Chile, Dolina Elqui, Pisco

„Tu spoczywa mój dobry druh Lucio, który lubił recytować poezje, śpiewać ile sił w płucach i kłócić się do upadłego…”. Odręcznie nabazgrane nekrologi wiszą na ścianie ciemnej groty, we wnękach zamiast trumien znajdują się stare, zakurzone butelki, a na całe pomieszczenie spogląda z gabloty ludzka czaszka.
Wbrew pozorom, to nie cmentarz, a destylarnia pisco, flagowego chilijskiego alkoholu.

Pierwszy raz miałam okazję spróbować go w Peru. W jednym z pubów w Arequipa zmówiłam koktajl Pisco Sour. Kwaskowaty drink na bazie pisco, cukru, soku z cytryny, kurzych białek i gorzkiego likieru angostura smakował wybornie. Parę lat później tuż po przylocie do Chile, pierwszym drinkiem który wypiłam była Piscola czyli proste połączenie pisco z coca colą. Już wtedy w barze w Santiago bardzo szybko zrozumiałam, że lepiej nie wspominać tu moich peruwiańskich doświadczeń z tym alkoholem. Pomiędzy obydwoma krajami trwa bowiem wielka wojna o pisco.

Pisco jest napojem typu brandy i produkuje się go ze sfermentowanych białych winogron pochodzących z odmian muscatów. Zarówno owoce jak i technika destylacji zostały przywiezione do Ameryki Południowej przez Hiszpanów w XVI wieku, nazwa prawdopodobnie pochodzi z języka quechua i wywodzi się ze słowa; pishkos co oznacza ptaszek. Pomimo, że to najpopularniejszy alkohol w Chile, to jednak w Peru na południu położone jest miasto Pisco, gdzie podobno zaczęła się jego produkcja. Zawzięty spór pomiędzy obydwoma krajami doprowadził nawet w pewnym momencie do nałożenia przez Chile w 1961 embarga, na peruwiańską odmianę pisco.

Przed powstaniem mocnego alkoholu otrzymuje się wpierw wino o zawartości ok. 14%, które powstaje z bardzo dojrzałych owoców białych winogron. W następnym etapie produkcji jest ono poddawane procesowi destylacji, dzięki któremu zawartość alkoholu wzrasta do 55-60%. Po kilkumiesięcznym leżakowaniu w dębowych beczkach jest rozcieńczane do 30-35% a następnie rozlewane do butelek. Pisco serwowane jest samo z lodem albo jako składnik słodkich koktajlów (najpopularniejsze to oczywiście Pisco Sour i Piscola).

IMG_8123Najlepszym miejscem w kraju do produkcji pisco jest położona na południu Dolina Elqui. Sprzyjająca jest tutaj gleba, klimat i odpowiednie nawodnienie terenu. Do tego widoki porośniętej plantacjami winorośli doliny są przepiękne. Podróżując okolicznymi szlakami nie możemy odpuścić wizyty w jednej z lokalnych destylarni. Nasz wybór pada na rodziną firmę Fundo Los Nichos. Zakład (na początku zajmujący się produkcją wina) został założony w 1868 roku przez rodzinę Rodriguez’ów i przez lata prowadzony był przez seniora rodu. Po jego śmierci interesem zajął się syn, który miał dość osobliwy i makabryczny pomysł na rodzinny biznes. Wymyślił sobie bowiem, że wino powinno leżakować… w towarzystwie nieboszczyków. Grobowce z trumnami miały znajdować się obok butelek z trunkiem. Na szczęście wykonanie tego dość mrocznego pomysłu nie było łatwe, dlatego właściciel zmienił koncepcje na bardziej realną. Zaprosił do siebie swoich znajomych i obiecał każdemu który upije się „w trupa” specjalną dedykację w miejscu gdzie pierwotnie miały spoczywać nagrobki. Do tej pory w Los Nichos (z hiszp. wnęki) na ścianach wiszą te przedziwne „nekrologi”. Opętany śmiercią właściciel nie porzucił jednak pierwotnego pomysłu i po jakimś czasie spełnił w końcu swoje marzenie. Kilka lat później, jeden z przyjaciół „podarował” mu ciało młodej dziewczyny, które spoczęło w krypcie pod betonową podłogą. Usunięto je stamtąd dopiero parę lat temu pod wpływem nacisków ze strony Chilijskiego rządu.

