuniści dokonali w Hue zbiorowych mordów. Szacuje się, że w tym krwawym okresie zginęło nawet 4000 ludzi. Masowe, zniszczone grobowce zajmują olbrzymią przestrzeń, bardzo często zdarza się, że wybudowane są wprost na małych wysepkach, otoczonych dookoła podmokłymi polami ryżowymi.

Do Hue wracamy już po zmroku. Właściciel skutera od razu zarzeka się, że to nie jego wina, że zabrakło benzyny. Miało wystarczyć na drogę na plażę i z powrotem. Nikt nie kazał nam „błąkać się” po okolicy. A poza tym przecież tłumaczył, jak się tam dostać…

„Jedź prosto i skręć w prawo”, oto sprawdzony przepis na niezapomnianą przygodę w Wietnamie.

Kajmany, George Town

Jak się dostać z Kuby do Miami? Przez Jamajkę! Jak się dostać z Kuby na Jamajkę? Przez Kajmany! Nocny postój w George Town, stolicy kraju to doskonała okazja żeby rozejrzeć się po okolicy.

Z czym kojarzą mi się Kajmany? Z luksusem, z bankami, z eleganckimi hotelami. Pierwsze co przychodzi mi więc do głowy do nocleg na couchsurfingu. Szybko znajduje sympatycznego Edda i już w spokoju mogę planować dalszą część mojej podróży po Ameryce Środkowej.

Na Kubie ciężko o internet dlatego nie mam jak przypomnieć Eddowi szczegółów mojego przylotu. Siedzę w samolocie z Hawany jak na szpilkach, trzymając mocno kucki, żeby mój dzisiejszy host pamiętał o mojej wizycie. W międzyczasie zagaduje do mnie dwóch Amerykanów którzy mieszkają na Kajmanach. „Jak się nie zjawi, możesz zatrzymać się u mnie” – proponuje mi nieznajomy- „Mieszkamy z żoną niedaleko lotniska więc mogę cię rano podrzucić na samolot”.

Zabieram plecak z taśmy i podchodzę do Amerykanina. „Jadę teraz do biura, ale za godzinę będę tędy przejeżdżać, jak wciąż tu będziesz, zapraszam do siebie”. Siadam na ławce przed lotniskiem i wypatruje Edda. Na szczęście już po 15 minutach zjawia się znajoma twarz. Szczuplutki Filipińczyk z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, mocno mnie przytula: „Witaj na Kajmanach!”.

Pierwszy przystanek, restauracja. Dobrze się składa bo umieram z głodu. Na kolacje dołącza do nas przyjaciółka i współlokatorka Edda, Reko. Mój gospodarz wybiera typową Amerykańską restaurację których tutaj jest na pęczki. Amerykanie stanowią większą część populacji Kajmanów. A już szczególnie tej nocy, gdy w telewizorach leci transmisja z Super Bowl, największego amerykańskiego święta football’u.

„Przyjmujemy couchsurferów z nudów”- tłumaczy mi Edd – „Na wyspie niewiele się dzieje, to jedna z rozrywek” . Rozglądam się dookoła. Nawet krzyczący wniebogłosy kibice nie są w stanie zakłócić panującego w okolicy spokoju.

Po posiłku kierujemy się na słynną Siedmiomilową plażę. Słońce będzie zaraz zachodzić, więc siadamy na piasku i wpatrujemy się przed siebie. Wczorajszy zachód słońca na Kubie, jutrzejszy gdzieś na Jamajce, dzisiejszy na Kajmanach….jak tutaj nie kochać podróży.

Jest już całkiem ciemno gdy znowu wsiadamy do samochodu Edda. Jedziemy teraz do miasta, chociaż Georgetown, stolica kraju, to w zasadzie mała wioska. Zwiedzanie zaczynamy od….domu handlowego czyli centrum towarzyskiego wyspy. W kilku budynkach znajdują się kino, ekskluzywne sklepy i kilkanaście luksusowych restauracji ulokowanych wzdłuż sztucznej laguny. Potem powoli spacerujemy po opuszczonych ulicach miasta.

Wszystkie budynki wyglądają prawie identycznie jak na Arubie czy Amerykańskim Key West. Dwupiętrowe domy obite są kolorowym saidingiem, z przodu znajdują się drewniane werandy a przed wejściem zadbane ogródki. Wzdłuż portu ciągnie się kilka restauracji i sklepów. Bardziej w głębi ustawione są słynne banki. Dalej są już tylko osiedla mieszkalne. Przy czym na wyspie próżno szukać wysokich budynków, wszystkie domy maja około dwa, trzy piętra. Niewiele się tu dzieje. Całe miasto można obejść dosłownie w 15 (!) minut.

Ponieważ mój samolot na Jamajkę stratuje o 6 rano, a wszystkie lokale w okolicy powoli zbliżają się do zamknięcia, udajemy się do domu Edda.
„Gdybyś miała więcej czasu, pojechalibyśmy na okoliczne plażę, ponurkowali z rurką”- zachęca Edd – „Bo w mieście naprawdę nie ma co robić”.

Mój pierwszy i ostatni wieczór na Kajmanach upływa nam więc na rozmowach o… Filipinach, skąd pochodzi Edd i Reko, a mi tym samym  świta już w głowie pomysł kolejnej podróży: (czytaj: TUTAJ) 😉

O 4 rano razem z Eddem zbieramy się z łóżka i jedziemy na lotnisko. Po drodze mijamy miasto i szereg osiedli z identycznie wyglądającymi domami. Kajmany to najczęściej cel wycieczek bogatych Amerykanów, Brytyjczyków i wielkich statków pływających po Karaibach. To popularne miejsce plażowych ślubów i nurkowania. To również doskonała miejscówka na przystanek w wyprawie. Wystarczająco długi żeby odpocząć od podróży, wystarczająco krótki żeby się zbytnio nie znudzić.

Australia, Plaże w Sydney

Pierwsza myśl po przebudzeniu, pójdę na plażę. Mam do szkoły na później, pójdę na plażę. Kończę pracę w południe, pójdę na plażę. Co robić w weekend, pójdę na plażę…

To co wyróżnia Sydney pośród innych metropolii  to zdecydowanie pięknie położenie geograficzne. Miasto znajduje się w zagłębiu jednego z największych naturalnych portów na świecie. Otaczający go od wschodu Pacyfik nie tylko uatrakcyjnia to miejsce, ale także nadaje mu specyficzny charakter. Bo czy najpopularniejsze powiedzenie w Australii „no worries” (nie ma sprawy, żaden problem, nic się nie stało, spoko) miałoby jakikolwiek sens bez tutejszych plaż i relaksującego szumu fal?

Celebrowanie plażowego życia to nierozerwalna cześć Sydney. Będąc tutaj nietrudno zarazić się atmosferą wiecznych wakacji. Nikogo nie dziwi, że ktoś biegnie do autobusu w centrum miasta w kostiumie kąpielowym, albo wytrzepuje piasek z plecaka na stacji metra. Bo w Sydney praktycznie każdy jest w drodze na plażę albo właśnie z niej wraca.

Jakże mogłoby być inaczej kiedy miasto otacza ponad 40 plaż, a najbliższa – Bondi,  jest zaledwie kilkanaście minut drogi autobusem od samego centrum. Bondi można śmiało nazwać wizytówką Sydney, to najpopularniejsza i najbardziej znana tutejsza plaża. Położona jest w pięknej dzielnicy z typowymi dla zabudowy miasta szeregowymi domkami jednorodzinnymi ciągnącymi się prawie nad samą wodę, ale można też tutaj znaleźć wielkie domy handlowe, liczne restauracje i bary. Doskonałe połączenie komunikacyjne ułatwia dojazd nawet z najbardziej odległych przedmieść.

