Wietnam, Hue, plaża Thuan An

W recepcji hotelu w Wietnamskim mieście Hue, rozmawiam z dwoma chłopakami, Laurent jest z Belgii a Mauricio ze Stanów. Od kilku tygodni podróżują razem po Azji Południowo- Wschodniej. Obaj chcą jutro wynająć skutery i pozwiedzać okolice na dwóch kółkach. Gdy pada pytanie, czy mam ochotę dołączyć, nie zastanawiam się nawet przez chwilę.


Naszym celem jest położona poza miastem, plaża Thuan An. Bez mapy i zbytniego przygotowania (dostajemy jedynie kilka wskazówek od recepcjonistki typu „jedźcie prosto a potem skręćcie w prawo”) wskakujemy na dwa skutery i ruszamy w drogę.

Z Hue wydostajemy się zaskakująco łatwo, potem zgodnie z radą, „skręcamy w prawo” i właśnie wtedy zaczynają się kłopoty. Przez około 40 minut jedziemy przed siebie a plaży ani słychu ani widu. W pewny momencie wjeżdżamy na wiejską dróżką która prowadzi przez mokre pola ryżowe. Znad zielonej trawy, wystają tylko trójkątne kapelusze pracujących Wietnamczyków. Zaraz potem trafiamy do małej wioski i wpadamy (dosłownie) w sam środek odbywającego się na głównej ulicy targu. Kury uciekają z piskiem spod naszych kół a siedzący na krawężniku Wietnamczycy podskakują z ziemi, próbując uchronić swoje miski z ryżem.

Kilkakrotnie zagadujemy też napotkanych tubylców o drogę,  ale każdy macha ręką przed siebie, co przez pierwsze kilkanaście kilometrów interpretujemy jako „jeździe prosto”, a dopiero potem dociera do nas, że chodzi bardziej o „dajcie mi spokój” niż wskazanie kierunku jazdy. Gdy nareszcie wydostajemy się z labiryntu ścieżek, wijących się wśród pól ryżowych, i skręcamy z powrotem na główną drogę, Laurent daje znak abyśmy zatrzymali się na poboczu. Odkąd opuściliśmy hotel minęło dobrych parę godzin, a plaży nie ma, tak jak benzyny w baku jego skutera.

Bezskutecznie próbujemy zatrzymać przejeżdżające samochody i rowerowe riksze. Dookoła nas nie ma żadnych domów, jedynie w oddali dostrzegamy małe gospodarstwo z którego dochodzi złowrogie szczekanie psa. Pomimo sprzeciwu chłopaków, postanawiam tam pójść i poprosić o pomoc. Na szczęście głośne ujadanie wywołało właściciela z domu, więc nie muszę zastanawiać się jak obejść nieprzyjemnie wyglądającego zwierzaka.

Zaczynam tłumaczyć co nam się przytrafiło, mocno gestykulując rękami. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy młody Wietnamczyk odpowiada piękną angielszczyzną. Okazuje się, że jest studentem angielskiego z Hanoi, akurat odwiedza rodziców, którzy prowadzą tutaj gospodarstwo. Gdy wspominam o pustym baku, wraca się do domu i po chwili wychodzi z….butelką Smirnoff, wypełnioną benzyną.

Jesteśmy uratowani! Cieszymy się jak dzieci, gdy wskazówka z zera rusza w górę. Chyba dopiero teraz uświadamiamy sobie jak wielkie mamy szczęście, ponieważ w promieniu kilku kilometrów nie ma żadnego domu, a i spotkanie kogoś kto mówi po angielsku nie jest tutaj łatwe. Oprócz benzyny, dostajemy również dokładne wskazówki jak trafić na plażę i już za dwadzieścia minut parkujemy skutery pod palmą i wybiegamy na piasek.

Thuan An położona jest u wybrzeża Morza Południowochińskiego i ciągnie się na kilkanaście kilometrów. Poza nami jest tylko kilka kobiet i dzieci sprzedających lokalne dania, więc prawie cała plaża należy do nas. Niestety większą część dnia błądziliśmy po wiejskich drogach, dlatego zostajemy w okolicy jedynie przez godzinę i znowu odpalamy skutery.

Tuż przed powrotem poznajemy Amerykanina Miles’a, który przyjechał na chwilę na Thuan An. A, że orientuje się on w terenie o wiele lepiej niż my,  postanawiamy razem wrócić do miasta. Po drodze zahaczamy jeszcze o pobliskie wzgórza, gdzie mieści się jeden z największych cmentarzy w kraju. W czasach wojny Wietnamskiej komuniści dokonali w Hue zbiorowych mordów. Szacuje się, że w tym krwawym okresie zginęło nawet 4000 ludzi. Masowe, zniszczone grobowce zajmują olbrzymią przestrzeń, bardzo często zdarza się, że wybudowane są wprost na małych wysepkach, otoczonych dookoła podmokłymi polami ryżowymi.

Do Hue wracamy już po zmroku. Właściciel skutera od razu zarzeka się, że to nie jego wina, że zabrakło benzyny. Miało wystarczyć na drogę na plażę i z powrotem. Nikt nie kazał nam „błąkać się” po okolicy. A poza tym przecież tłumaczył, jak się tam dostać…

„Jedź prosto i skręć w prawo”, oto sprawdzony przepis na niezapomnianą przygodę w Wietnamie.

Reklamy

Chiny, Chiny kulinarnie

Powoli podnoszę pałeczkami kawałek kurczaka i kieruję go w stronę ust. W ostatnim momencie mięso wyślizguje się i spada na stół. Automatycznie go podnoszę i kładę na rogu talerza.
– Bleeee, wy Europejczycy jesteście obrzydliwi – krzywi się mój Chiński towarzysz.
Całkowicie zaskoczona rozglądam się po sąsiednich stolikach. Jestem jedynym obcokrajowcem, dookoła sami tubylcy mlaskający i plujący wniebogłosy. Dodatkowo każdy rzuca oblizane kości kurczaka prosto na stół albo pod nogi. Nie wspominając już nawet, że nasz posiłek jemy na talerzu owiniętym plastikową reklamówką. Po skończeniu jedzenia siatka trafi do kosza a talerz do kolejnego klienta.
I to my jesteśmy obrzydliwi???…otwieram szeroko oczy i wpatruje się w mojego towarzysza.
– Przecież położyłaś brudny kawałek jedzenia obok tego dobrego, teraz Ci się pomyli i jeszcze przez przypadek go zjesz…

Próbowanie lokalnego jedzenia to chyba jedna z największych przygód w Chinach. Wśród tysiąca identycznie wyglądających znaczków, nigdy do końca nie wiadomo co się zamawia. Na szczęście wiele dań ma załączone w karcie zdjęcie, dzięki czemu mamy  jaką taką podstawową wizję tego, jak jedzenie będzie wyglądać. Wiele restauracji aby przyciągnąć zagranicznych gości tłumaczy dodatkowo menu na angielski. Robi to jednak na tyle nieudolnie, często używając podstawowego internetowego tłumacza, że często przy zagranicznym opisie potraw, można zobaczyć składniki takie jak: „opona” czy „okno” (??).
Z sokami nie ma takiego problemu, uliczni sprzedawcy przyrządzają je na naszych oczach z najbardziej kolorowych i soczystych owoców jakie można sobie wyobrazić. Ale żeby nie było zbyt normalnie, gotowy napój wlewają do  …plastikowej reklamówki. Idziemy więc sobie, trzymając siatkę za uszy i sącząc przez rurkę słodki nektar.