IMG_8133 IMG_8138IMG_8126
Przewodniczka, która oprowadza mnie po destylarni zarzeka się, że miejsce jest nawiedzone. Opowiada historie o dobiegających z krypt odgłosach spadających butelek i pokazuje zdjęcie, które kilka lat temu zrobiła sobie tutaj pewna rodzina. Na obrazku widać wyraźnie zarysowaną twarz mężczyzny.

Z lekkim dreszczem spacerujemy po niewielkim kompleksie. Najpierw zwiedzamy salę, gdzie winogrona są oddzielane od kiści, oczyszczane z brudu i robactwa. Następnie w wielkich garach następuje destylacja i leżakowanie, na koniec odwiedzamy słynną „trumienną salę”. Zimna, kamienna grota wypełniona jest zakurzonymi butelkami a na ścianach wiszą odręcznie napisane nekrologi. Czaszka w szklanej gablotce jest reprodukcją. Po tym jak Chilijski rząd dowiedział się o zwłokach spoczywających pod podłogą zwłokach, zabronił właścicielom przechowywać jakiekolwiek szczątki ludzkiego ciała.
Przewodniczka zaprasza na degustację. Każdy może spróbować klików rodzajów trunku. Sięgam po małą szklaneczkę i szybko wypijam alkohol który rozlewa się po gardle i delikatnie szczypie w podniebienie. Pisco jest bardzo silne, lekko aromatyczne, smakiem przypomina włoską grappę. Muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę je w koktajlach, dlatego zaraz po opuszczeniu Fundo Los Nichos lądujemy w restauracji, gdzie z przyjemnością wznoszę „Salud!” szklaneczką Chilijskiego Pisco Sour.

IMG_8141  IMG_8077

Przepis na Pisco Sour:

Składniki:
– 40 ml Pisco
– 1 Białko
– 15 ml Świeżo wyciśnięty sok z cytryny
– 10 ml Syrop z cukru trzcinowego
– 2-3 krople likieru Angostura
– 5-6 Kostki lodu

Przygotowanie:
Najpierw widelcem przez parę sekund należy ubić białko. Kostki lodu wkładamy do shakera, następnie wlewamy 5 ml ubitego wcześniej białka oraz resztę składników.
Koktajl energicznie mieszamy w shakerze przez około 8-10 sekund. Gotowy drink przelewamy do szklanki. Salud!

Zrzut ekranu 2015-11-11 o 10.54.18

Reklamy

Żegnaj 2014….

Niespodzianka. Tak mogę określić zeszły rok. Dwanaście miesięcy pełnych niespodziewanych podróży, propozycji, sukcesów i nowych znajomości. Wiele radosnych i pozytywnych chwil, kilka ciężkich, parę smutnych ale co najważniejsze, zawsze z dobrym zakończeniem.

Rok 2013 kończył się obiecująco. Dopiero co wróciłam do Polski po kilkumiesięcznej podróżny po Brazylii i trzech Gujankach a już w planach miałam kolejną podróż. Siedziałam  Sylwestra w domu z rodzicami i chyba nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten nadchodzący rok, będzie tak spektakularny, tak….niespodziewany.

…ostatnie przygotowania i formalności przed kolejnym wielkim wyjazdem, a po godzinach, spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

…w połowie miesiąca wylądowałam w Santiago, a tym samym po raz piąty odwiedziłam Amerykę Południową.

podróż na południe Chile; relaks w termach, wspinaczka na wulkany i przede wszystkim niezwykła natura (czytaj TUTAJ: Curanto w Puerto MonttTermy Geometricas)

…rajskie wesele znajomych na jednej z plaż na Dominikanie i równocześnie 65-ty odwiedzony przeze mnie kraj!

