Chile, Dolina Elqui, Pisco

„Tu spoczywa mój dobry druh Lucio, który lubił recytować poezje, śpiewać ile sił w płucach i kłócić się do upadłego…”. Odręcznie nabazgrane nekrologi wiszą na ścianie ciemnej groty, we wnękach zamiast trumien znajdują się stare, zakurzone butelki, a na całe pomieszczenie spogląda z gabloty ludzka czaszka.
Wbrew pozorom, to nie cmentarz, a destylarnia pisco, flagowego chilijskiego alkoholu.

Pierwszy raz miałam okazję spróbować go w Peru. W jednym z pubów w Arequipa zmówiłam koktajl Pisco Sour. Kwaskowaty drink na bazie pisco, cukru, soku z cytryny, kurzych białek i gorzkiego likieru angostura smakował wybornie. Parę lat później tuż po przylocie do Chile, pierwszym drinkiem który wypiłam była Piscola czyli proste połączenie pisco z coca colą. Już wtedy w barze w Santiago bardzo szybko zrozumiałam, że lepiej nie wspominać tu moich peruwiańskich doświadczeń z tym alkoholem. Pomiędzy obydwoma krajami trwa bowiem wielka wojna o pisco.

Pisco jest napojem typu brandy i produkuje się go ze sfermentowanych białych winogron pochodzących z odmian muscatów. Zarówno owoce jak i technika destylacji zostały przywiezione do Ameryki Południowej przez Hiszpanów w XVI wieku, nazwa prawdopodobnie pochodzi z języka quechua i wywodzi się ze słowa; pishkos co oznacza ptaszek. Pomimo, że to najpopularniejszy alkohol w Chile, to jednak w Peru na południu położone jest miasto Pisco, gdzie podobno zaczęła się jego produkcja. Zawzięty spór pomiędzy obydwoma krajami doprowadził nawet w pewnym momencie do nałożenia przez Chile w 1961 embarga, na peruwiańską odmianę pisco.

Przed powstaniem mocnego alkoholu otrzymuje się wpierw wino o zawartości ok. 14%, które powstaje z bardzo dojrzałych owoców białych winogron. W następnym etapie produkcji jest ono poddawane procesowi destylacji, dzięki któremu zawartość alkoholu wzrasta do 55-60%. Po kilkumiesięcznym leżakowaniu w dębowych beczkach jest rozcieńczane do 30-35% a następnie rozlewane do butelek. Pisco serwowane jest samo z lodem albo jako składnik słodkich koktajlów (najpopularniejsze to oczywiście Pisco Sour i Piscola).

IMG_8123Najlepszym miejscem w kraju do produkcji pisco jest położona na południu Dolina Elqui. Sprzyjająca jest tutaj gleba, klimat i odpowiednie nawodnienie terenu. Do tego widoki porośniętej plantacjami winorośli doliny są przepiękne. Podróżując okolicznymi szlakami nie możemy odpuścić wizyty w jednej z lokalnych destylarni. Nasz wybór pada na rodziną firmę Fundo Los Nichos. Zakład (na początku zajmujący się produkcją wina) został założony w 1868 roku przez rodzinę Rodriguez’ów i przez lata prowadzony był przez seniora rodu. Po jego śmierci interesem zajął się syn, który miał dość osobliwy i makabryczny pomysł na rodzinny biznes. Wymyślił sobie bowiem, że wino powinno leżakować… w towarzystwie nieboszczyków. Grobowce z trumnami miały znajdować się obok butelek z trunkiem. Na szczęście wykonanie tego dość mrocznego pomysłu nie było łatwe, dlatego właściciel zmienił koncepcje na bardziej realną. Zaprosił do siebie swoich znajomych i obiecał każdemu który upije się „w trupa” specjalną dedykację w miejscu gdzie pierwotnie miały spoczywać nagrobki. Do tej pory w Los Nichos (z hiszp. wnęki) na ścianach wiszą te przedziwne „nekrologi”. Opętany śmiercią właściciel nie porzucił jednak pierwotnego pomysłu i po jakimś czasie spełnił w końcu swoje marzenie. Kilka lat później, jeden z przyjaciół „podarował” mu ciało młodej dziewczyny, które spoczęło w krypcie pod betonową podłogą. Usunięto je stamtąd dopiero parę lat temu pod wpływem nacisków ze strony Chilijskiego rządu.