Mieszkańcy często wpadają tu tylko na chwilę, w drodze do pracy, albo wręcz przeciwnie, leniwie spędzają cały dzień. Wystarczy przejść przez promenadę, która oddziela plażę od reszty dzielnicy, żeby zrobić zakupy albo zjeść lunch, a potem wrócić na piasek. Kto nie przepada za kąpielą w otwartym morzu może skorzystać z wielkiego basenu wypełnianego słoną woda przez… sam ocean. Olbrzymie fale uderzają o ściany zbiornika i przelewają się do jego  środka. Poza tym plaża jest pięknie wkomponowana w krajobraz, otoczona z obu stron malowniczymi klifami. Wielką atrakcją jest spacer ścieżką wzdłuż urwistego brzegu z przepięknymi widokami. Bardzo łatwo można się nią dostać na sąsiednie plaże. Po godzinie drogi mija się malutką Tamarama – to jedno z najpopularniejszych miejsc do surfowania, by na końcu drogi wylądować na Bronte. To bardziej kameralne miejsce, uwielbiane przez rodziny z dziećmi. Bronte nie jest tak popularna jak Bondi ale ma to też swoje dobre strony. Jest tutaj zdecydowanie mniej restauracji i sklepów a co się z tym wiąże ludzi i hałasu.

Miano najpiękniejszej plaży w Sydney można śmiało przyznać Manly. Żeby się na nią dostać  trzeba skorzystać z promu kursującego po kilkanaście razy dziennie pomiędzy centrum miasta a dzielnicą. Podroż trwa pół godziny ale czas mija w mgnieniu oka, bo jest to zdecydowanie jedna z najatrakcyjniejszych tras na świecie. Z pokładu można bowiem podziwiać całą panoramę miasta ze słynną Operą i mostem Harbour Bridge na czele. Przy odrobinie szczęścia widać też wyskakujące z wody  delfiny. Manly to kolejna plażowa dzielnica miasta, zamieszkiwana głównie przez klasę średnią. Plaża leży na wąskim półwyspie, jest długa, czysta, przystosowana do uprawiania wielu sportów. Podobnie jak na Bondi, jest też tutaj duże zaplecze gastronomiczne i handlowe ale ceny są o wiele przystępniejsze niż w pozostałych częściach miasta.

Kolejnym bardzo popularnym miejscem jest Coogee. To właśnie tutaj zaczyna się malownicza ścieżka na klifach, która potem prowadzi na Bondi i Bronte.  Coogee oddalona jest 4 km od tej pierwszej i wydaje się jej lustrzanym odbiciem. Wiele osób krytykuje lokalizację za hałas, to wina pobliskiego lotniska, często zdarza się ze samoloty przelatują tuż nad leżącymi na piasku ludźmi, ale nawet pomimo to Coogee ma swoich wiernych fanów, spędzających tutaj każdą wolną chwilę.

Maroubra to doskonałe miejsce na weekendowe grillowanie. Plaża otoczona jest sporym parkiem, gdzie za kilka dolarów można wynająć grilla. Czasem ciężko jest znaleźć kawałek wolnego miejsca, żeby rozłożyć koc. Piknik połączony z barbecue (BBQ)  z rodziną i przyjaciółmi to po plażowaniu, ulubiona forma spędzania czasu mieszkańców Sydney.

Miłośnicy surfingu kochają za to Cronulla. Wokół plaży znajduje się mnóstwo szkółek i wypożyczalni sprzętu. Fale są niespokojne i wysokie ale też płaskie, dobre do nauki.

Gdy mieszkałam w Australii, moim absolutnym numerem jeden była La Perouse. Pusta, trochę dzika plaża oddalona od centrum ok. 40 minut jazdy autobusem. Wprawdzie duże fale utrudniają pływanie, ale za wszystko nadrabiają widoki. La Perouse znajduje się na przylądku Banks, jednym z najbardziej wysuniętych w stronę otwartego oceanu. Często przyjeżdżałam tutaj ze znajomymi, kolegami ze szkoły a gdy chciałam odpocząć i się wyciszyć, sama.

Mieszkanie nad morzem to fantastyczna przygoda. Daje poczucie wolności i przestrzeni, której tak często brakuje we współczesnych betonowych dżunglach. I za tym tęsknie chyba najbardziej. Za otwartym oceanem i za dniami kiedy pierwszą myślą po przebudzeniu było: „pójdę na plażę”.

Jamajka, Treasure Beach

-Ya Man – uśmiecha się do mnie czarnoskóry mężczyzna, odsłaniając krzywe zęby. Jestem na lotnisku w Montego Bay. Na moje pytanie, czy bezpiecznie podróżować po Jamajce lokalnym autobusem, mężczyzna uśmiecha się szerzej:

-Ya Man, bezpiecznie, jak cię okradną, to don’t worry, najprawdopodobniej okradziony został cały autobus – Na koniec dorzuca – No problem, this is Jamaica!

Swój pobyt zaczęłam planować w samolocie z Kajmanów na Jamajkę (zważywszy, że lot trwa ok. godziny, plan ograniczył się do „przylecę i zobaczę co dalej”). Na wstępie mój portfel stał się lżejszy o 20 dolarów – musiałam opłacić wizę, mimo że prawie żaden kraj UE nie musi uiszczać opłaty.

W przewodniku po Jamajce umieszczono mapę z zaznaczonymi miejscowościami turystycznymi: Kingston, Montego Bay, Negril. Mój wzrok przykuło Treasure Beach na południu, opisane jako mała wioska rybacka z kilkoma guesthouse’ami i ładnymi plażami. Czemu nie… Na hali przylotów pierwsze kroki kieruję do informacji turystycznej.

– Ya Man, w którym hotelu masz rezerwację?

– W żadnym, chcę jechać do Treasure Beach.

– Ya Man, no problem, mogę ci zamówić taksówkę. To będzie 200 dolarów.

– Ile?! Nie ma mowy, nie mam tyle. Można tam dojechać lokalnym autobusem?

Z lotniska łapię „dzieloną taksówkę” na dworzec autobusowy. Nie ma na nim poczekalni, peronów, informacji. Przypomina plac handlowy. Okazuje się, że mimo niedużej odległości, nie ma bezpośredniego autobusu do Treasure Beach. Najpierw muszę jechać do Savana la Mar. Na szczęście jest wolne miejsce w minibusie.

Siedzę w przejściu na desce zawieszonej między siedzeniami. Ścisk i duchota, ale za to jest bilet śmiesznie tani, a z radia leci reggae. Kierowca pędzi, wyprzedzając inne pojazdy z prawej i z lewej strony (Jamajka jest w czołówce krajów z największą liczbą wypadków drogowych). W końcu docieram do Savana la Mar – małego miasteczka z nieciekawą reputacją. W czasie podróży poznaję Jamajczyka Joe, który tłumaczy mi, co mam dalej zrobić – złapać autobus do Black River. Autobus przyjedzie… wkrótce (na wyspie nie ma rozkładów jazdy, a nawet jak są to nikt nie zaprząta sobie nimi głowy).

Joe pyta skąd jestem, opowiada też o sobie. Rozmowie przysłuchuje się kierowca autobusu Sam. Wypytuje o Polskę, pytania są specyficzne: ile osób ginie w Polsce w strzelaninach? Ile jest wypadków śmiertelnych na drogach?

Po serii pytań rozmawiamy o Jamajce. – Ya Man, jest tu trochę niebezpiecznie, trzeba wiedzieć z kim nie zadzierać. Ya Man, nikt tu nie przestrzega przepisów drogowych. Ya Man, Jamajka to najpiękniejsze miejsce na ziemi.
Mężczyźni nie ukrywają radości, że zdecydowałam się na podróż komunikacją publiczną:  -Turyści tu siedzą w kurortach. W hotelach mówią im: nie wychodź na ulicę, bo cię zastrzelą! Fajnie, że podróżujesz po wyspie, zobaczysz prawdziwą Jamajkę.

Po godzinie czekania na autobus niecierpliwię się.

– Ya Man, przyjedzie wkrótce, no problem- Sam częstuje mnie jerk chicken, narodowym daniem Jamajczyków – grillowanym, pikantnym kurczakiem z ryżem.

Po dwóch godzinach przyjeżdża wyczekiwany transport. Sam wita się z kierowcą:

– To moja koleżanka, zawieź ją do Black River.

Mężczyzna bierze mój plecak i prowadzi do pojazdu, całego w zdjęciach Boba Marleya.

-Musimy chwilę poczekać – mówi i… idzie kupić na ulicznym straganie porcję jerk chicken.