 …kolejny miesiąc przywitał mnie największą niespodzianką ostatnich lat. Niepozorny mail a w nim propozycja napisania książki- przewodnika po Kubie! 

…pisze, pisze, pisze a w wolnych chwilach zwiedzałam Santiago i okolice.

…mój ulubiony miesiąc. Swoje okrągłe urodziny świętowałam w miejscu które chciałam odwiedzić od nie pamiętam ilu lat, na magicznej Wyspie Wielkanocnej.

…intensywna praca nad książką a dla relaksu trekkingi i winnice.

…ukoronowanie mojej ciężkiej pracy. Pod koniec września w księgarniach w całej Polsce ukazał się mój przewodnik po Kubie.

… wyskoczyłam na steka i wino do Argentyńskiej Mendozy.

…Halloween party, Święto Niepodległości, Festiwal Jazzowy…czyli bujne życie towarzyskie w Santiago 😉

… zawitałam na chilijskie wybrzeże, gdzie co roku w mieście Valparaiso odbywa się największy w całej Ameryce Południowej  pokaz sztucznych ogni. Spektakularny koniec roku i wyjatkowe pożegnanie 2014.

Na ten nowy 2015 rok, życzę wszystkim szczęścia,  podroży, mnóstwa wspaniałych chwil i wielu pozytywnych niespodzianek, takich które sprawiają, że każdy rok jest inny, wyjątkowy, po prostu niepowtarzalny.

Przed zachodem słońca cz. III

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto trzecia i ostatnia odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Pekin (Chiny)

Po przyjeździe do Pekinu pociągiem (czytaj TUTAJ)  szybko wskoczyłam w drugi pociąg (tym razem metro), żeby odnaleźć mój hostel. Na początku zadanie wydawało się banalnie proste ale po dotarciu na miejsce, błądziłam kilka godzin po malutkich, identycznych uliczkach wokół Zakazanego Miasta i wciąż nie mogłam znaleźć noclegu. W końcu zrezygnowana zdjęłam ciężki plecak, rozmasowałam bolące ramiona i siadłam na krawężniku. Duszne, pekińskie powietrze kleiło się do mojej skóry a po czole spływał pot.  Musiałam wyglądać bardzo biednie bo nagle zatrzymał się koło mnie pewien starszy Chińczyk na rowerze i doskonałą angielszczyzną zapytał, co mi się stało. Nie wiem co uszczęśliwiło mnie bardziej, to że oto spotkałam kogoś kto mówi po angielsku, czy że nareszcie ktoś mi pomorze.  Po krótkiej wymianie zdań, okazało się, że hostel którego szukam jest już zamknięty ale Chińczyk od razu polecił mi inny, zaledwie kilka ulic dalej, a na koniec zamówił mi taksówkę i poinstruował kierowcę gdzie ma mnie zabrać.

Po zameldowaniu, rozpakowaniu plecaka i dwóch prysznicach, wybrałam się w okolice Zakazanego Miasta. Nim jednak tam dostałam, na ulicy zaczepiło mnie dwóch młodych Chińczyków. „Skąd jesteś?, co tutaj robisz?, jesteśmy studentami angielskiego z Szanghaju, może pójdziemy na herbatę, porozmawiamy po angielsku, damy Ci jakieś rady.”- zagadywali a ja nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, drugi raz w ciągu jednego dnia poznaje mówiących po angielsku Chińczyków. Musiałam jednak odmówić bo nad Zakazanym Miastem zachodziło już słońce a ja bardzo chciałam to zobaczyć. Rozczarowani studenci odeszli więc usiadłam na ławce i w spokoju przyglądałam się  przepięknemu końcowi dnia.