Skoro już jesteśmy na ulicy to warto rozejrzeć się dookoła, bo można tutaj znaleźć o wiele więcej skarbów niż tylko świeżo wyciśnięte soki. Stołowanie się na małych bazarach, tuż przy przejeżdżających obok samochodach, to unikalne i niezapomniane doświadczenie. Czego tam nie ma, najróżniejsze zupy, pikantne noodle, ryż przyrządzany na sto sposobów. No i oczywiście jedzenie „na kijku” czyli wszelkiego rodzaju szaszłyki z mięsa, z owoców, warzyw czy czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Nie można też zapominać o jogurcie. W Pekinie to świętość. Płynny, mocno schłodzony napój pije się przez słomkę wprost z glinianego kubeczka, które potem trzeba zwrócić sprzedawcy. Codziennie rano setki Chińczyków (dorośli i dzieci) stoją pod sklepami racząc się jogurtem, a wieczorem wszędzie można usłyszeć charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie naczyń, zbieranych przez sklepikarzy.

Pierogi! W smaku podobne do tych naszych, delikatne z soczystym nadzieniem. Kształtem odrobinę inne, bardziej okrągłe, przypominają małe saszetki. Gotowane są na parze w specjalnych drewnianych naczyniach. Można je kupić dosłownie wszędzie, nawet w Chińskich fast foodach, choć mi najlepiej smakują…oczywiście na ulicy.

Gdy już znudzi nam się jedzenie na bazarkach, trzeba rozejrzeć się za restauracją. Jest ich miliony. Od super ekskluzywnych i eleganckich po te wzorowane na Europejskie aż po tanie rodzinne przybytki. Chiny są olbrzymie a każdy zakątek specjalizuje się w innym jedzeniu. Warto odwiedzić restauracje z daniami regionalnymi, gdzie można spróbować pyszności z innych zakątków kraju (w Pekinie obowiązkowo słynna kaczka po pekińsku).

Jedzenie przeważnie serwowane jest w małych miseczkach. Każdy ma swoją porcję ryżu, pozostałe składniki rozłożone są po całym stole w osobnych naczyniach. Posiłki spożywa się przy pomocy pałeczek i podłużnych porcelanowych łyżek (do „siorbania” zup) chociaż sztućce są ostatnio coraz bardziej popularne.

Czy czegoś może brakować do szczęścia w tym kulinarnym raju? Na pewno produktów które w Polsce są popularne i łatwo dostępne (np. czekolada, żółty ser czy chleb. Chociaż pieczywo łatwo zastąpić bułkami pieczonymi na parze).

Warto się również przygotować na specyficzne maniery jakie panują przy stole. Siorbanie, mlaskanie, bekanie i inne podobne odgłosy, są w Chinach na porządku dziennym, a zwracanie na nie uwagi jest niepowszechne i niegrzeczne. Stół po skończonym posiłku wygląda czasem jak pobojowisko, wszędzie walają się kawałki jedzenia, kości z kurczaka, kawałki warzyw. W tańszych restauracjach często brakuje talerzy dlatego powszechną patyką jest jedzenie na reklamówkach.

Patrzę zdumiona na mojego Chińskiego towarzysza i zastanawiam się nad tym co właśnie powiedział. Spoglądam na swój talerz przykryty jednorazową siatką i nie mogę powstrzymać śmiechu. Siorbiący i plujący mężczyzna, właśnie zwrócił mi uwagę, że zachowałam się nieodpowiednio przy jedzeniu. Ale jestem w Chinach, kraju którego kompletnie nie rozumie, biorę  więc „brudny” kawałek mięsa i wyrzucam z powrotem na środek stołu, i muszę przyznać, że w tym momencie, ma to jakiś swój sens.

Singapur

Jaki będzie Singapur, wiadomo od początku. Już od pierwszego kroku na hali lotniska wiem, że znalazłam się w miejscu nowoczesnym, czystym i zorganizowanym. Tutejszy port lotniczy uważany jest za jeden z najpiękniejszych na świecie, doskonale łączy w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla tego miasta-państwa. Azjatycką tradycję i wielokulturowość, która miksuje się z technologią przyszłości i świadomością ekologii i ochronny przyrody.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie drogo. Dlatego od razu decyduje się na hostel i łóżko w kilkunastoosobowym dormitorium. Cały pierwszy dzień spędzam właśnie w takim pokoju, lecząc się z przeziębienia które dopadło mnie jeszcze na Balii. Jak na ironię, nawet tutaj, z gorączką i potworną migreną mogę zaznać tej słynnej, singapurskiej wielonarodowościowi. Co jakiś czas, w kilkunastu językach słyszę bowiem ostrzeżenia, żebym wreszcie przestała kaszleć albo pociągać zatkanym nosem, bo inni chcą spać. To prawda, że w hostelach i dormach można znaleźć wielu współtowarzyszy podróży, ale gdy ma się akurat nieprzyjemne przeziębienie, można równie szybko znaleźć sobie też kilku wrogów.

Na szczęście już następnego dnia czuję się na tyle dobrze, że mogę wyruszyć na swoje pierwsze zwiedzanie. Hostel znajduje się w samym centrum, dlatego spacerkiem, na jeszcze lekko chwiejących się nogach, pierwsze kroki kieruję do pobliskiego Chinatown. Społeczność chińska jest tutaj olbrzymia, dlatego dzielnica jest jedną z najważniejszych w całym mieście. A ponieważ trafiłam akurat na zbliżające się obchody chińskiego nowego roku, mam okazję oglądać to miejsce w najpiękniejszej oprawie.

Wszystkie ulice przystrojone są kolorowymi ozdobami, czerwonymi lampionami i złotymi dzwonkami, co jakiś czas pojawiają się też parady z tańczącym smokiem w akompaniamencie głośnych bębnów. Z każdego zakamarka dobiega muzyka i odgłosy radosnego biesiadowania. Kierując się zapachami kadzidełek docieram do wielkiej świątyni z pięknym ogrodem na dachu.

Jednak, to co najlepszego ma do zaoferowania ta dzielnica, to bez wątpienia jedzenie. W okolicznych restauracjach można spróbować prawdziwych rarytasów kuchni państwa środka. Na niemal każdej ulicy rozstawione są prowizoryczne budki z przekąskami czy małe bary oferujące przepyszne zupy.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie smacznie. Tak naprawdę całe miasto słynie z wyśmienitej kuchni. Miksują się tu najróżniejsze smaki i aromaty, tworząc prawdziwie egzotyczną mieszankę wybuchową. Najlepiej się o tym przekonuję na przypadającym właśnie, corocznym wielkim festiwalu jedzenia. Na jednaj z ulic nad zatoką, ustawione są kolorowe kramy, dosłownie uginające się od potraw z całej Azji. Zza wielkiej góry Chińskich noodli aż ciężko jest dostrzec kucharzy. Wybór jest ogromny, na widok każdego specjału cieknie ślinka. Żeby nie przedłużać sobie cierpienia, gdy apetyczny zapach skutecznie pobudza żołądek, decyduje się na singapurskie noodle czyli smażony na aromatycznym oleju makaron z owocami morza, warzywami i  najróżniejszymi przyprawami.