Kolejna godzina czekania ciągnie się w nieskończoność. W końcu ruszyliśmy. Po czterdziestu minutach dojechałam do Black River. Po znalezieniu autobusu, który jechał do Treasure Beach, znów usłyszałam „musimy chwilę poczekać”.

Zaczęłam tracić nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się dojechać do celu. David, mój najnowszy kierowca, zabawiał mnie rozmową. Sprawiało mu to niemały ubaw, ponieważ rozumiałam zaledwie połowę tego, co do mnie mówił. Jamajczycy posługują się specyficzną odmianą angielsko-karaibskiego, trudnego do zrozumienia nawet przez anglojęzycznych. Gdy zebrało się pięć osób, ruszyliśmy. Kilka minut po 17.00 autobus zatrzymał się pod bramą guesthouse’u w Treasure Beach.

– Ya Man, no problem, mam jeden wolny pokój – objaśnia mi właściciel kilku małych, kolorowych domków na plaży.

Po rozpakowaniu plecaka wychodzę na werandę. Obok mój sąsiad, 30-letni Niemiec Julian, sączy Red Stripe, najpopularniejsze piwo na wyspie. Jest spokojnie, pusto i ciemno… – Ya Man, no problem, this is Treasure Beach.

„Rise up this mornin’,
Smiled with the risin’ sun”

Pisząc tę piosenkę, Marley na pewno myślał o porankach w Treasure Beach. Słońce budzi do życia wioskę powoli, tu nikt się nie spieszy. Wieś to kilka domów otoczonych drewnianymi płotami, garstka kameralnych hoteli i guesthouse’ów oraz Kingfisher Plaza, czyli kilka sklepików i kafejka internetowa.
Skromne życie towarzyskie skupia się w Eggy’s Bar (znanym także jako najlepsza miejscówka na podziwianie zachodów słońca), gdzie morze dosłownie podmywa siedzących przy stolikach gości, oraz „klubie nocnym” Fisherman, gdzie co wieczór gra głośna muzyka, ale nie oznacza to dzikiej imprezy (jedyni klienci to przeważnie rybacy przysypiający po ciężkim dniu przy stolikach).

Po kilku leniwych dniach na plaży, wraz z poznanymi tu kilkoma osobami, wynajmujemy łódkę, sterowaną przez Jamajczyka Justina. Black River to jedna z najdłuższych rzek Jamajki. Wzdłuż rzeki ulokowane jest miasteczko o tej samej nazwie. Mijamy domy mieszkalne, przed którymi wygrzewają się krokodyle.

– Ya Man, patrzcie, Jesus birds – mówi kapitan, pokazując maleńkie ptaszki biegające po wodzie.

Po półgodzinnym dryfowaniu Justin zatrzymuje się w zakolu rzeki. Według jego zapewnień to jedno z niewielu miejsc na Black River, gdzie można popływać bez obawy spotkania krokodyla. Jest gorąco, chłodna woda kusi, więc wszyscy wyskakujemy z łodzi. Justin rozdaje po butelce Red Stripe, na zawieszonej na drzewie linie można skakać do wody.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na jeszcze jednego Red Stripe. Wyjątkowego, bo w wyjątkowym miejscu. Łódka podpływa do rozpadającej się chatki na środku morza. To Pelican Bar, adres – Morze Karaibskie. Dawniej było to ulubione miejscem rybaków wracających z połowów. Obecny Pelican Bar to bardziej przystań turystów niż Jamajczyków. Po wcześniejszej rezerwacji można tam zjeść owoce morza. Cały lokal obwieszony jest zdjęciami Boba Marleya i flagami różnych państw. Drewnianymi schodami można zejść wprost do wody.

Ostatniego dnia na Treasure Beach, razem z Julianem, postanawiamy wynająć skuter i pojeździć po okolicy. Właściciel pojazdu tłumaczy jak go odpalić: „zielony kabelek przykładasz do czerwonego”.

Po godzinie jesteśmy w YS Falls. Mamy szczęście, bo trafiamy na „wolniejszy dzień”, kiedy nie ma tłumów. Przed wejściem mijamy tablicę „Żadnego niszczenia roślin, nie zostawiaj dzieci bez opieki, uważaj na śliskie kamienie, nie pal ganja! Dziękujemy za współpracę”. Wodospad nie jest wielki, ale za to bardzo szeroki, a wszystko otacza bujna zieleń.

Wracamy na wybrzeże wzdłuż pięknej Bamboo Avenue i kierujemy się na Lover’s Leap. Legendę o klifie zna tu każdy. Dwójka kochanków – niewolników na wieść, że mają zostać rozdzieleni, rzuciła się ze skały w otchłań wody. Pomimo sławy znalezienie klifu jest trudne. Po kilkunastu minutach błądzenia i przedarciu się przez gęste krzaki naszym oczom ukazuje się widok jak z bajki. Błękit nieba spotyka się z turkusem wody, delikatnie zarysowując linię horyzontu. Potężne skalne urwisko i wielkie fale, rozbijające się o surowy brzeg, zapierają dech w piersiach.

Wieczorem udajemy się do Eggy’s Bar na nasz ostatni zachód słońca nad Treasure Beach. Czerwono-złota kula zbliża się do tafli wody, rozświetlając morze wszystkimi kolorami a z głośników rozchodzi się wibrujący głos Marleya.

„Singin’: „Don’t worry about a thing,
‘Cause every little thing gonna be all right.
Singin’: „Don’t worry (don’t worry) about a thing,
‘Cause every little thing gonna be all right!”

Pzed zachodem słońca cz. II

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto druga odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Marrakesz (Maroko)

Pewnego dnia na jednej z ulic Marrakeszu spotkałam wycieczkę z Polski. Po krótkiej rozmowie okazało się, że przyjechali tutaj tylko na jeden dzień z Agadiru, teraz spacerują po okolicy a za kilka godzin zbierają się z powrotem do kurortu. „Ale jak to?”- pytam zdziwiona – „Przecież najważniejszy spektakl na głównej scenie kraju, placu Dżemaa el Fna, zaczyna się tuż po zachodzie słońca??”. Przyjechać do Marrakeszu i nie poczekać do zmroku to jakby nie odwiedzić tego miasta w ogóle. Dżemaa el Fna to hałaśliwe, gwarne, jedyne w swoim rodzaju, serce całego kraju. Gdy słońce chowa się za budynkami, a gorący żar, który płynie z nieba, nareszcie staje się do wytrzymania, plac zapełniają  kramy z jedzeniem, polowe restauracje, treserzy małpek i wężów, muzycy, tancerze. Dla każdego znajdzie się miejsce w tym kolorowym bałaganie. Razem z dwoma Chinkami, które poznałam poprzedniego dnia, siedzimy w małej restauracyjce na pietrze. Popijamy miętową herbatę i wpatrujemy się w powoli zachodzące słońce, które w Marrakeszu wcale nie zwiastuje końca dnia a właściwie rozpoczyna jego najciekawszy fragment.

Trynidad i Tobago

Po koszmarnej podróży na Trynidad i Tobago (czytaj TUTAJ) przyszedł czas na relaks i odpoczynek. Pigen Point, bajkowa plaża była moim pierwszym przystankiem na Tobago. Poszłam tam na piechotę, chociaż cały teren znajduje się w dość dużej odległości od drogi. Od początku wiedziałam, że zostanę na zachód słońca i nie rozczarowałam się. Cały spektakl wyglądał jak wycięty z pocztówki. Szałas na drewnianym molo, srebrna woda i złote słońce tonące w morzu. Trochę się martwiłam o późny powrót do miasta, ale po drodze zatrzymał się samochód i kierowca sam zaproponował mi podwózkę. W kolejnych dniach wpadliśmy na siebie jeszcze dwa razy, to właśnie John polecił mi Charlotteville, małą wioskę rybacką po przeciwnej stronie wyspy, która okazała się jednym z najpiękniejszych miejsc w kraju.