Po powrocie do hostelu dowiedziałam się, że najczęstszym oszustwem w Pekinie, jest ten „na studenta”. Młodzi Chińczycy zagadują obcokrajowców pod pretekstem praktyki języka, zapraszają ich na herbatę do zaprzyjaźnionego lokalu. Zamawiają napoje i jedzenie a potem tylnym wyjściem wymykają się z lokalu zostawiając swoje ofiary z gigantycznym rachunkiem… Dzięki Bogu za zachód słońca, bo ten dzień mógł skończyć się dla mnie całkiem inaczej.

 Dolina księżycowa, San Pedro de Atacama (Chile)

Czy na księżycu można podziwiać zachody słońca? W Dolinie Księżycowej w północnym Chile można. Razem z grupą innych turystów wybrałam się na wycieczkę do Doliny Księżycowej, jednego z najsuchszych miejsc na świecie. Cały dzień spędziłam w towarzystwie Ralfa, młodego Niemca który akurat odbywał praktyki lekarskie w jednym ze szpitali w Santiago. Gdy dzień zbliżał się ku końcowi, wyskrobaliśmy się na szczyt wydmy i w skupieniu czekaliśmy na wielkie widowisko. Tym razem słońce nie zachodziło nad morzem i nie gasło w wodzie, a chowało się za górami. Krajobraz dookoła nas był dość monotonny; bezchmurne, niebieskie niebo, szare skały i żółty piasek. Jasna kula niczym diament rozświetlała tą surową okolicę i na ten jeden krótki moment, Dolina Księżycowa stała się złotą doliną.

Treasure Beach (Jamajka) 

Ktoś może powiedzieć: „Ileż można oglądać zachód słońca?”. Na Jamajce można to robić nieskończoną ilość razy.  Na czas pobytu na wyspie zaszyłam się w malutkiej wiosce rybackiej Treasure Beach (czytaj TUTAJ)która okazała się najlepszą miejscówką do podglądania zachodów słońca w całym kraju. Mieszkałam w lokalnym guesthousie a oprócz mnie nie było prawie w ogóle innych turystów.  Pod koniec każdego dnia siadałam razem z młodym Niemcem Julianem, na drewnianych ławach w Eggy’s Bar. Wprawdzie ta mała szopa ustawiona na plaży, wygląda jakby zaraz miała przewrócić się do morza, ale to tutaj koncentrowało się całe (bardzo ubogie) życie towarzyskie miasteczka. Woda podmywała siedzących gości, a nogi zapadały się w mokrym piasku. W Eggy’s Bar serwowane jest tylko piwo i rum, nie ma toalety ani eleganckich stołów, ale zawsze można spotkać tutaj miłych i wesołych ludzi. O zachodzie słońca wszystkie rozmowy nagle cichły, a z głośników rozbrzmiewał tylko melodyjny głos Marleya. Na chwilę niebo stawało się różowo-pomarańczowe, a na wodzie pojawiała się złota droga. Wydawało mi się wtedy, że jestem w kinie. Na niezwykle pięknym filmie z cudowną ścieżką dźwiękową.

Jericoacoara (Brazylia)

Każdego dnia, dokładnie o siedemnastej, w malutkim miasteczku Jericoracoara, setki ludzi udaje się na wielką wydmę piaszczystą by podziwiać najpiękniejszy spektakl dnia. Nigdzie indziej w Brazylii słońce nie tonie tak widowiskowo w wodzie. Na szczycie wydmy stoją małe wózki na których barmani przyrządzają orzeźwiającą Caipirinhe, brazylijski koktajl na bazie cachaca. Z plastikowym kubeczkami w dłoni siadamy na piasku i w skupieniu czekamy na godzinę zero. A gdy słońce już zniknie za linią horyzontu wokoło rozchodzą się oklaski. Wtedy trzeba pomyśleć  życzenie, podobno wszystkie się spełniają. Rosjanka Olga, którą tutaj poznałam, przyjechała w te okolice kilka lat temu w tzw. kryzysowym momencie życia. Zakończyła długi związek i wybrała się w podróż po Brazylii. Jericoracoara tak ją zauroczyło, że podczas pierwszego zachodu słońca pomyślała marzenie, żeby zostać tutaj na zawsze. Następnego dnia gdy spacerowała po okolicy, zobaczyła malutki hotel wystawiony na sprzedaż. Kupiła go i od tego czasu mieszka i pracuje w Brazylii. Zachody słońca w Jericoracoara są więc nie tylko piękne ale też magiczne.