IMG_8133 IMG_8138IMG_8126
Przewodniczka, która oprowadza mnie po destylarni zarzeka się, że miejsce jest nawiedzone. Opowiada historie o dobiegających z krypt odgłosach spadających butelek i pokazuje zdjęcie, które kilka lat temu zrobiła sobie tutaj pewna rodzina. Na obrazku widać wyraźnie zarysowaną twarz mężczyzny.

Z lekkim dreszczem spacerujemy po niewielkim kompleksie. Najpierw zwiedzamy salę, gdzie winogrona są oddzielane od kiści, oczyszczane z brudu i robactwa. Następnie w wielkich garach następuje destylacja i leżakowanie, na koniec odwiedzamy słynną „trumienną salę”. Zimna, kamienna grota wypełniona jest zakurzonymi butelkami a na ścianach wiszą odręcznie napisane nekrologi. Czaszka w szklanej gablotce jest reprodukcją. Po tym jak Chilijski rząd dowiedział się o zwłokach spoczywających pod podłogą zwłokach, zabronił właścicielom przechowywać jakiekolwiek szczątki ludzkiego ciała.
Przewodniczka zaprasza na degustację. Każdy może spróbować klików rodzajów trunku. Sięgam po małą szklaneczkę i szybko wypijam alkohol który rozlewa się po gardle i delikatnie szczypie w podniebienie. Pisco jest bardzo silne, lekko aromatyczne, smakiem przypomina włoską grappę. Muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę je w koktajlach, dlatego zaraz po opuszczeniu Fundo Los Nichos lądujemy w restauracji, gdzie z przyjemnością wznoszę „Salud!” szklaneczką Chilijskiego Pisco Sour.

IMG_8141  IMG_8077

Przepis na Pisco Sour:

Składniki:
– 40 ml Pisco
– 1 Białko
– 15 ml Świeżo wyciśnięty sok z cytryny
– 10 ml Syrop z cukru trzcinowego
– 2-3 krople likieru Angostura
– 5-6 Kostki lodu

Przygotowanie:
Najpierw widelcem przez parę sekund należy ubić białko. Kostki lodu wkładamy do shakera, następnie wlewamy 5 ml ubitego wcześniej białka oraz resztę składników.
Koktajl energicznie mieszamy w shakerze przez około 8-10 sekund. Gotowy drink przelewamy do szklanki. Salud!

Zrzut ekranu 2015-11-11 o 10.54.18

Reklamy

Peru, Arequipa

Aby odnaleźć się w komunikacji autobusowej w Peru, potrzeba naprawdę niezłej uwagi i sprytu. W pawie każdym mieście znajdują się dwa dworce; północny i południowy. Dlatego zawsze należy dokładnie wiedzieć, w jakim kierunku zamierzamy kontynuować podroż. Dodatkowo na każdym dworcu jest się co najmniej kilkanaście stanowisk firm autobusowych – nie ma czegoś takiego jak państwowy przewoźnik.  Na poszczególnych stoiskach można obejrzeć zdjęcia autobusów (oczywiście ma to się nijak do prawdy), i dowiedzieć się o koszt podroży. Ceny się różnią, dlatego warto przyjść wcześniej i rozglądnąć się za najlepszą ofertą, można też próbować negocjacji. Jak już kupi się bilet, trzeba czekać. Bardzo często zdarza się, że przewoźnik po prostu musi uzbierać komplet pasażerów, dlatego punktualne odjazdy nie zdarzają się nigdy. Gdy wreszcie dostajemy znak, że autobus podjechał na podjazd, okazuje się że zamiast firmy, której zapłaciliśmy za bilet jest inna, dwie klasy niższa. Czyli historia kończy się jak zwykle: oszustwem. Przewoźnik u którego wykupiliśmy bilet za 20 soli, sprzedał nas do innej, tańszej firmy, gdzie bilet kosztuje 6 soli. Reklamacja też nie istnieje, bo nagle okazuje się na stoisku jest przerwa i wszyscy poszli na śniadanie/obiad/kolacje.