Z pełnym brzuchem kończę ten niezwykle smakowity dzień w rozrywkowej części miasta, na Clarke Quay. Kilkanaście stylowych barów i nocnych klubów, ciągnie się wzdłuż zakola rzeki. Razem z poznaną w hostelu francuską Jen, planujemy kolejny dzień. Bo jutro zwiedzam już Singapur bez taryfy ulgowej czyli bez gorączki i kataru! 🙂

Na sam początek obieramy kurs na port, gdzie przybyszów wita statua Merlion’a. Wielki pomnik stwora z głową lwa i ciałem ryby jest symbolem miasta. Za jego plecami wznosi się prawdziwa betonowa dżungla, bo Singapur to po Japonii najbardziej rozwinięte państwo Azji. Wieżowce, drapacze chmur, nowoczesna architektura przypominają mi o tym niemal na każdym kroku. O czystości tego miejsca krążą już legendy. Za wyrzucenie śmieci na ulicy albo chociażby nawet niedopalonego papierosa grożą wysokie kary. Absolutnie nie wolno wnosić jedzenia do metra czy autobusu, a przechodzenie przez ulice w miejscu innym niż pasy, to ryzyko mandatu. Pomimo tych wszystkich zasad i reguł, mało kto decyduje się stąd wyjechać, bo Singapur to naprawdę doskonale miasto do życia. Ludzie dobrze zarabiają, jest czysto i zielono, nie ma korków (to za sprawą przepisu, który w dużej mierze utrudnia posiadanie samochodu, jeżeli nie posiada się miejsca parkingowego).

Tego dnia w spacerze po mieście towarzyszy nam Filipinka, Loranie, mieszkająca na stałe w Singapurze, którą poznałam jeszcze w Ubud na Bali. Loranie, prowadzi nas do Asian Civilisations Museum. Przy wejściu uśmiecha się do mnie szczęście bo okazuje się, że z  okazji obchodów Chińskiego Nowego Roku, wszyscy urodzeniu w roku szczura wchodzą za darmo (szczury górą!). W środku muzeum można spokojnie spędzić kilka godzin, zgromadzono tutaj imponująca liczbę eksponatów, a orientalna oprawa dźwiękowa tylko podkreśla niepowtarzalny klimat tego miejsca. Zwiedzający mają też do dyspozycji specjalne sale multimedialne, wszystko to w pięknie zaprojektowanych, minimalistycznych wnętrzach.

Na obiad zatrzymujemy się w jednej z wielu hinduskich restauracji w dzielnicy Little India. Hindusi to druga po Chińczykach, największa populacja miasta, dlatego naprawdę warto tutaj zajrzeć bo to co nas czeka po przyjeździe to prawdziwe Indie w pigułce. W sklepach kuszą aromatyczne przyprawy, kolorowe stroje, orientalna biżuteria. Plac targowy zapełniony jest egzotycznymi warzywami i owocami. W powietrzu unosi się specyficzny zapach curry bo niemal na każdym rogu można spróbować tradycyjnej kuchni indyjskiej. Pod koniec wizyty w lokalnym salonie piękności starsza Hinduska maluje mi na pamiątkę dłonie henną. Czarne kwiatuszki wiją się od nadgarstka aż po czubki palców – takie zdobienia są niezwykle popularne wśród tutejszych kobiet, szczególnie tych, które wychodzą za mąż.

Ostatnie godziny dnia spędzamy w jednym  z wielu gigantycznych domów handlowych, znajdujących się na obrzeżach miasta. Singapur słynie bowiem nie tylko z jedzenia ale przede wszystkim z zakupowego szaleństwa. Przez galerie handlowe codziennie przewijają się tysiące ludzi, dziś nie jest inaczej, pomimo późnej pory w sklepach są prawdziwe tłumy.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie punktualnie. Myślałam, że wyjadę stąd z samego rana… jednak nawet w tak idealnie zorganizowanym mieście zdarzają się niespodzianki. Z powodu awarii pociągu przyszło mi spędzić na dworcu kolejowym prawie cały dzień. Dopiero późnym popołudniem wyruszyłam w drogę do Kuala Lumpur. Na moje pytanie, jakim cudem w tak dokładnym, przemyślanym mieście jakim jest Singapur  zdarzają się takie opóźnienia, konduktor szybko udzielił konkretnej odpowiedzi: „Pociąg jest malezyjski”.

Malezja, Pulau Penang

Na zapleczu sklepu z kolorowymi szalami i chustami działa kameralna pracownia. Klienci mogą się tutaj przyjrzeć procesowi tkania i barwienia materiałów. Na manekinach prezentowane są najróżniejsze wzory a sprzedawcy cierpliwie objaśniają jak zawiesić szal na biodrach albo stworzyć z niego efektowną plażową sukienkę. Od samego początku mam ochotę na barwny sarong, kolorów i wzorów są setki więc największym problemem będzie, wybór tego jedynego. Nim jednak zrobię zakupy, udaję się do stanowiska, gdzie młoda kobieta prezentuje tradycyjną technikę nakładania barw na tkaniny. Po kilkunastu minutach już wiem, że to nie są zwykłe kolorowe szale, a Batik, prawdziwa Malezyjska specjalność.

Najpiękniejsze i najbardziej oryginalne Batiki można znaleźć m.in na wyspie Pulau Penang, położonej na północno-zachodnim wybrzeżu półwyspu Malajskiego. Codziennie z Kuala Lumpur kursuje tutaj kilkanaście autobusów, od tanich, do super wygodnych i ekskluzywnych. Podróż trwa ok. 5 godzin. Na wyspę można dostać się na dwa sposoby, promem albo nowoczesnym, 13-kilometrowym, mostem Penang Bridge, jednym z najdłuższych w Azji. Jadąc od strony stolicy przeważnie korzysta się z tej drugiej opcji.

Mimo że Pulau Penang ma powierzchnię 1048 km kw., spokojnie może otrzymać miano Azji w pigułce. Jest to jeden z najbardziej zaludnionych i zróżnicowanych etnicznie i kulturowo obszarów w całym kraju. Przeplatają się tu wpływy malajskie, indonezyjskie, chińskie, indyjskie. W okolicy wciąż mieszka dużo emigrantów z Birmy, Tajlandii, Japonii, Europy. Dominujące religie to islam, buddyzm i hinduizm. Na ulicach miksują się różne języki; mandaryński, malajski, tajski, japoński, jednak uniwersalnym dialektem pozostaje i tak Manglish. Jest to potoczna nazwa języka angielskiego używanego przez mieszkańców całej Malezji. Cechą charakterystyczną tej swoistej mieszanki językowej jest m.in. dodawanie wyrażenia „lah” na końcu prawie każdego wypowiadanego po angielsku zdania, a także łączenie niektórych słów.

Wielokulturowość tego miejsca doskonale podkreślają różnorodne świątynie, architektura, czy też najróżniejsze restauracje, bo dla każdego Malezyjczyka, Pulau Penang to kulinarny raj, często nazywany jedzeniową stalicą kraju. Na niemal każdym zakątku czyhają specjały z całej Azji. A gdy znudzą nam się ryżowe dania, zawsze można wyskoczyć do jednego z wielu lokali żydowskich, które są pozostałością po niewielkich żydowskich społecznościach zamieszkujących wyspę jeszcze kilkanaście lat temu.