Mój faworyt!  Wyspa Wielkanocna

Absolutny numer jeden wśród wszystkich zachodów słońca jakie widziałam. Coś tak pięknego, że aż przeszywają mnie dreszcze na samo wspomnienie. A pomyśleć, że tak mało brakowało, a bym go przeoczyła. Tego dnia nic nie zapowiadało spektakularnego końca dnia. Parę godzin wcześniej wylądowaliśmy na Wyspie Wielkanocnej. Niebo było mocno zachmurzone, dlatego podjęliśmy decyzję, że idziemy do miasta na kolacje. Gdy odchodziliśmy od platformy z kamiennymi Moai, poczułam na plecach gorące promienie. Odwróciłam się i zobaczyłam przebijające się przez szare chmury, słońce. Na początku spokojnie by po chwili rozpalić  niebo.

Podobno przed śmiercią przed oczami przemyka nam całe nasze życie. Momenty które mocno nas poruszyły, twarze które utkwiły nam w pamięci….Gdy siedziałam na trawie na  przeciwko potężnych Moai na Wyspie Wielkanocnej, a moją twarz rozświetlały czerwone promienie słońca, nagle zobaczyłam swoje życie. Kraje które udało mi się zobaczyć, ludzi którzy stanęli na mojej drodze, przygody które mnie zmieniły i ukształtowały. Te wszystkie momenty które zaprowadziły mnie do miejsca w którym jestem teraz, dzięki którym znalazłam się tutaj i mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy a potem zapisać w swoich wspomnieniach.

Chile, Puerto Montt

Przejeżdżamy zatłoczone ulice Puerto Montt i kierujemy się w stronę niewielkiego portu, na targ rybny Angelmo. W drewnianych, piętrowych budynkach ustawionych na nabrzeżu znajduje się market z lokalnymi produktami. Można tutaj kupić prawdziwe specjały z których słyną południowe prowincje kraju; sery, masła, suszone owoce, miód…. Chociaż największa popularnością cieszą się i tak super świeże owoce morza, sprzedawane w środku.

Duchota i wilgoć wypełniając całe pomieszczenie. Zapach jest ciężki do wytrzymania, dlatego szybko mijamy kolejne stragany, na których wystawione są skarby z porannego połowu.Tuż za budynkiem, potężne lwy morskie pluskają się w wodzie. Przez chwilę im się przyglądamy ale w brzuchu burczy coraz bardziej, a to znak, że nadszedł czas na punkt kulminacyjny naszej wizyty w tym miejscu, czyli na obiad.

Strome schody prowadzą nas na pierwsze piętro, gdzie znajduje się kilkanaście lokalnych restauracji. Wszystkie specjalizują się w potrawach z owocami morza a popisowym daniem jest oczywiście słynne Curanto. Siadamy w jednym z lokali. Miniaturowe wnętrze wypełniają tandetne ozdoby i stare zdjęcia zawieszone na wyblakłej, drewnianej boazerii. W przejściu ustawiony jest potężny gar z świeżymi małżami. Zamawiamy Curanto i cierpliwie czekamy. Babcia – właścicielka restauracji, na początek podaje nam w kubkach słony wywar z owoców morza. „To afrodyzjak” – uśmiecha się do nas.

Talerze, stoły i krzesła lepią się od pary wydobywającej się z malutkiej kuchni, która znajduje się w rogu lokalu. Okręcam kubek w dłoni w poszukiwaniu jedynego czystego miejsca, ale ponieważ takie nie istnieje, zamykam oczy i upijam łyk wywaru. Jest słony i bardzo intensywny w smaku. Pomimo, że uwielbiam małże, ten aromat jest dla mnie  zdecydowanie zbyt mocny. Odstawiam kubek na bok i próbuję chleba z lokalnym masłem, który babcia zostawiła nam na zakąskę.
Bułeczki są pyszne, ciepłe i chrupiące a masło delikatnie rozpływa się na ich rumianej skórce. „Chcecie trochę muzyki Chicos?” – pokrzykuje z kuchni i podkręca głośniki na cały regulator.