Taka sytuacja zdarzyła mi się podczas mojego pierwszego dnia w Peru. W miasteczku Puno, wraz z Jarem, polskim fotografem, daliśmy się podejść jak dzieci. Nasz autobus do miasta Arequipa to ruina. Na każdym wyboju moje siedzenie się zamyka, więc muszę pchać je z całej siły, żeby przypadkiem nie zamknęło się całkowicie… ze mną w środku.  Dodatkowo zatrzymujemy się na każdej stacji, zabierając po drodze ludzi, przeważnie jadących na targ wraz z całym towarem. Na każdym postoju jedno z nas musi też wysiadać, aby dopilnować czy przy okazji nikt nie przywłaszczył sobie naszych plecaków. W takich warunkach podroż, zamiast planowanych czterech, trwa osiem godzin, i do Arequipa dojeżdżamy późnym wieczorem.

Wybierając taksówkę trzeba być równie uważnym i sprytnym co przy autobusie. Sprawdzamy dokładnie licencje i zdjęcie kierowcy. Zwłaszcza teraz, gdy parę dni temu doszło do serii porwań turystów przez taksówkarzy, trzeba zachować szczególną ostrożność. Zatrzymujemy się niedaleko starego miasta. Hotel jest równie obskurny co autobus. Łóżka stoją w olbrzymich pokojach z sufitami na kilka metrów, od ścian odpada tynk a w oknach są kraty. Wygląda to trochę jak opuszczony szpital psychiatryczny ;).  Ale przynajmniej cena jest wprost proporcjonalna do jakości, pokój kosztuje 6 soli (około 7-8 złotych) i ma własną łazienkę, standardowo już, bez cieplej wody.

Arequipa to drugie co do wielkości miasto Peru i jedno z najpiękniejszych miejsc w kraju. Położone jest na wysokości 2325 m n. p. m, wkomponowane w przepiękny górzysto-wulkaniczny krajobraz. To właśnie dzięki pobliskiemu wulkanowi El Misti, Arequipa nazywana jest „białym miastem”. Wulkaniczne, białe skały posłużyły do wybudowania większości tutejszych budynków nadając temu miejscu niezwykły charakter. Niestety bliskie sąsiedztwo wulkanu przysporzyło Arequipie też wielu problemów. Ze względu na dużą aktywność sejsmiczną, miasto było kilkakrotnie niszczone przez kolejne trzęsienia ziemi. Centrum Arequipy to przepiękna Plaza de Armas, z fontanną i drzewami palmowymi przypomina trochę oazę w samym środku wielkiego miasta. Wokół placu znajdują się doskonale zachowane kolonialne budynki z piękną katedrą i potężnym kościołem Jezuitów Santa Catalina na czele. Od Plaza de Armes rozchodzi się siec równoległych uliczek, tworząc szachownice, w której niezwykle łatwo stracić orientacje. Arequipa to idealne miejsce na spacery, rewelacyjny klimat (nie jest tutaj ani za zimno ani za gorąco) zachęcają do pieszego zwiedzania miasta. Niestety podobnie jak w reszcie kraju, należy tu zachować szczególną uwagę, miasto bowiem słynie z kieszonkowców i drobnych złodziei.

Jedną z największych atrakcji miasta, jest oddalony o 100 kilometrów Kanion Colca (CZYTAJ:TUTAJ).