Największym miastem Pulau Penang, a także stolicą całego stanu Penang, jest Georgetown, położone na północo-wschodnim krańcu wyspy. To druga największa metropolia kraju; doskonale rozwinięta, duża, nowoczesna, niezwykle różnorodna kulturowo. Malezja już dawno przestała się kojarzyć z biednymi wioskami i Azjatyckim chaosem.

Po spędzeniu kilku dni w Georgetown udaje się na krótką wycieczkę po wyspie. Najpierw zaglądam do pobliskiego miasta Air Itam, gdzie znajduje się jedna z największych świątyń buddyjskich w Azji południowo-wschodniej, Kek Lok Si Temple.
Potem małą kolejką górską dostaje się na szczyt Penang Hill (Wzgórze Penang), skąd rozchodzi się piękny widok na całą okolicę. Na koniec dnia odwiedzam Snake Temple (Świątynia węży). To chyba jedyne takie miejsce na świecie, buddyjska świątynia wypełniona aromatem palących się kadzidełek, zamieszkiwana jest przez jadowite żmije. Węże wiją się po podłodze, zwisają z ołtarzy. Podobno święty dym działa na nie uspokajająco, dlatego gady nie atakują ludzi, mimo to absolutnie nie wolno ich dotykać czy drażnić. Legenda głosi że świątynia została zbudowana przez chińskiego buddyjskiego mnicha który dawał schronienie wężom z dżungli, a po jego śmierci gady nadal tu przychodziły i już w niej zostawały.

 Na Na Penang znajduje się też kilkanaście ładnych plaż i przyjemnych kurortów. Tym razem rezygnuje jednak z piasku i słońca bo za kilka godzin wyruszam promem na kolejną, rajską wyspę, Langkawi (czytaj: TUTAJ). Tuż przed wyjazdem, zaglądam jeszcze do lokalnego sklepu z tkaninami, w poszukiwaniu plażowej chusty…

Kobieta krok po kroku objaśnia etapy powstawania tkanin. Za pomocą wosku na materiale malowane są różne wzory. Przeważnie przedstawiają kwiaty, liście albo figury geometryczne. Motywy zwierzęce pojawiają się rzadko ponieważ islam zabrania ukazywania zwierząt w formie dekoracji, wyjątek stanowi motyl, który występuje na tkaninach dość często. Po dokończeniu woskowania cały materiał zanurzany jest w zimnej kąpieli barwiącej, miejsca pokryte woskiem pozostają niezabarwione. Po wysuszeniu nakładana jest kolejna warstwa wosku i ponownie płuka się tkaninę w barwniku. Takie czynności powtarzane są kilkakrotnie, za każdym razem dodając inny kolor. Na koniec, materiał prasowany jest przez specjalny biały papier, dzięki czemu można pozbyć się wosku.
Z tkanin barwionych metodą Batiku powstają nie tylko oryginalne szale ale również ciuchy, suknie czy koszule. Wybieram niebieską chustę, tam gdzie był wosk są teraz gęste, białe kwiaty.

Ta piękna, ręcznie barwiona chusta towarzyszy mi do dzisiaj. Używałam jej nie tylko na plażach Langkawi, ale też we wszystkich moich późniejszych wyjazdach. W Azji zakrywałam nią ramiona i gołe nogi przed wejściem do świątyń. W Ameryce Południowej służyła mi jako ochrona przed silną klimatyzacją w nocnych autobusach. Na Karaibach spisywała się doskonale jako plażowy ręcznik czy luźne pareo zarzucone na kostium.

Za każdym razem gdy na nią patrzę przypominają mi się tamte dni w Malezji i moja pierwsza wyprawa z plecakiem, gdy jeszcze trochę niepewna i przestraszona jeździłam po Azji południowo-wschodniej. Wtedy nie miałam pojęcia, że ten niepozorny Batik przetrwa taką ilość czasu i te wszystkie, szalone podróże… to są właśnie najpiękniejsze pamiątki z wyjazdów, te które jadą ze mną dalej zwiedzać świat.

Przed zachodem słońca cz. III

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto trzecia i ostatnia odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Pekin (Chiny)

Po przyjeździe do Pekinu pociągiem (czytaj TUTAJ)  szybko wskoczyłam w drugi pociąg (tym razem metro), żeby odnaleźć mój hostel. Na początku zadanie wydawało się banalnie proste ale po dotarciu na miejsce, błądziłam kilka godzin po malutkich, identycznych uliczkach wokół Zakazanego Miasta i wciąż nie mogłam znaleźć noclegu. W końcu zrezygnowana zdjęłam ciężki plecak, rozmasowałam bolące ramiona i siadłam na krawężniku. Duszne, pekińskie powietrze kleiło się do mojej skóry a po czole spływał pot.  Musiałam wyglądać bardzo biednie bo nagle zatrzymał się koło mnie pewien starszy Chińczyk na rowerze i doskonałą angielszczyzną zapytał, co mi się stało. Nie wiem co uszczęśliwiło mnie bardziej, to że oto spotkałam kogoś kto mówi po angielsku, czy że nareszcie ktoś mi pomorze.  Po krótkiej wymianie zdań, okazało się, że hostel którego szukam jest już zamknięty ale Chińczyk od razu polecił mi inny, zaledwie kilka ulic dalej, a na koniec zamówił mi taksówkę i poinstruował kierowcę gdzie ma mnie zabrać.

Po zameldowaniu, rozpakowaniu plecaka i dwóch prysznicach, wybrałam się w okolice Zakazanego Miasta. Nim jednak tam dostałam, na ulicy zaczepiło mnie dwóch młodych Chińczyków. „Skąd jesteś?, co tutaj robisz?, jesteśmy studentami angielskiego z Szanghaju, może pójdziemy na herbatę, porozmawiamy po angielsku, damy Ci jakieś rady.”- zagadywali a ja nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, drugi raz w ciągu jednego dnia poznaje mówiących po angielsku Chińczyków. Musiałam jednak odmówić bo nad Zakazanym Miastem zachodziło już słońce a ja bardzo chciałam to zobaczyć. Rozczarowani studenci odeszli więc usiadłam na ławce i w spokoju przyglądałam się  przepięknemu końcowi dnia.

Po powrocie do hostelu dowiedziałam się, że najczęstszym oszustwem w Pekinie, jest ten „na studenta”. Młodzi Chińczycy zagadują obcokrajowców pod pretekstem praktyki języka, zapraszają ich na herbatę do zaprzyjaźnionego lokalu. Zamawiają napoje i jedzenie a potem tylnym wyjściem wymykają się z lokalu zostawiając swoje ofiary z gigantycznym rachunkiem… Dzięki Bogu za zachód słońca, bo ten dzień mógł skończyć się dla mnie całkiem inaczej.