Gdzieś na Syberii (Rosja)

W pociągu kolei Transsyberyjskiej nie ma zbyt wielu atrakcji. Czas biegnie od posiłku do posiłku, od drzemki do drzemki, od rozdziału w książce do kolejnego rozdziału (czytaj TUTAJ). Czasem urozmaiceniem tej rutyny jest rozmowa ze współtowarzyszami podróży, a czasem skandale które co jakiś czas wybuchają w przedziale obok. Czteroosobowa rodzina zaprawiona w na długich Syberyjskich trasach zabrała ze sobą w drogę laptop i przedłużacz. Sprytnie podłączyli urządzenie do kontaktu na korytarzu i non stop oglądają filmy. Kontakty są dwa na cały wagon, a każdy chce naładować komórkę czy baterię w aparacie, także kłótni jest co niemiara. Coraz więcej wzburzonych pasażerów urządza sobie pielgrzymki ze skargami do przedziału prowadnicy. Ta na początku ignoruje zażalenia ale w końcu obiecuje ingerować. Gdy puka do zamkniętego przedziału z którego wystaje tylko kabel od przedłużacza, pozostali pasażerowie stoją za jej plecami czekając na przebieg rozmowy. Ja też stoję, ale bardziej z nudów niż ciekawości. W trakcie gdy wszyscy zażarcie dyskutują, mnie nagle przeszywa ciepło które przebija się przez szybę pociągu. Odwracam się do okna a tam, nad torami kolejowymi zachodzi słońce. W pociągu okna na korytarzu są zablokowane, dlatego przytulam się do ściany i pstrykam zdjęcie. Nie wiem ile stałam tej pozycji, ale wzburzony tłum zdarzył już rozejść się do swoich przedziałów a zachłanna rodzina zabrała przedłużacz. Korzystając z szansy szybko podłączyłam baterię aparatu do kontaktu…po czym leniwie wróciłam do pociągowej rutyny.

 Wyspa Langkwai (Malezja)

Siedzę sobie na tarasie małego domku na plaży i czytam książkę. Nagle słyszę…polski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jestem właśnie na małej wyspie Langkawi w Malezji. Odkładam lekturę na bok i wsłuchuje się jeszcze raz. Tak, uszy mnie nie mylą, słyszę mój ojczysty język. Idę w kierunku skąd dobiega rozmowa. Za domkiem, na plastikowych krzesełkach na piasku siedzi kilka osób i żartując, śmieją się co sił w płucach. To Polscy emeryci podróżujący po Azji, bez planów, bez rezerwacji i …bez znajomości angielskiego. Tym większe jest moje zdziwienie gdy okazuje się, że wynegocjowali lepszą cenę za domek niż ja. Przysiadam się do grupy i zaczynamy rozmowę. O wszystkim, o podróżach, planach na przyszłość, moim życiu w Australii. W tym czasie za nami zachodziło słońce. Na chwilę cała okolica rozświetliła się na pomarańczowo, by zgasnąć i pogrążyć nas w ciemności. Teraz słychać już tylko szum wody i roznoszące się wokoło echo śmiechu i chichotania z dobrych, polskich żartów.

 Playa Blanca, Cartagena (Kolumbia)

Ohhh ciężko było się dostać na tą plażę. Oczywiście można było wybrać łatwiejszą drogę, zapłacić za autobus turystyczny w agencji, popłynąć promem ale nam się zachciało przygody. Razem z poznanym w hostelu Amerykaninem Chrisem, wsiedliśmy najpierw w autobus podmiejski, potem złapaliśmy okazję i przejechaliśmy na pace dobrych kilkanaście kilometrów a na koniec pewien Kolumbijczyk podrzucił nas na motorze. Warto było się męczyć Playa Blanca śmiało można umieścić w rankingu najpiękniejszych plaż Karaibów. Wystarczyło kilka godzin, żebym zrozumiała, że nie chce dzisiaj stąd wracać. I tak spontanicznie postanowiliśmy zostać na noc. Wynajęliśmy namiot za kilka dolarów i rozbiliśmy go tuż nad brzegiem wody. Na całej plaży jest tylko jedna toaleta, do tego płatna, za prysznic służy wiaderko z zimną wodą i dziurawy parawan, a w nocy nie ma prądu. Ale wszystkie te niewygody wynagradza przepiękny zachód słońca. Gdy złota kula zbliża się do morza, większość plażowiczów pakuje swoje ręczniki, by zdążyć na ostatni prom do Cartageny. Statek odpływa a wraz z nim kilkadziesiąt ludzi, nagle Playa Blanca pustoszeje. Słońce zachodzi tutaj w kompletnej ciszy, jedynie z kilkoma osobami, które tak jak my zdecydowały się zostać na noc.

Trynidad i Tobago, Tobago

Lot z Georgetown, stolicy Gujany do Londynu, przystanek w POS. Gdzie u diabła jest POS!??! Szybka lekcja kodów lotniskowych i geografii i już wiem, to Port of Spain, stolica wyspiarskiego kraju na Karaibach: Trynidad i Tobago. Burza myśli w głowie, sprawdzenie lotów i nowy, gotowy plan już na mnie czeka. Zamiast kilkugodzinnego postoju na lotnisku, tygodniowy pobyt na Karaibach. Idealnie żeby zakończyć półtoramiesięczną podróż po kolejnych zakątkach Ameryki Południowej.

Pomimo, że cała wyprawa przebiegła bezkolizyjnie, bezstresowo i całkowicie bezproblemowo, dzień wylotu na Trynidad i Tobago był jak trzęsienie ziemi i zawał serca w jednym. Zaczęło się już na lotnisku w Georgetown. Do biletu trzeba dopłacić podatek: 15 dol amerykańskich albo równowartość tej sumy w walucie lokalnej…akurat teraz, gdy wydałam ostatnie lokalne pieniądze na kawę w lotniskowej kawiarence. Ok, głęboki wdech.

-Mogę zapłacić kartą?- pytam.

-Tylko gotówką

-Pójdę do bankomatu- poinformowałam spokojnie panią w okienku.

-Bankomat obsługuje tylko lokalne karty

Hmmm co robić, spaceruje po hali lotniska i szukam pomysłu. W końcu przypomniało mi się, że mam jeszcze schowane na dnie plecaka 10 euro. Podekscytowana biegnę z powrotem do pani w okienku i pokazuje jej banknot.

-Przykro mi, nie przyjmujemy euro, tylko dolary albo waluta lokalna.

-W takim razie, gdzie jest kantor? -pytam zniecierpliwiona.

-Zamknięty – tym razem, pani nawet nie podnosi głowy znad papierów.

Co robić, co robić… za dwie godziny samolot. Myśli kotłują się w głowie. Nagle dostrzegam znajomą twarz. Gdy stałam w kolejce do odprawy przez krótka chwilę rozmawiałam z mężczyzną z Namibii, który wracał do domu przez Frankfurt. Podbiegam do niego i opowiadam całą sytuację.

-Słuchaj dam ci moje 10 euro, będziesz mieć na kawę we Frankfurcie ale potrzebuje za nie 15 dolarów – stawiam jasno sprawę.

-Nie ma problemu – uśmiecha się mężczyzna.

Uffff nareszcie, załatwione. Płacę podatek, wchodzę do hali odlotów, rozsiadam się w samolocie. Papa Ameryko, witajcie Karaiby.

Mój plan był prosty, lecę do Port of Spain znajdującego się na większej wyspie Trynidad, tam na lotnisku od razu kupuję bilet do Tobago, drugiej, mniejszej wyspy słynącej z pięknych plaż. Do Port of Spain wrócę dopiero na Boże Narodzenie, które miałam spędzić u chłopaka z couchsurfingu.

Z biletami na Tobago nie ma problemu. Nie trzeba niczego wcześniej rezerwować. Samolot to najpopularniejszy środek transportu pomiędzy wyspami, loty odbywają się kilkanaście razy dziennie. Nawet jeżeli nie ma akurat miejsc, wystarczy poczekać kilka godzin, na pewno coś się zwolni (ponieważ bilet na lot jest ważny przez rok, wiele ludzi rezygnuje z podróży i wtedy można wskoczyć na ich miejsce). Po przylocie do Port of Spain spokojnie więc udaję się do kasy.

-Bilet na Tobago poproszę – uśmiecham się szeroko, a w głowie mam już szum wody, plażę i słońce

-Przykro mi, pani karta jest zablokowana, proszę się skontaktować ze swoim bankiem

No nie znowu, czy uda mi się w końcu dotrzeć na ta cholerną wyspę. Idę do bankomatu, rzeczywiście zablokowana. Pomimo, że przed wyjazdem poinformowałam swój bank o mojej podróży to i tak kilkakrotnie już uziemili mnie w taki sposób w różnych miejscach na świecie.