Hostel w Arequipa 🙂

W Arequipa rozstaje się z Jarkiem. On zmierza w głąb kraju a ja kolejnym nocnym autobusem do Cuzco. Tym razem, zaprawiona w boju, postanawiam nie dać się autobusowym naciągaczom i wybieram polecaną przez wszystkich firmę, Cruz del Sur. Wprawdzie bilet jest droższy, ale przynajmniej pasażerowie są monitorowani i legitymowani przy wsiadaniu do środka, jest czysto, jest toaleta a bagaże są oznaczane. Prawdę mówią, jest tak wygodnie i komfortowo, że aż nie ma za bardzo o czym pisać…;)

Peru, Kanion Colca

Miliony lat temu mała rzeka Colca zmieniła swoją trasę i wpłynęła do uskoku tektonicznego. Przez kolejne wieki, woda mozolnie drążyła skały aż przybrały one dzisiejszy, potężny kształt. Tak powstał Kanion Colca, położony w południowo-zachodnim Peru, około 100 kilometrów od miasta Arequipy.

Na początku chce jechać zobaczyć kanion na własną rękę, ale z powodu braku czasu, w ostatniej chwili decyduje się na zorganizowaną wycieczkę, co bardzo szybko okazuje się być olbrzymim błędem. Do pokonania w jeden dzień mamy prawie 200-stu kilometrową trasę, a taka odległość w takim tempie, nigdy nie jest dobrym pomysłem. Z Arequipy wyjeżdżamy parę godzin po północy i przez długi czas cały autobus pogrążony jest w półśnie. Gdy pasażerowie się przebudzają, kierowca zaczyna nagle wyszukiwać tysiąc powodów żeby się zatrzymać a tym samym niepotrzebnie wydłużyć i tak męczącą podróż. Przerwa na toaletę, stację benzynową, sklep z pamiątkami, restauracje…. Zaczynam sobie przypominać dlaczego nienawidzę zorganizowanych wycieczek.

P1010123

Na szczęście ostatni przystanek na trasie zachwyca. Kanion Colca to drugi najgłębszy kanion świata (pierwsze miejsce zajmuje sąsiedni Kanion Cotahuasi), jest dwa razy głębszy od najsłynniejszego Wielkiego Kanionu Kolorado. Strome ściany Colca przypominają krajobraz jak z innej planety, górne krawędzie biegną na wysokości 4000 – 5100 m n.p.m., a jego dno znajduje się na poziomie około 1400 m. n.p.m. Ze względu na tutejszą, bardzo żyzną ziemię, zbocza kanionu pokrywają malownicze pola uprawne na których sadzone są m.in. ziemniaki, cytrusy a także drzewka eukaliptusowe. Przyglądając się skalnym ścianom można odczytać w nich historię ziemi. W tutejszej historii zapisane jest również inne, ważne wydarzenie z polskim akcentem. W 1981 roku grupa polaków po raz pierwszy przepłynęło kanion kajakiem. Wyczyn ten zajął w sumie 33 dni i odbił się szerokim echem na całym świecie.

Najlepszym obserwatorium do podziwiania okolicy jest Cruz del Condor, owalna półka skalna, zawieszona tuż nad kanionem. To właśnie z tego miejsca doskonale widać olbrzymie kondory, dostojnie szybujące wprost nad głowami turystów. Czasem jest to odległość zaledwie paru metrów i wydaje się, że ptak zaraz pochwyci kogoś pazurami i porwie wysoko w niebo. Kondory są naprawdę wielkie a rozpiętość skrzydeł dorosłych osobników, dochodzi nawet do trzech metrów.

Surowość i potęga kanionu robią piorunujące wrażenie. Aż ciężko uwierzyć, że woda która drążyła skały przez tysiące lat, krok po kroku stworzyła tak niesamowity pomnik przyrody.

Peru, Nazca

Samolot zatacza koła nad pustynią, przybliżam się do szyby i staram się zrobić jak najlepsze zdjęcie, ale po chwili odkładam aparat na bok i po prostu spoglądam w dół. Każdy dzień w podróży dostarcza nowe, wspaniałe atrakcje, czasem są one naprawdę gigantyczne.