 Dolina księżycowa, San Pedro de Atacama (Chile)

Czy na księżycu można podziwiać zachody słońca? W Dolinie Księżycowej w północnym Chile można. Razem z grupą innych turystów wybrałam się na wycieczkę do Doliny Księżycowej, jednego z najsuchszych miejsc na świecie. Cały dzień spędziłam w towarzystwie Ralfa, młodego Niemca który akurat odbywał praktyki lekarskie w jednym ze szpitali w Santiago. Gdy dzień zbliżał się ku końcowi, wyskrobaliśmy się na szczyt wydmy i w skupieniu czekaliśmy na wielkie widowisko. Tym razem słońce nie zachodziło nad morzem i nie gasło w wodzie, a chowało się za górami. Krajobraz dookoła nas był dość monotonny; bezchmurne, niebieskie niebo, szare skały i żółty piasek. Jasna kula niczym diament rozświetlała tą surową okolicę i na ten jeden krótki moment, Dolina Księżycowa stała się złotą doliną.

Treasure Beach (Jamajka) 

Ktoś może powiedzieć: „Ileż można oglądać zachód słońca?”. Na Jamajce można to robić nieskończoną ilość razy.  Na czas pobytu na wyspie zaszyłam się w malutkiej wiosce rybackiej Treasure Beach (czytaj TUTAJ)która okazała się najlepszą miejscówką do podglądania zachodów słońca w całym kraju. Mieszkałam w lokalnym guesthousie a oprócz mnie nie było prawie w ogóle innych turystów.  Pod koniec każdego dnia siadałam razem z młodym Niemcem Julianem, na drewnianych ławach w Eggy’s Bar. Wprawdzie ta mała szopa ustawiona na plaży, wygląda jakby zaraz miała przewrócić się do morza, ale to tutaj koncentrowało się całe (bardzo ubogie) życie towarzyskie miasteczka. Woda podmywała siedzących gości, a nogi zapadały się w mokrym piasku. W Eggy’s Bar serwowane jest tylko piwo i rum, nie ma toalety ani eleganckich stołów, ale zawsze można spotkać tutaj miłych i wesołych ludzi. O zachodzie słońca wszystkie rozmowy nagle cichły, a z głośników rozbrzmiewał tylko melodyjny głos Marleya. Na chwilę niebo stawało się różowo-pomarańczowe, a na wodzie pojawiała się złota droga. Wydawało mi się wtedy, że jestem w kinie. Na niezwykle pięknym filmie z cudowną ścieżką dźwiękową.

Jericoacoara (Brazylia)

Każdego dnia, dokładnie o siedemnastej, w malutkim miasteczku Jericoracoara, setki ludzi udaje się na wielką wydmę piaszczystą by podziwiać najpiękniejszy spektakl dnia. Nigdzie indziej w Brazylii słońce nie tonie tak widowiskowo w wodzie. Na szczycie wydmy stoją małe wózki na których barmani przyrządzają orzeźwiającą Caipirinhe, brazylijski koktajl na bazie cachaca. Z plastikowym kubeczkami w dłoni siadamy na piasku i w skupieniu czekamy na godzinę zero. A gdy słońce już zniknie za linią horyzontu wokoło rozchodzą się oklaski. Wtedy trzeba pomyśleć  życzenie, podobno wszystkie się spełniają. Rosjanka Olga, którą tutaj poznałam, przyjechała w te okolice kilka lat temu w tzw. kryzysowym momencie życia. Zakończyła długi związek i wybrała się w podróż po Brazylii. Jericoracoara tak ją zauroczyło, że podczas pierwszego zachodu słońca pomyślała marzenie, żeby zostać tutaj na zawsze. Następnego dnia gdy spacerowała po okolicy, zobaczyła malutki hotel wystawiony na sprzedaż. Kupiła go i od tego czasu mieszka i pracuje w Brazylii. Zachody słońca w Jericoracoara są więc nie tylko piękne ale też magiczne.

Mój faworyt!  Wyspa Wielkanocna

Absolutny numer jeden wśród wszystkich zachodów słońca jakie widziałam. Coś tak pięknego, że aż przeszywają mnie dreszcze na samo wspomnienie. A pomyśleć, że tak mało brakowało, a bym go przeoczyła. Tego dnia nic nie zapowiadało spektakularnego końca dnia. Parę godzin wcześniej wylądowaliśmy na Wyspie Wielkanocnej. Niebo było mocno zachmurzone, dlatego podjęliśmy decyzję, że idziemy do miasta na kolacje. Gdy odchodziliśmy od platformy z kamiennymi Moai, poczułam na plecach gorące promienie. Odwróciłam się i zobaczyłam przebijające się przez szare chmury, słońce. Na początku spokojnie by po chwili rozpalić  niebo.

Podobno przed śmiercią przed oczami przemyka nam całe nasze życie. Momenty które mocno nas poruszyły, twarze które utkwiły nam w pamięci….Gdy siedziałam na trawie na  przeciwko potężnych Moai na Wyspie Wielkanocnej, a moją twarz rozświetlały czerwone promienie słońca, nagle zobaczyłam swoje życie. Kraje które udało mi się zobaczyć, ludzi którzy stanęli na mojej drodze, przygody które mnie zmieniły i ukształtowały. Te wszystkie momenty które zaprowadziły mnie do miejsca w którym jestem teraz, dzięki którym znalazłam się tutaj i mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy a potem zapisać w swoich wspomnieniach.

Filipiny, Palawan, El Nido

Na zielonym wzgórzu stoi chatka, a w tej chatce mieszkam ja. Codziennie rano przeciągam się w wygodnym łóżku, rozsuwam wielkie szklane drzwi i wychodzę boso na taras. Opieram się wygodnie o drewnianą barierkę i wciągam głęboko powietrze. Nigdy nie wiem, gdzie zaprowadzi mnie podróż. Po miesiącach tułaczki po brudnych hostelach i kilkuosobowych dormach wylądowałam właśnie tutaj, gdzie? Chyba w raju.

Na początku jak zwykle wybrałam tani hostel, taki naturalny wybór po dotarciu do nowego miejsca. Dodatkowo do miasteczka El Nido na Palawanie, jednej z wysp Filipin, przyjechałam w strugach deszczu, więc nie miałam ani siły, ani ochoty na szukanie czegoś innego. Już następnego dnia podczas spaceru poznałam wesołego Nowozelandczyka. Od słowa do słowa zapytałam go gdzie mieszka. „Tam”- wskazał palcem na zielone wzgórze górujące nad plażą, po czym dodał: „Słuchaj, ja jutro wyjeżdżam, jak chcesz możesz zająć domek”.

Pierwsza myśl-nierealne. Na pewno będzie kosztować mnóstwo pieniędzy, ale z ciekawości nazajutrz wybrałam się do właściciela.
-Masz szczęście, właśnie przed chwilą dostałem maila od Chińskich turystów, że odwołują dzisiejszy przyjazd więc domek będzie wolny.
Niestety cena jest zbyt wysoka, więc żegnam się grzecznie i powolnym krokiem kieruje do wyjścia, gdy nagle właściciel łapie mnie za ramię.
-Ok, dogadajmy się -w sezonie deszczowym, gdy turystów jest jak na lekarstwo, a całe El Nido jest wyludnione, ciężko mu będzie znaleźć chętnych. Po kilku minutach ostrych negocjacji, dochodzimy do porozumienia. A ja chyba po raz pierwszy w podróży, dostaje plik kluczy do swojego własnego domku.