Co robić, co robić. Na lotnisku przeżywam istne dejavu. Mój telefon nie działa na Trynidad i Tobago, nie mam żadnych pieniędzy na kartę telefoniczną ani nawet na kafejkę internetową żeby skontaktować się z bankiem. Wśród tłumu znowu dostrzegam znajomą twarz, mężczyzna z Namibii. Opowiadam mu całą historię, a on po raz kolejny oferuje pomoc. Jestem mu bardzo wdzięczna, ale tym razem grzecznie odmawiam. Sama dam sobie radę, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak.

Przychodzi mi do głowy żeby skontaktować się jakoś z chłopakiem z couchsurfingu. Ale wpierw pytam panią w kasie czy na lotnisku jest darmowe wi-fi. Jest!!! W restauracji na piętrze. Wybieram stolik przy kontakcie i rozsiadam się wygodnie. To teraz moje centrum dowodzenia. Podłączam komórkę do prądu i piszę do taty. Ten szybko podaje mi detale swojej karty kredytowej. Dzięki temu ładuję moje konto na skypie. Dzwonie do banku, cholera skype nie łączy się z numerami alarmowymi. Szybki reserch w internecie i mam zwykły numer, dzwonię. Ponieważ wi-fi jest słabe, połączenie zostaje kilkakrotnie przerwane. Za każdym razem odpowiadam na szereg pytań zabezpieczających, za trzecim połączeniem znam je już wszystkie na pamięć. Po godzinie, udaje się, karta jest odblokowana. Biegnę do bankomatu wybrać pieniądze, a potem do okienka kupić bilet. Nareszcie mogę zacząć swoją przygodę z Tobago.

Zaraz po przylocie, pożyczam telefon od jakiegoś mężczyzny i dzwonię do chłopaka u którego będę spała na couchsurfungu na czas pobytu na Tobago. Umówiliśmy się na plaży, oddalonej jakieś 5 minut spacerem od lotniska. Garth jest taksówkarzem, co na Tobago jest bardzo dobrą pracą…ponieważ na wyspie właściwie nie istnieje transport publiczny. Dzielone taksówki kursują na stałych trasach jak autobusy, wystarczy wyjść na ulice i pomachać. Na najbliższe pięć dni zatrzymam się u Garth’a, który mieszka na przedmieściach głównego miasta, Scarborough.

Mojego pierwszego, pełnego dnia na Tobago, od razu kieruje się na Pigeon Point czyli najsłynniejszą plażę w okolicy, a nawet w całym kraju. Teren jest prywatny dlatego najpierw trzeba zapłacić za wstęp, a potem już tylko biały jak mąka piasek, turkusowa woda i palmy uginające się na wietrze. Pigeon Pint to idealne miejsce do odpoczynku i uprawiania sportów wodnych. Teren jest bardzo zadbany, plaża czysta a w pobliżu znajduje się kilka restauracji, sklepy i dobrze przygotowane toalety i prysznice. Po powrocie spaceruję wzdłuż głównej ulicy wyspy, Milford Road. Na mapie wygląda jak krótka droga do miasta, w praktyce okazuje się długa i rozległa, dlatego w końcu decyduje się na taksówkę.

Kolejny dzień mija mi na następnej plaży, Buccoo. Ta jest zdecydowanie mniejsza i bardziej kameralna. Kształtem przypomina podkowę i ciągnie się na dobrych kilka kilometrów. Jestem tutaj całkiem sama, w pobliżu tylko paru rybaków reperuje sieci na poranny połów, poza tym jest cicho i spokojnie. Wieczorem, w każdą niedzielę to miejsce zmienia się nie do poznania. To tutaj odbywają się bowiem słynne na całe Karaiby, Sunday School Party. Wielka uliczna impreza z dj’ami nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat ściąga lokalnych (a teraz też turystów) na szaloną zabawę w rytmach dancehall, reggae i reggaeton. „Moi rodzice chodzili na Sunday School i teraz ja tutaj chodzę, to tradycja” tłumaczy mi Garth. Na parkingu przed plażą rozstawione są olbrzymie głośniki, dj gra z balkonu pobliskiego baru. Ludzie tańczą w kręgu, co jakiś czas na środek wychodzi parę osób i dają popis swoich płynnych ruchów. Nie ma tutaj mowy o pląsach, na Tobago, tańczy się bardzo zmysłowo, wręcz na granicy erotyzmu. Kobiety i mężczyźni są do siebie przyklejeni, mocno objęci, płynnie kręcą biodrami schodząc coraz niżej. Grupy dziewczyn wybiegają przed chłopaków i potrząsają z zawrotną szybkością pośladkami. Niektóre przykucają i wypinają się w pozach, które w wielu krajach były by wręcz zakazane 😉 W każdą niedzielę nad całą okolicą Buccoo unosi gorąca, parna atmosfera, i to wcale nie zasługa karaibskiej pogody.

Podróż do Charlotteville, małej wioski rybackiej po drugiej stronie Tobago zajmuje kilka godzin. Autobus jedzie po trasie wzdłuż krętej górskiej drogi przyprawiając o mdłości. Charlotteville położona jest w małym naturalnym porcie. Cicha i spokojna wioska składa się z zaledwie kilkunastu domów, małych restauracji specjalizujących się w rybach i daniach z owoców morza, szkoły i boiska sportowego. Zaraz po przyjeździe udaję się na wzgórze gdzie prowadzi ścieżka do Pirates Bay, pięknej plaży ukrytej pomiędzy klifami. Plaża jest mała i bardzo kameralna, pięknie wkomponowana w skalisty krajobraz. Ciepła woda podmywa mi stopy, dzięki naturalnej zatoce nie ma tutaj wielkich fal, morze jest spokojne, idealne do pływania i zabawy.

Po całym dniu relaksu na słońcu, wspinam się po 200 stopniach w górę wzgórza. Pod małym sklepem w Charlotteville czekam na autobus powrotny do Scarborough. Po godzinie dołącza się do mnie pewien Włoch, po dwóch godzinach jesteśmy już prawie pewni, że autobus nie przyjedzie. Powoli zbliża się zmrok, idziemy wzdłuż głównej drogi próbując złapać okazję. Za pierwszy razem zatrzymuje się podejrzany typ, za drugim trzech chłopaków którzy chcą jakieś astronomiczne pieniądze za podwózkę, do trzech razy sztuka. W końcu trafiamy na przemiłe, starsze małżeństwo. Pół drogi do miasta rozmawiamy, drugą polowe śpimy zmęczeni Karaibskim słońcem. Dzięki uprzejmości kierowcy podjeżdżam pod same drzwi mojego domu.

Przedostatniego dnia wybieram się na spacer po Scarborough. Największe miasto na Tobago to tak naprawdę kilka ulic i port. W centrum znajdują się supermarkety, sklepy z pamiątkami, mnóstwo targów ze świeżymi owocami i restauracje. Na wzgórzu nad miastem góruje fort King George z XVIII wieku, skąd rozchodzi się piękny widok na wyspę. Do portu dwa razy dziennie przypływa wielki prom z ludźmi z Trynidadu. Podróż morska jest znacznie dłuższa i mniej wygodna niż samolot ale wciąż jest ratunkiem dla osób bojących się latać. Wieczorem Gath proponuje mi wspólny kurs po jednego ze swoich stałych klientów.  W ten sposób poznaje szalonego Jerry’ego, który odziedziczył po ojcu restaurację ale przez swoje uzależnienie od narkotyków doprowadził biznes do ruiny. Teraz po uporaniu się z nałogiem chce odbudować lokal. We trójkę udajemy się do przepięknego budynku położonego w centralnej części Tobago. Restauracje otacza strumyk i prawdziwy, bujny „Tajemniczy Ogród”. Wielką atrakcją jest potężne, zabytkowe koło, dzięki któremu pobierano dawniej wodę. Mam nadzieję, że Jerry odbuduje lokal i zacznie ściągać tutaj ludzi, ponieważ miejsce jest po prostu przepiękne.