Przyjechałam do Nazca wcześnie rano. Nocna podróż autobusem z Cuzco była koszmarem, nie dość, że cała droga przypominała serpentynę, to jeszcze bez przerwy ktoś spacerował po autobusie, co tylko pobudzało moja czujność. W Peru duża ilość kradzieży zdarza się właśnie podczas nocnych tras autobusowych. Złodzieje wykradają śpiącym pasażerom plecaki lub torebki, czasem rozcinają je nożem i od razu wyciągają fanty. Nie ma mowy o odkładaniu bagażu na schowek nad głowę albo pod nogi. Mam plecak zapięty na kłódkę, założony przodem na ramiona, otulony rękoma. Biorąc pod uwagę częstotliwość z jaką jeżdżę nocnymi autobusami, podczas mojej podróży po Ameryce Południowej, nauczyłam się już spać w tak, niewygodnej, ale w miarę bezpiecznej pozycji.

Gdy tylko dojeżdżamy do miasteczka, prędko wybiegam z autobusu i biegnę szukać noclegu. Na szczęście od razu udaje mi się znaleźć zakwaterowanie. Nie pozostaje mi już nic innego jak szybki prysznic, mocna kawa na wzmocnienie i pędem na lotnisko.

Nazca, na pierwszy rzut oka nudne, małe miasteczko położone na środku pustyni, skrywa jedną z największych tajemnic Peru; zrobione przez Indian Nazca, widoczne jedynie z nieba, słynne gigantyczne rysunki. Nikt dokładnie nie wie dlaczego powstały. Teorii jest wiele, niektórzy uważają, że był to swego rodzaju kalendarz astronomiczny, jeszcze inni ze Indianie w ten sposób chcieli oddać kult swoim bogom. Nie brakuje też opinii, że jest to lądowisko dla przybyszów z kosmosu. Jedno jest pewne, stworzenie tych rysunków było niewyobrażalnym wysiłkiem i popisem wielkiego wizjonerstwa. Wszystkie linie są niezwykle precyzyjne i ciągną się na odległość nawet 8 kilometrów.

                    

Bilet na przelot awionetką można wykupić w każdej agencji turystycznej w mieście lub pojechać osobiście na lotnisko i tam dopełnić wszystkich formalności. Najlepsza widoczność jest rano, cennik zależy od wielkości samolotu i wysokości na której będzie latał. Decyduje się na najdroższy, mały, czteroosobowy samolot, latający najniżej. Każdy z pasażerów dostaje mapkę przelotu z zaznaczonymi rysunkami.  Pilot jest bardzo profesjonalny, mówi po angielsku i tłumaczy gdzie akurat się znajdujemy. Cala trasa trwa zaledwie 20 minut i jest prawdziwą męka dla żołądka. Okrążamy kilkakrotnie każdy rysunek, żeby wszyscy mogli mu się dokładnie przyjrzeć, naprawdę dobrym pomysłem było więc opuścić dzisiejsze śniadanie. Władze Nazca zadbały również o turystów, którzy boją się latać, lub nie mają wypchanego peruwiańskimi solami portfela – kilka rysunków można zobaczyć z pobliskiej wieży widokowej.

Przez kapryśną pogodę (silny wiatr zmienia parokrotnie położenie chmur) oglądanie rysunków to swego rodzaju totolotek. Ja mam duże szczęście, niebo jest czyste i niebieskie a linie wydaja się prawie na wyciągniecie ręki. Rysunki znajdują się na obszarze 50 kilometrów i przedstawiają najczęściej rośliny, zwierzęta i figury geometryczne, chociaż na jednej ze skał wyryte jest też coś, co przypomina… astronautę. Mnie najbardziej podoba się małpa, z bardzo precyzyjnie wykonanym ogonem, oraz kondor, zajmujący powierzchnie prawie 150 metrów.

Poza liniami miasto nie oferuje większych atrakcji,  wyjeżdżam więc z Nazca następnego dnia rano. Kierowca autobusu, nawet nie zerkając na mój bilet, usadza mnie w pierwszej klasie. To lepsze miejsca, z klimatyzacją, większymi fotelami, oddzielone od reszty pasażerów kotarą. Nic się nie odzywam na pomyłkę, bo w ręku mam tani, „normalny” bilet. Myślę, że tym razem nareszcie się wyśpię, a przynajmniej przyjadę do  Limy  w komfortowych warunkach, w jakich nie zdarzyło mi się podróżować od dawna.