Prawie sto kamiennych stopni prowadzi na wzgórze. Ukryta pomiędzy drzewami drewniana chatka znajduje się prawie na szczycie. Otwieram skrzypiące się drzwi i wchodzę do przestronnego salonu. Oprócz wielkiej kanapy i stolika nie ma tutaj innych mebli. Cała zewnętrzna ściana to w zasadzie przeszklone drzwi, które prowadzą na taras, skąd roztacza się oszałamiający widok na zatokę. Balkon dosłownie tonie w zieleni co daje poczucie kompletnego odseparowania i intymności. Z salonu po kilku schodach w górę można dostać się do niewielkiej sypialni z pięknym rzeźbionym łóżkiem i łazienką, a zaledwie kilka stopni w dół znajduje się przeszklona kuchnia z której wychodzi się na balkon, położony poziom niżej od tarasu.

Gdy wybierałam się na Filipiny w środku sezonu deszczowego, moi znajomi pukali się w głowę. Ale ja wiedziałam lepiej, pewnie popada kilkanaście minut w ciągu dnia, góra godzinę a potem już tylko piękne słońce, plaża i relaks. Gdy wylądowałam w Puerto Princesa, głównym mieście na Palawanie, pracownicy linii lotniczej po kolei podchodzili z parasolami do drzwi samolotu, odprowadzając pasażerów przez pas startowy do lotniska. Lało tak jakby ktoś odkręcił kurek z wodą. Na początku ja i znajomy francuz, który dołączył do mnie następnego dnia, planowaliśmy podróżować po całym Palawanie, ale przez zalane drogi nasz pomysł szybko stał się niemożliwy. Puerto Princesa nie jest zbyt atrakcyjne dlatego prywatnym busem postanowiliśmy przejechać wyspę i na całe dwa tygodnie osiąść w El Nido, małym miasteczku, o którym wcześniej słyszałam od znajomych same pozytywne opinie.

Podróż była udręką. Mały busik co chwile podskakiwał na błotnistych kałużach. Drogi były tak rozpulchnione wodą, że kilka razy byliśmy blisko wysiadki i przymusowego pchania samochodu. Na szczęście po prawie 9 godzinach dotarliśmy na miejsce a tam…jakże inaczej, pada deszcz. Wskoczyliśmy w tricycle czyli trójkołową motorową rikszę i udaliśmy się pod adres pierwszego lepszego hostelu z przewodnika. Z miejscem do spania nie było problemu, najwyraźniej inni podróżnicy mieli na tyle rozumu w głowie, żeby nie podróżować po Filipinach w środku największej ulewy w roku. Na szczęście następnego dnia spotkałam wspomnianego już Nowozelandczyka, który odmienił mój kiepsko zapowiadający się los w El Nido. A że szczęście przychodzi parami, wraz z domkiem na wzgórzu, wyszło słońce.

Od tej pory każdy dzień zaczynał się podobnie. Poranek w słonecznej sypialni a potem śniadanie z widokiem na tasie. Krótka rozmowa z właścicielem i spacer po miasteczku. Szybko odkryłam zalety podróży w sezonie deszczowym. Mało turystów znaczy więcej miejsca dla mnie. Już po kilku dniach znałam kelnerów z sąsiednich restauracji, właścicieli barów, okoliczne dzieciaki biegające na bosaka po plaży.

       

El Nido to malutkie miasteczko ukryte w naturalnej zatoce. Główna ulica opanowana jest przez turystyczne atrakcje, salony masażów, manicure, tatuaży, restauracje serwujące świeże owoce morza, i soki wyciskane z owoców. Im bardziej na zachód tym bardziej lokalnie. Chociaż i tak porównując Palawan do innych Filipińskich wysp, turystów jest tutaj w dalszym ciągu bardzo mało. Wielkie hotele nie wybudowały jeszcze plastikowych kurortów ani tłocznych parków rozrywki. Dalej jest więc spokojnie, lokalnie i rajsko.

Pomimo przebijającego się nieśmiało słońca, wciąż trwa sezon deszczowy a przez niebo od czasu do czasu przetaczają się tajfuny. Dożo czasu spędzam więc w moim domku, gotując naleśniki, czytając lub po prostu nadrabiając pisarskie zaległości. W całym mieście od rana do wieczoru nie ma prądu, co wprawdzie pomaga w koncentracji ale za to dostanie czegoś zimnego lub z lodem (o samych lodach nie wspominając) w środku dnia graniczy z cudem. Nie ma też tutaj bankomatów ani banków, co skutecznie pomaga w oszczędzaniu gotówki na resztę podróży 😉

Całe El Nido to w zasadzie zaledwie kilka ulic, ale w okolicach można znaleźć wiele atrakcji. Pobliskie piękne plaże i ukryte w lesie wodospady znajdują się w niewielkiej odległości i można tam z łatwością dojechać trójkołowymi rikszami. Jednak zdecydowanym numerem jeden tego miejsca jest niezwykły archipelag Bacuit. Setki małych (często bezludnych) wysepek rozrzuconych na turkusowej wodzie. Każda agencja w mieście oferuje cztery różne formy zwiedzania archipelagu (tour A, B, C i D). Można zdecydować się na całodniową wycieczkę po plażach, jaskiniach i lagunach, wybrać ofertę połączoną z nurkowaniem głębinowym, pływaniem z rurką lub kajakiem. W cenę wliczony jest lunch na plaży.

My decydujemy się popłynąć z zaprzyjaźnioną rodziną, która na El Nido prowadzi swój niewielki biznes. Przez kiepski sezon, dostajemy naprawdę okazyjną cenę a także nie musimy trzymać się sztywno wyznaczonych miejsc sugerowanych przez biura turystyczne, sami możemy zdecydować które wyspy chcemy odwiedzić. Wypływamy łódką po śniadaniu. Kapitan to syn właściciela agencji, ma piętnaście lat, ale świetnie sobie radzi. Pierwszy przystanek to Helicopter Island, wyspa która zawdzięcza swoją dziwną nazwę, kształtowi zbliżonemu do helikoptera. Następnie płyniemy na Secret Lagoon. Wyskakujemy do wody i przechodzimy po mieliźnie do otworu w ścianie. Zgodnie z instrukcją mojego piętnastoletniego kapitana czekam aż fala uderzy w kamienne okno i oczyści drogę przez małą jaskinie. Wchodzę do środka, opierając się o ostre skały. Korytarz jest wąski i bardzo krótki i już po chwili jestem po drugiej stronie w sekretnej lagunie. Otoczone wysokimi skałami tajemnicze jezioro, wypełnia transparentna, zielonkawa woda. Jest jasno chociaż prawie w ogóle nie dociera tu słońce. Przepiękne miejsce, z chęciom zostałabym tutaj na dłużej ale z oddali słyszę rozmowę, a to znaczy, że ktoś zaraz wejdzie przez kamienną jaskinię. Przepuszczamy przybyszów a sami wracamy na łódkę. Opływamy wyspę dookoła by po przeciwnej stronie zatrzymać się na Małej Lagunie. Z przyjemnością schodzę z powrotem do wody i pływam wokół strzelistych skał. Nadchodzi pora obiadu. Na Cadlao Lagoon mój młody kapitan przygotowuje grillowanego kurczaka, gotuje ryż i kroi ananasa. Ja w tym czasie spaceruję po malutkiej plaży otoczonej laguną. To miejsce podoba mi się najbardziej, jest opuszczone i ciężko dostępne. Prawdziwa bezludna wyspa, jak z książki o rozbitkach. Posiłek jem siedząc wygodnie na żółtym piasku, wpatrując się w spokojnie falującą wodę.