Po spędzeniu prawie pięciu dni na Tobago wracam na lotnisko. Przed odlotem idę jeszcze na pobliską plażę, Stone Bay na której spędzam ostatnie godziny na wyspie. Zeszłotygodniowy stres związany z podatkiem i zablokowaną kartą już dawno odszedł w zapomnienie, a po tym jednodniowym trzęsieniu ziemi nadeszło piękne słońce i błękitne niebo. Bo w podróżny zawsze jest dobrze, nawet jak jest źle.

Przed zachodem słońca cz. I

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto pierwsza odsłona nowego cyklu na blogu i pierwsze zachody słońca 🙂

Archipelag San Blas (Panama)

Na archipelag San Blas w Panamie dotarłam po kilkudniowej, wycieńczającej podróży jachtem z Kolumbii (czytaj TUTAJ). Pierwszy zachód słońca na wyspie był ukojeniem tych kilku dni na morzu. Wprawdzie ziemia wciąż nieprzyjemnie falowała co było pozostałością po okropnej  chorobie morskiej, obolały żołądek odmawiał jakiejkolwiek kolacji a ciepły rum w plastikowych kubeczkach ledwo nadawała się do picia, to i tak wszyscy siedzieliśmy na piasku jak zaczarowani, wpatrując się w zmieniające się kolory na niebie. Nad San Blas słońce zachodziło powoli, rzucając długie, gorące promienie a gdy w końcu utonęło w morzu, cała okolica natychmiast pogrążyła się w ciemności. Po chwili wszyscy wbiegliśmy do wody, żeby popływać pod gwiazdami. Po powrocie położyłam się na materacu, tuż pod palmą i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w usypiające fale morza.

Busan (Korea Południowa)

Podróżując po Korei Południowej odwiedziłam moją koleżanką Dianę, która specjalnie na mój przyjazd wzięła wolne w pracy i razem ze mną zwiedzała swój kraj. Z uwagi na to, że Korea jest odrobinę droższa starałyśmy się oszczędzać i spałyśmy głównie w hostelach….do czasu przyjazdu do nadmorskiego miasta Busan. Wtedy to ojciec Diany poinformował nas, że dzięki swojej pracy załatwił nam…apartament w czterogwiazdkowym hotelu, tuż nad zatoką. Cały dzień spędziłyśmy z Dianą na spacerze po mieście, m.in na wizycie na słynnym targu rybnym, zaś wieczorem rozkoszowaliśmy się luksusowym pokojem z widokiem na zachodzące słońce tuż nad mostem Gwangan. To był piękny koniec, pełnego niespodzianek, równie pięknego dnia.

Kajmany

Mój samolot wylądował na Kajmanach na kilka godzin przed zachodem słońca. Z lotniska odebrał mnie Ed, chłopak u którego miałam spać na coutchsurfingu. Razem ze swoją przyjaciółką Reko, szybko obwiózł mnie po całej wyspie, zaprosił na kolację do lokalnej restauracji a wieczorem wszyscy udaliśmy się w kierunku najsłynniejszej plaży w kraju: Seven Mile Beach. Zdążyliśmy idealnie tuż na zachód słońca. Plaża była prawie pusta, siedzieliśmy więc na piasku i w trójkę wpatrywaliśmy się przed siebie, a gdy słońce zginęło za horyzontem jeszcze długo rozmawialiśmy o podróżach, życiu i Filipinach (zarówno Ed jak i Reko pochodzą z tego kraju). Następnego dnia, na kilka godzin przed świtem Ed odwiózł mnie na lotnisko. Samolot wzbił się w powietrze wraz ze wschodem słońca, wtedy jeszcze nie wiedziałam jak wspaniały dzień na mnie czeka i gdzie będę podziwiać kolejny zachód słońca.

Cienfuegos (Kuba)

Na Kubie od pięknych zachodów słońca można dostać zawrotu głowy. Każdy pobyt na plaży kończył się późnym wieczorem, bo obowiązkowo musiałam poczekać do zmierzchu. Podczas pobytu w Cienfuegos koniec dnia zaskoczył mnie podczas zwiedzania dzielnicy Punta Gorda. Spacerowałam wzdłuż nadmorskiego deptaka Malecon, gdy słońce powoli  schodziło coraz niżej i niżej. Początkowo żółte niebo stało się pomarańczowe, potem czerwone a złota droga na wodzie wiodła wprost do rozjarzonej kuli na niebie.

Aruba

Co można robić na Arubie? Karaibska rajska wysepka to raj dla amatorów plażowania ale poza tym nie ma tam zbyt wielu atrakcji. Z Aruby miałam samolot do Europy, to tam spędziłam ostatnie pięć dni podczas mojej podróży po Ameryce Południowej. Znowu bez pieniędzy i znajomości ale za to z kolejną niesamowitą przygodą. Moja wiara w dobrych ludzi, odrobina szczęścia i karma po raz kolejny postawiły na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Zamieszkałam u małżeństwa które poznałam na lotnisku w Wenezueli (ale to już historia na inny cykl: The kindness of strangers czyli życzliwość w podróży). Codziennie rano Frank wiózł mnie na plażę skąd odbierał mnie wieczorem po pracy. Każdy dzień wyglądał tak samo, leżakowanie, leniuchowanie i zachody słońca. Ciepłe, jasne światło było jak przyjemna kołderka która otula przed snem. Za kilka dni miałam wracać do polski, w sam środek zimy, z mrozem, śniegiem i krótkim dniem. Każdy zachód słońca zapisywałam więc w pamięci, razem z szumem fal, piskiem mew i zapachem mokrego piasku.

Przed zachodem słońca

Koniec dnia zbliża się dużymi krokami. Głowa buzuje od nadmiaru atrakcji, nogi bolą od zwiedzania. Nim jednak położę się wygodnie w łóżku idę jeszcze zobaczyć pewien spektakl, wyjątkowe widowisko. To teatr tylko jednego aktora, najjaśniejszej gwiazdy w całej galaktyce.

Przedstawienie odbywa się co nocy, we wszystkich zakątkach ziemi, wstęp jest bezpłatny a widzem może zostać każdy. Wystarczy przysiąść na moment i bezgranicznie oddać się tej magicznej chwili. Otworzyć szeroko oczy i chłonąć najpiękniejszy obraz który właśnie maluje się na niebie. Każdego wieczoru ognista kula rozpoczyna swoje przedstawienie. Powoli zbliża się ku horyzontowi, rozświetlając niebo i chmury. Kończy nasz dzień by w kolejnym zakątku ziemi zbudzić ze snu kogoś innego.

Co jest takiego niezwykłego w zachodach słońca, że chce się je oglądać od nowa każdego dnia? Absolutne piękno, które pomimo, że trwa zaledwie kilka minut, przenosi nas w zupełnie inny wymiar wrażliwości.

W podróży zachód słońca to osobna atrakcja, która nie ustępuje starożytnym miastom, parkom czy imponującym zabytkom. To coś stałego, pomimo, że wszędzie wygląda inaczej. Czasem zostaje dłużej na plaży i czekam aż słońce malowniczo utonie w morzu. Wydaje mi się wtedy, że słyszę cichutkie csssss gdy nagle gaśnie w wodzie. Czasem koniec dnia zaskakuje mnie na szlaku, przyspieszam wtedy kroku i szukam dobrej miejscówki, żeby zobaczyć ostatki rzucanych promieni. Zachodzące słonce w mieście może być równie spektakularne. Pozłocone niebo odbija się w szklanych budynkach, a ostre światło razi po oczach.

Ale najbardziej lubię, gdy jestem akurat na małej wyspie albo w miniaturowym miasteczku, bez większych atrakcji i rozrywek. Każdy dzień wygląda wtedy tak samo: pobudka, plaża, relaks, sporty wodne, spacer, posiłek, sjesta w hamaku, a po południu pielgrzymka do jedynego, wyjątkowego miejsca. Tam skąd najlepiej ogląda się zachód słońca. Idę tam bez pospiechu, powolnym spacerem z zapasem czasu a potem rozsiadam się wygodnie na ziemi i czekam…

Nie zawsze spektakl się nie udaje, czasem chmury albo burza pokrzyżują plany. Ale warto próbować, cierpliwie czekać i szukać takiego idealnego miejsca… bo zachód słońca jest jednym z najpiękniejszych momentów dnia, który zwiastuje jeszcze piękniejsze jutro.