 

Po dłuższej chwili pojawia się znowu, a rękach niesie wielki kopiasty talerz. To właśnie główny powód naszego przyjazdu tutaj, gigantyczne Curanto.
Typowe danie z południa Chile, przyrządzane jest na kilka sposobów. Najbardziej tradycyjne i bardzo pracochłonne polega na wykopaniu półtorametrowej dziury w ziemi. Dno wykłada się rozgrzanymi do czerwoności kamieniami. Następnie kładzie się na nich poszczególne składniki dania. A jest tego trochę, Curanto składa się bowiem z owoców morza (kilka rodzajów gigantycznych małży oraz szczególne rodzaje ryb), mięsa, warzyw (kilka rodzajów ziemniaków a także milcao, coś na kształt ziemniaczanych placków z kawałkami mięsa w środku) oraz pikantnych kiełbasek. Każda warstwa składników jest oddzielona narca (Chilijska odmiana rabarbaru). Wszystko to przykryte zostaje wilgotnymi workami a następnie solidną warstwą błota i trawy. Po około godzinie Curanto jest gotowe do spożycia.
Oczywiście, obecnie wiele restauracji, skróca sobie drogę w przygotowaniu tego niezwykle czasochłonnego dania i przyrządza  Curanto w zwykłych garnkach do gulaszu.

Babcia znika z pola widzenia, a my zaczynamy ucztę. Na pierwszy ogień idą małże. Przepyszne, świeże i do tego potężne. Rozmiar- super XXL. Próbuję ziemniaków i milcao ale za każdym razem wracam do owoców morza. Chyba jedyne, co mi tak naprawdę nie podchodzi z tego niesamowitego zestawu, to małe kiełbaski. Ich smak jest dość niewyraźny i kompletnie nie pasuje do pozostałych składników.
Z kopca jedzenia, powoli wyciągam kolejną małże i jeszcze jedną…. Ręce śmierdzą mi jak staremu rybakowi, ale nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed tym przepysznym posiłkiem.

„Gdzie jest babcia?” -rozglądamy się wokoło. Chcemy zapłacić ale właścicielka poszła akurat na plotki do sąsiedniego lokalu.

„I jak chicos, zadowoleni? smakowało?” – pyta uśmiechnięta. Zadowoleni, smakowało! Kto by pomyślał, że w tej brudnej, tandetnej, restauracyjce znajdę danie idealne. Duże, pyszne owoce morza i to do tego za naprawdę śmieszne pieniądze. Ich smak i zapach pozostanie ze mną na długo. Ciężko będzie teraz znaleźć coś równie pysznego…

Chile, Termy Geometricas

Jest tak zimno, że cała się trzęsę. Na samą myśl o tym, że mam się zaraz rozebrać robi mi się słabo. Jakby tego było mało z nieba leci nieprzyjemna mżawka, od czas do czasu zamieniając się w silny deszcz. Szczękam zębami i mocno ściskam ciepłe ubranie. W końcu na raz, dwa zrzucam z siebie gruby sweter. Okrywam się ręcznikiem i wychodzę na zewnątrz. Szybko kieruje się do pierwszego basenu i bardzo powoli wchodzę do wody. Na początku czuję tylko palenie. Moje stopy dosłownie płoną, całe ciało przechodzą dreszcze. Jest mi chyba jeszcze zimniej niż na początku. Ale nie rezygnuje i zanurzam się coraz głębiej. To niesamowite jak szybko moje ciało przyzwyczaja się do wysokiej temperatury. Już nie czuję palącego gorąca, ani przeszywającego pieczenia. Czterdziesto – stopniowa kołderka ciepłej wody przykrywa mnie aż po ramiona. Biała para rozchodzi się nad moją głową, odsłaniając przepiękny, zielony wąwóz otoczony naturalnymi wodospadami. W pełni zrelaksowana kładę się na wodzie i po prostu odpływam.