Mam ochotę jeszcze popływać ale zbliża się tajfun. Niebo w sekundę robi się granatowe niczym atrament rozlany na chmurach. Wskakujemy na łódź ale od razu wiemy, że nie uciekniemy przed deszczem. Chowam swoje rzeczy w plastikowe torby i wkładam do schowku pod pokład. Otwieram parasolkę, jakby miała coś pomóc i obserwuje zbliżającą się w naszym kierunku zasłonę deszczu. Przez chwilę walczymy z wiatrem i potężną ulewą. Daje słowo, jeszcze nigdy nie byłam tak mokra. Czułam jakby deszcz przenikał przez moją skórę i uderzał w kości. Całe moje ciało było po prostu przesiąknięte wodą.

Gdy tylko dotarliśmy do brzegi wyskoczyłam z łódki jak z procy.
-Zapłacicie jutro, a teraz biegnijcie się przebrać- krzyknął do mnie właściciel agencji a sam razem z synem próbowali zacumować łódź.
Jak powiedział tak tez zrobiłam. Gdy tylko wbiegłam do mojego domku wyskoczyłam z mokrych ciuchów. Po prysznicu zakopałam się w koc i do wieczora słuchałam deszczu uderzającego w dach.

Następnego dnia gdy szliśmy zapłacić za wycieczkę, miałam już gotowy plan w głowie, chce wrócić na Lagunę Cadlao i chcę zostać tam na noc.
-Nie ma problemu- usłyszałam.
Wypływamy nazajutrz, znowu odwiedzamy różne plaże i jaskinie by na koniec wylądować na lagunie. Mój piętnastoletni kapitan i jego równie młody kolega, rozbijają na piasku namiot. Plaża ma może z pięć metrów, otoczona jest wysokimi na kilkanaście metrów skałami po których skaczą małpki.

Namiot rozbity, kolacja zjedzona. Na wszelki wypadek, jakby coś się stało, łódź z kapitanem zacumowana będzie po drugiej stronie wyspy, wystarczy, że nadamy sygnał latarką. Chłopaki odpływają zostawiając nas samych na wyspie. Przed zachodem słońca idę popływać w zielonkawej wodzie a potem siedzimy na niewielkiej plaży. Jest absolutnie cicho i absolutnie pięknie…

W środku nocy budzi nas silny deszcz. Rozsuwam drzwi a tam woda praktycznie podlewa namiot. Szybko postanawiamy przenieść się do chatki na balach, która znajduje się na krańcu plaży. Takie opuszczone domki występują niemal na każdej wyspie i służą przeważnie do obserwacji terenu. Chatka jest mocno dziurawa dlatego prędko przenosimy do środka namiot. I tak znowu ląduję w domku, może tym razem bez pęku kluczy ale za to z własną laguną.

Kapitan jest bardzo zaskoczony widząc rano namiot ustawiony na drewnianych balach. Śmieje się słuchając o naszych nocnych przygodach, gdy w kompletnych ciemnościach z latarką w zębach przenosiliśmy nasze legowisko, a ja dodatkowo piszczałam bo zobaczyłam jaszczurkę, którą pomyliłam z wężem. Gdy jemy śniadanie, on próbuje uruchomić łódź, która ani drgnie. Prawdopodobnie nocny deszcz zalał silnik. Jeden telefon i za godzinę na wsypie zjawiła się prawie cała familia do pomocy.
-Jakby co, ja mogę zostać tutaj na kolejną noc- deklaruje z uśmiechem na ustach, i w tym czasie słyszę ryk maszyny. Wracamy szybko, by znowu zdążyć przed ulewą.

Noc na bezludnej wyspie była moim przedostatnim dniem w El Nido. Ciężko było się pożegnać z tym pięknym miasteczkiem, jego spokojem i autentycznym urokiem. Z ludźmi których zdążyłam polubić a przede wszystkim z moją chatką na wzgórzu. Czy uda mi się jeszcze kiedyś mieszkać w tak pięknym miejscu?

Gdy idę z plecakiem w kierunku przystanku autobusowego mijam małą restauracje na której wywieszona jest kartka: „Praca! szukamy kelnerów, barmanów”. Przez chwile przed oczami przemyka mi obrazek a w nim nieskomplikowane, bezstresowe życie na Filipinach, spokojna praca, domek na wzgórzu i tyle nocy na bezludnych wyspach ile zechcę. Uśmiecham się do siebie i poprawiam plecak. W życiu zawsze warto mieć jakiś plan B, może akurat to będzie kiedyś mój.

Wietnam, Chau Doc

Jedną z najważniejszych rzeczy, którą uwielbiam w samodzielnym, samotnym podróżowaniu jest możliwość spontanicznej zmiany planów bez potrzeby wyjaśniania i uzgadniania tego ze współtowarzyszami podróży.
Wprawdzie w dalszym ciągu muszę się tłumaczyć, akurat w tym przypadku na dworcu autobusowym, gdzie w ostatniej chwili próbuję odzyskać pieniądze za zarezerwowany wcześniej bilet do Sajgonu, ale oprócz zdenerwowanego pana kierowcy nie muszę już z nikim uzgadniać powodu zmiany mojej decyzji ani odpowiadać na pytania, na które sama do końca nie znam odpowiedzi; dlaczego do diabła zamiast jechać wygodnym autobusem, nagle postanowiłam tłuc się przez kilkanaście godzin na malutkiej łódce płynącej wzdłuż Mekongu do wietnamskiego miasteczka Chau Doc?

Podróż zaczyna się wcześnie rano na przystani. Łódź, którą będę płynąć, okazuje się być naprawdę niewielkich rozmiarów. Jest tak mała, że nikt z pasażerów nie może wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, bo inaczej momentalnie zaczynamy się przechylać, co grozi wcale nie taką przyjemną kąpielą w brudnych wodach Mekongu. Poza tym kapitan przez cały czas wykrzykuje z prędkością karabinu maszynowego jakieś złowrogo brzmiące wietnamskie słowa. Ta nieruchoma ale za to bardzo głośna podróż w palącym słońcu trwa ponad pięć godzin. Na domiar złego wokół nie ma za dużo do oglądania, krajobraz jest bardzo monotonny, przeważają pola uprawne i lasy. Właśnie pośrodku takiego pustkowia, po kilku ciągnących się w nieskończoność godzinach, nasza łódka niespodziewanie zatrzymała się.

Nareszcie dopłynęliśmy do  przejścia granicznego pomiędzy Kambodżą a Wietnamem. Z niemałą trudnością wyskrobałam się na stromy brzeg rzeki, gdzie w niepozornej drewnianej, dziurawej szopie zaspany urzędnik sprawdził nasze wizy i wbił pieczątki do paszportu. Dalsza część podróży będzie toczyć się już na wodach wietnamskich. Na szczęście ten odcinek rzeki jest o wiele ciekawszy.