Tym samym rozpoczynam nowy cykl na blogu: najpiękniejsze zachody słońca, jakie udało mi się zobaczyć w swoich podróżach 🙂

Ekwador, Wyspy Galapagos

Od kiedy zaczęłam planować podróż po Ameryce Południowej, pobyt w Ekwadorze był obowiązkowym punktem na mojej mapie. Równie oczywiste było zwiedzenie Galapagos. Marzyłam o tym miejscu, odkąd pierwszy raz o nim usłyszałam. Jest coś magicznego w tych zagubionych na oceanie, odseparowanych od cywilizacji wysepkach, że kuszą i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na spełnienie się niektórych marzeń, trzeba czekać trochę dłużej i postarać się odrobinę bardziej, ale warto, bo nic nie zastąpi tego uczucia, gdy zobaczy się coś tak pięknego na własne oczy.

Niestety z Galapagos jest pewien problem; są daleko i są drogie. Moje ograniczone fundusze całkowicie wykluczyły zwiedzanie tego miejsca najpopularniejszą drogą, tzn. na pływanie od wyspy do wyspy małym statkiem, który służy też za nocleg. Ale przecież chcieć to móc, więc oto i jestem, z mocno nadszarpniętym budżetem, bez planów, bez adresów, za to z olbrzymimi chęciami i wiarą, że wszystko dobrze się skończy.

Wraz z setką pasażerów samolotu lini AreoGal wypatruję Galapagos z okna. Z nieba wyglądają jak plamy, niedbale rozrzucone na wodzie. Po dwóch godzinach lądujemy na malutkiej, zaledwie 27 km kw., wysepce Baltra. To tutaj znajduje się lotnisko archipelagu, zbudowane jeszcze podczas II wojny światowej przez amerykańską marynarkę w celu patrolowania Kanału Panamskiego. Po lodowaniu czeka nas  dokładna kontrola. Najpierw jesteśmy obwąchiwani  przez psy, potem bagaż podręczny zostaje dokładnie przeszukany. Nie wolno przewozić jedzenia, owoców, wody, niczego, co mogłoby naruszyć naturalną faunę tego miejsca. Na koniec opłata: 100 dolarów, to obowiązkowa dotacja na konto fundacji Charles’a Darwina.

Autobusem z lotniska udaję się na przystań, skąd promem docieram na pobliską wyspę Santa Cruz. Po zaledwie pół godziny jazdy jestem już na miejscu, w miasteczku Puerto Ayora, najbardziej zaludnionym mieście archipelagu, siedzibie fundacji Charles’a Darwina i bazie wypadowej na inne wyspy. Na sam początek, miła niespodzianka, szybko i bez większych bez problemów udaje mi się znaleźć tani hostel. W takim razie pora rozejrzeć się po okolicy.

Oczywiście pierwsze kroki kieruję do budynku fundacji, żeby zobaczyć sławne, gigantyczne żółwie. Droga prowadzi wzdłuż oceanu, gdzie przy brzegu czarne jak smoła kamienie wyłaniają się z wody. Co pewien czas mijam wylegujące się na słońcu iguany, nad głową latają kolorowe papugi, drzewo chlebowe zachwyca egzotycznym kształtem, a kaktusy rozmiarem. Czuję się dosłownie jakbym nagle znalazła się w samym środku kanału przyrodniczego.

Ośrodek fundacji Charles’a Darwina oddalony jest około godzinę marszu od miasteczka. Fundacja została założona w 1957 roku w Belgii i zajmuje się przede wszystkim ochroną zagrożonych gatunków mieszkających na wyspach. Priorytetem są oczywiście gigantyczne żółwie. Co jakiś czas pracownicy fundacji przeszukują wyspy w poszukiwaniu jaj. Zabierają je do budynku fundacji, gdzie żółwie wykluwają się i spędzają pierwsze lata życia. Gdy są już wystarczająco duże i silne by przeżyć, zostają odniesione na rodzime wyspy. Dzięki temu zabiegowi liczba zagrożonych gatunków znacznie zmalała.

Wstęp na teren fundacji jest całkowicie darmowy a cały ośrodek został zaplanowany w taki sposób, by jak najlepiej ułatwić zwiedzanie. Każdy ma wstęp do kamiennych zagród, gdzie wylegują się żółwie. Do wszystkich osobników można podejść i przyjrzeć im się z bliska. Jest tylko jedna zasada: nie wolno ich dotykać ani torować im dojścia do jedzenia i picia. Oglądane tych gigantów z bliska to niezapomniane przeżycie. Żółwie słoniowe, bo to one zamieszkują Galapagos, od nich również wzięła się nazwa archipelagu, należą do największych na świecie. Ich waga przekracza 200 kg a wysokość dochodzi do 1 metra. Na ogół są bardzo spokojne, ale rozdrażnione potrafią nawet ugryźć.
Podchodzę blisko żeby zrobić zdjęcie. Żółw chyba wyczuwa zainteresowanie, bo zaczyna efektownie pozować, wstaje i unosi wysoko głowę. W takiej pozycji sięga mi powyżej bioder. Po całkiem udanej sesji zdjęciowej, idę do ostatniej zagrody, gdzie mieszka George, najstarszy żółw na wyspach. „160 lat, pewnie pamięta jeszcze samego Darwina”, śmieją się turyści. George prawie się nie rusza, olbrzymi pancerz leży na ziemi, tylko co pewien czas wychyla z niego głowę, ale zaraz szybko chowa ją w skorupie.

Na terenie fundacji, można również odwiedzić węże i iguany. Niech nikt ich jednak nie pomyli ze zwyczajnymi jaszczurkami. Tutejsze iguany mierzą ponad metr długości i ważą około 13 kg a ich kolorowa skóra, przepięknie mieni się w słońcu.

W drodze powrotnej spotykam trzy Angielki, które również postanowiły spełnić tutaj swoje marzenia. Od kilku miesięcy mieszkają na wyspach, w zamian za zakwaterowanie i jedzenie uczą dzieci angielskiego i pomagają w fundacji. „ Georga odwiedzamy prawie codziennie„ uśmiechają się, opowiadając mi o swoim życiu w tak niezwykłym miejscu.

P1010194

P1010146                        P1010080

Następnego dnia wybieram się na kolejną wyspę archipelagu, Floreana. W jednej z wielu lokalnych agencji podróży w Puerto Ayora, rezerwuję wycieczkę która ma się zacząć wcześnie rano. Oczywiście, podobnie jak w całej Ameryce Południowej, tak i tutaj wyrażenie „z samego rana” oznacza przynajmniej dwie godziny opóźnienia.

Czekając na statek przyglądam się prześmiesznej scenie na pobliskim targu. W kolejce po świeże ryby miedzy ludźmi ustawiają się… lwy morskie. Stoją grzecznie i czekają na swoją kolej, a gdy kolejka rusza do przodu, te prawie 300 kilogramowe zwierzęta, przesuwają się powoli wraz z nią, a potem głośnym rykiem próbują wymusić na rybakach trochę jedzenia. Miejscowi kompletnie nie zwracają na nie uwagi, turyści zanoszą się od śmiechu i prześcigają się w robieniu zdjęć.

Nareszcie wyruszamy. Nasz przewodnik Johnny, zabawny, młody chłopak urodził się tutaj na Galapagos, tu też studiował ochronę przyrody, tutaj się ożenił i założył agencję podróży i tutaj chce umrzeć. „Kocham to miejsce, te wyspy. Skoro tyle ludzi chce tu przyjechać, to chyba jestem szczęściarzem, że tutaj mieszkam” tłumaczy. Floreana otrzymała swoja nazwę na cześć pierwszego prezydenta Ekwadoru, który podczas swoich rządów dołączył archipelag do reszty kraju. Już na sam początek pobytu na wyspie, w porcie wita nas wylegujący się na kamieniach lew morski. Pozwala do siebie podejść, ale nie za blisko. Szybko dostaje ryczące ostrzeżenie gdy próbuję zbliżyć się z aparatem. Nagle nad moją głową przelatują różnobarwne ptaki. Na wyspach żyje aż 89 gatunków z czego 76, nie występuje nigdzie indziej na świecie. W pewnym momencie, między nogami przebiega mała, kolorowa iguana. To niesamowite, że tutejsze zwierzęta kompletnie nie czują strachu. Prawdopodobnie jesteśmy dla nich tylko kolejnymi dziwacznym gatunkiem, jakich pełno w tym zaczarowanym miejscu.