Termy to jedne z największych atrakcji na południu Chile. Okolice miasta Pucon są wręcz naszpikowane gorącymi źródłami. Ponieważ akurat pada deszcz a pogoda nie rozpieszcza nadmiarem słońca, decydujemy się jechać na zadaszone baseny. „Co?”- pyta zdziwiona właścicielka hotelu w którym się zatrzymaliśmy „Przecież taka pogoda jest wprost idealna na Geometricas”

Termy Geometricas oddalone są jakąś godzinę drogi od Pucon. Ciężko tam dojechać, trasa jest słabo oznaczona, do tego kamienne wertepy nie ułatwiają sprawy. Gdy w końcu docieramy na miejsce, parking przed wąwozem cały zapełniony jest samochodami. Wygląda na to, że nie tylko nas nie odstraszyła ta ponura pogoda. Drewniana kładka prowadzi do głównego budynku. Na środku pali się ognisko a przez przeszkloną ścianę można podglądać relaksujących się w wodzie ludzi. Wokół unosi się siwa para dymu.

I

Pomalowane na czerwono, drewniane pomosty zawieszone są nad strumykiem spływającym wprost z wodospadu. Tuż obok, po obu stronach w kamiennych basenach znajduje się 17 gorących źródeł. Każdy możne wybrać odpowiednią temperaturę dla siebie, począwszy od 35 stopni przez 41 stopni a skończywszy na zbiornikach tak gorących, że zakazanych do kąpieli. Dla amatorów hartowania organizmu, niektóre baseny wypełnia lodowata woda ze skalnego wodospadu. A wszystko to w otoczeniu bujnej zieleni i surowych skał wąwozu.

Na początek próbujemy 39 stopni by szybko przenieść się na 40. Ciepła woda rozgrzewa całe ciało, a padająca mżawka przyjemnie je schładza. Po kilkunastu minutach trzeba jednak zrobić sobie przerwę, serce bije jak szalone dlatego decyduję się na mały spacer po całym obiekcie. Na szczęście nie potrzebuje już swetra i kurtki, teraz przechadzam się w samym kostiumie ledwo zakryta ręcznikiem. Nie czuję zimna ani przeszywającego chłodu a raczej przyjemne orzeźwienie. Wybieram się w górę wąwozu. Drewnianą kładką docieram do najwyżej położonych basenów z 41 stopniową wodą. Kilku amatorów gorących kąpieli zaprasza mnie do środka ale myślę, że jednak na pierwszy raz poprzestanę na 40 stopniach.

                         

Gdy tylko przychodzi pierwszy chłód, szybko wracam do wody. Po raz kolejny muszę przetrwać początkowe mrowienie palców i palący ból, żeby znowu rozkoszować się uczuciem kompletnego relaksu.

Na koniec dnia, wykończeni i głodni udajemy się jeszcze do malutkiej restauracji, mieszczącej się w głównym budynku. Zdrowe i świeże jedzenie podane na drewnianych tacach, idealnie wpasowuje się w ekologiczny charakter tego miejsca. Chyba nic nie smakuje lepiej, niż gęsty krem z dyni przy ciepłym ognisku.

Po powrocie do hotelu, sprawdzam w internecie inne okoliczne termy. Wiele z nich to zadaszone baseny w tandetnych dekoracjach rodem ze starożytnej Grecji czy Egiptu, albo zimne minimalistyczne wnętrza przypominające ekskluzywne salony spa. Teraz jeszcze bardziej się cieszę, że jednak wybraliśmy Geometricas. Genialne w swojej prostocie miejsce, gdzie doskonale łączą się ze sobą cztery żywioły: powietrze, ziemia, woda i ogień.