Krajobraz Floreany jest bardzo płaski, drzew też jest niewiele, zewsząd widać otaczającą wodę. Wyspa zamieszkała jest w większości przez rolników, jest tutaj tylko kilka domów, malutka szkoła i kościół. Docieramy do miejsca karmienia żółwi, i akurat trafiamy na porę jedzenia. Ponad setka osobników w swoim sławnym tempie kroczy na obiad. Tutaj również nad zwierzętami czuwają pracownicy i wolontariusze z fundacji Darwina.

Kontynuując spacer, wzdłuż stromego urwiska docieramy do niezwykłego kamiennego labiryntu. Na jednym z kamieni wyrzeźbiono oczy, usta, a rosnący na czubku mech przypomina włosy. To stara rzeźba, zrobiona jeszcze przez piratów, którzy prawdopodobnie w tak charakterystyczny sposób oznaczyli to miejsce, żeby nie zabłądzić. „Tutaj kiedyś było dużo drzew owocowych, pewnie chcieli wrócić żeby zrobić zapasy” wyjaśnia Johnny. Kilka osób z naszej grupy nie wierzy jednak takiemu tłumaczeniu i przeszukuje krzaki, w poszukiwaniu zaginionego skarbu.

Na koniec odwiedzamy jeszcze najdziwniejszą pocztę, jaką chyba kiedykolwiek widziałam. Ludzie z całego świata, zostawiają tutaj kartki z adresami, ale bez znaczków. Gdy przeglądając korespondencję natrafi się na coś ze swojego miejsca zamieszkania, można zabrać kartkę i zawieźć ją do adresata.

Jakby mało mi było emocji dzisiejszego dnia, w trakcie drogi powrotnej na Santa Cruz, dostrzegam jeszcze parę delfinów wyskakujących co jakiś czas z wody, a także grupę maleńkich pingwinów, odpoczywających na skalnym brzegu Floreany. Wydaję się, że na Galapagos nie warto zamykać oczu nawet na sekundę, w obawie że można przegapić kolejny, tutejszy cud natury.

Niestety moja przygoda powoli dobiega końca i przyszedł czas na ostatni dzień na wyspach. Decyduję się odwiedzić kolejną darmową atrakcję Santa Cruz, przepiękną plażę Bahia Tortuga.
Po pół godzinnym spacerze od miasteczka docieram do bramy wejściowej parku narodowego. Strażnik ostrzega, że na terenie plaży nie ma żadnego sklepu, restauracji ani toalety, nie wolno też śmiecić, ani straszyć  zwierząt. Kamienna ścieżka prowadzi wzdłuż potężnych kaktusów i wyschniętych krzaków. Pomimo monotonii i surowości, krajobraz zachwyca jednak swoją prostotą i pięknem. Po godzinie nareszcie trafiam na plażę. Tak jak się spodziewałam, jest olbrzymia i pusta. Biały jak śnieg piasek ciągnie się aż po horyzont. Niestety, z kąpieli nici, fale są olbrzymie, idealne dla surferów, jednak zabójcze dla przeciętnego pływaka. Kieruję się więc w stronę zatoki gdzie woda jest spokojniejsza i płytsza. Gdy w końcu decyduję się na kąpiel, tuż obok mnie w wodzie, jak gdyby nigdy nic, krąży wokół wielki żółw, w tym czasie na lądzie, legwana zdążyła już się rozłożyć na moim ręczniku.

Przez te kilka dni na Galapagos, zobaczyłam chyba więcej dzikich zwierząt niż w całym swoim życiu. Pobyt tutaj to była wielka lekcja biologii, geografii, a przede wszystkim tolerancji i wrażliwości. Jesteśmy ze sobą, z naturą, nierozerwalnie połączeni. To właśnie zachwyciło tutaj Darwina, to właśnie zachwyciło tutaj mnie. Jestem w samym środku kanału przyrodniczego, najlepszego jaki można sobie wyobrazić, bo takiego co pachnie, rusza się, czuje…żyje.

Australia, Gold Coast

Czy chciałbyś tutaj mieszkać? – tak brzmi pytanie na plakacie reklamującym pewną agencję nieruchomości w Surfers Paradise, dzielnicy Gold Coast. Zdjęcie przedstawia olbrzymią piaszczystą plażę i odbijające się w słońcu, górujące nad nią, szklane drapacze chmur. I choć całe Gold Coast jest żywcem wyrwane z tego zdjęcia, to – jak w każdym przypadku, tak i tutaj – reklama trochę kłamie.

Gold Coast to szóste co do wielkości miasto Australii, znajdujące się w stanie Qeensland, oddalone około 80 km na południe od Brisbane. To jedno z najczystszych, najbogatszych i najczęściej odwiedzanych, nie tylko przez  turystów ale też samych Australijczyków, miejsc na całym kontynencie.

Gold Coast zaliczyło gwałtowny rozwój w pierwszej połowie XX wieku, kiedy to mieszkający tutaj ludzie zaczęli dostrzegać olbrzymi potencjał, jaki leżał w tym położonym w przepięknym miejscu, miasteczku. Pierwszy otworzony tutaj hotel otrzymał nazwę Surfers Paradise, na cześć niezwykle korzystnych warunków do uprawiania, tego ukochanego przez Australijczyków sportu. Dziś nazwa ta nadana jest całej nabrzeżnej dzielnicy, słynącej z nocnego życia, restauracji, zakupów, ale przede wszystkim z długiej plaży. To właśnie olbrzymia plaża ciągnąca się przez kilkanaście kilometrów, żółty piasek i gorące słońce Qeensland nadają wyjątkowy, wakacyjny charakter temu miejscu.

Surfers Paradise szczyci się doskonałym zapleczem turystycznym. Można zatrzymać się tutaj w eleganckich, luksusowych ośrodkach albo w tanich hostelach. Restauracje oferują wyśmienite przysmaki z owoców morza, a tanie bary kuszą szybkimi przekąskami. Całe Gold Coast to tak naprawdę jeden wielki zabawowy kurort. Sama plaża oferuje kilkanaście atrakcji; lekcje i zawody surfowania, przejażdżki skuterami i nartami wodnymi, wycieczki poduszkowcami, czy nurkowanie. A gdy zabawa na plaży się skończy, zawsze można przenieść się do miasta, spędzić czas się w jednym z kilkudziesięciu klubów, wysłuchać przepowiedni wróżki czy wziąć udział w poszukiwaniu skarbów piratów w licznych domach zabaw. Do zwiedzania nie ma tutaj zbyt wiele, na pewno warto wyjechać na 77. piętro Q1, najwyższego tutejszego budynku, skąd roztacza się fantastyczny widok na okolicę. Wielką atrakcją są też pobliskie, największe w Australii, parki tematyczne, m. in. Dreamworld, Sea World, Warner Bros Movie World i kilka innych.

W czasie gdy turyści szaleją na punkcie tego miejsca, coraz więcej mieszańców Gold Coast narzeka. Miasto jest coraz bardziej zatłoczone, powoli przeradza się w plastikowy kicz, a ceny niemiłosiernie skaczą w górę. Pierwsza duża część mieszkańców wyprowadziła się stąd już kilkanaście lat temu kiedy władze miasta podjęły krok, który okazał się trochę strzałem samobójczym. Decyzja o wybudowaniu szeregu drapaczy chmur ustawionych tuż przy plaży, które stały się później wizytówką miasta, nie była zbyt korzystna. Okazało się, że budynki popołudniami zacieniają całą plażę zamieniając ją w ponure, ciemne miejsce. Plażę, która niegdyś była symbolem całego Gold Coast.
Pytanie z plakatu brzmi: Czy chciałbyś tutaj mieszkać? Wiele osób, które tutaj poznałam, które się tutaj urodziły, wychowały i dorastały, odpowiedziały: nie.