Pomimo, że woda jest dalej mętna i bardzo zanieczyszczona, co kilka metrów mijamy kąpiące się w niej dzieci, miejscowe kobiety, które robią pranie, rolników szorujących swoje zwierzęta, a nawet grupę nastolatek wzajemnie myjących sobie włosy. Nie ma co się dziwić takiemu ożywionemu ruchowi. Mekong to serce tego regionu, jego wody wyznaczają czas życia mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Wzdłuż brzegu ciągną się  pojedyncze chaty albo całe wioski zbudowane na wysokich palach. Po rzece pływają, domy-statki, motorówki z towarem na handel, prowizoryczne łódki zrobione z kawałka blachy. Co jakiś czas przepływamy pod chwiejącymi się na wietrze mostami tzw. „monkey bridge”. Ta przedziwna, niestabilna konstrukcja zrobiona jest z kilkunastu krzyżujących się gałęzi. Żeby po niej przejść, trzeba układać stopy tak, jakby chodziło się po linie, dodatkowo rękoma podtrzymywać się barierki zrobionej ze związanych patyków. Trzeba mieć niezłe poczucie równowagi, żeby przejść po takim moście, stąd też nazwa, „małpi most”. Te wszystkie atrakcje wokół sprawiają, że podróż już się tak nie ciągnie, wręcz przeciwnie, teraz cała trasa mija mi w mgnieniu oka. Nim się obejrzałam słońce powoli zaczęło zachodzić, a my nareszcie dopłynęliśmy do Chau Doc.

Całe miasto podzielone jest na dwie części. Pierwszą stanowi zabudowa na pagórkowatym wybrzeżu, druga dosłownie dryfuje na wodzie. Są to m.in. kołyszące się na rzece osiedla domów jednorodzinnych, sklepy czy stacje benzynowe. Po całym dniu spędzonym na Mekongu nie marzę jednak o niczym innym jak o stabilnym lądzie, dlatego zaraz po dopłynięciu do portu wyruszam na poszukiwanie hotelu w „suchej” części miasta. Im dalej zapuszczam się w głąb Chau Doc, tym bardziej jestem zaskoczona jego wielkością. Na początku wydawało mi się że jest to kolejna mała mieścina, dopiero teraz widzę rzędy budynków ciągnących się aż po horyzont. Życie lądowej części skupia się na ulicy, jedzenie, handel, oglądanie telewizji – większość mieszkańców całymi dniami przesiaduje przed swoimi domami.

Gwar na drogach mija dopiero z przyjściem nocy. Wtedy nagle robi się cicho, tylko spokojne wody Mekongu niosą ze sobą echo pojedynczych rozmów i pisk bawiących się dzieci, a księżyc niczym w lustrze odbija się w rzece.

Dlaczego zrezygnowałam z wygodnego autobusu do Sajgonu? Bo wiele razy będąc w podróży przekonałam się, że łatwiej, szybciej i bezpieczniej prawie nigdy nie znaczy ciekawiej.

Rosja, Kolej Transsyberyjska

Kilkanaście lat temu: przeglądam nowy numer National Geographic. „Szalona podróż, najdłuższą koleją świata” brzmi napis na okładce. A na zdjęciu kolej, stara, zardzewiała kolej, pędząca przez bezkresną Syberię.

Kilka dni temu: pociąg z Krakowa do Warszawy jest cały zapchany. Nie ma już miejscówek, całą drogę siedzę więc na podłodze. Tuż obok rozłożył się wygodnie pewien Brytyjczyk. Co jakiś czas spogląda przez ramie na czytany przeze mnie przewodnik o trasie Transsyberyjskiej.
-Gdzie jedziesz? -pyta po chwili.
-Do Pekinu -odpowiadam
-Woaha – krzyczy podekscytowany, po czym zwraca się do całego przedziału – Słuchajcie, ona jedzie do Chin!…Pociągiem!

Na dworcu Jarosławskim w Moskwie, tłumy ludzi oczekują na pociągi do najdalej podłożonych zakątków Rosji. Niektórzy spokojnie wpatrują się w wielką tablicę na której wyświetlana są kierunki podróży i numery peronów. Inni gorączkowo na ostatnią chwilę kupują jedzenie i wodę. Z szybkimi zakupami nie ma problemów, dworzec jest doskonale przygotowany, przypomina bardziej plac targowy z olbrzymią ilością barów z ciepłymi przekąskami i sklepów spożywczych.

Na samym początku mojej podróży czeka mnie jednak spore rozczarowanie. Słynna kolej nie przypomina retro ciuchci, która ciągnie wagony w romantyczną podroż po Syberii, a raczej wygląda jak stare, wysłużone polskie PKP. Pod wagonem numer 13, prowadnica czyli „Pani i Władczyni” na trasie Transsyberyjskiej, powoli wyczytuje nazwiska pasażerów. Po usłyszeniu swojego imienia, dostaję szczelnie zapakowany komplet pościeli. W przedziale znajdują się cztery składane łóżka i mały stolik na środku, tak właśnie będzie wyglądał mój dom przez najbliższe cztery dni. Chowam plecak w schowku pod pryczą i ubieram pościel. Na stoliku wykładam jedzenie: chleb, pomidory, zupki ekspresowe, owsiankę błyskawiczną, banany, jogurty…wprawdzie w pociągu jest wagon restauracyjny ale zaleca się zabranie własnego jedzenia, przynajmniej na kilka pierwszych godzin. Gdy pociąg wyjedzie na Syberię, będzie można kupować przekąski u babuszek, sprzedających jedzenie prosto z peronu.

Po kilku minutach do przedziału wpada (dosłownie) młoda Rosjanka Olga, podróżująca z czteroletnią córką Yulą. Gorączkowo rozpakowuje walizkę robiąc przy tym mnóstwo rabanu. Yula skacze po łóżkach, wspina się na parapet, otwiera i zamyka okno. Zaraz dołącza do nas młody chłopak, ten od razu wchodzi na górną pryczę i odwracając się do nas plecami. Wagony w pociągu są koedukacyjne, dlatego wszystkich obowiązują takie same niepisane zasady. Zawsze przed pójściem spać mężczyźni wychodzą z przedziału na kilkanaście minut, dając tym samym czas kobietą, na przebranie się i przygotowanie do nocy. To samo dotyczy poranka.

Po chwili, pociąg nareszcie rusza. Yula i Olga rzucają się do okna, żeby pomachać rodzinie, młody chłopak jak gdyby nigdy nic, przekręca się na drugą stronę, a ja chyba w dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że oto po raz kolejny wyruszam w podroż swoich marzeń.

Na korytarzu wywieszony jest rozkład jazdy. Przystanki zaplanowane są co dwie godziny po 15 minut, po sześciu godzinach, pół godzinne postoje. Prowadnica ostrzega: „Nie czekamy na pasażerów. Jak nie zdarzysz z powrotem wsiąść, trzeba wziąć taksówkę i jechać łapać pociąg w kolejnym miejscu na trasie”.

Już od pierwszych minut podróży do dwóch toalet w wagonie ustawia się potężną kolejka, wszyscy przebierają się w wygodne dresy i klapki, niektóre kobiety zmywają makijaż i kręcą wałki na głowie. Większość od razu zabiera się za posiłek. W powietrzu rozchodzi się wtedy aromat gotowanych jajek, świeżych pomidorów i wędzonych ryb. Prowadnica po kolei rozdaje herbatę, za czaj trzeba płacić ale wrzątek z wagonowego samowaru jest dostępna za darmo, o każdej porze dnia. Trzeba tylko bardzo uważać. Nie bez przyczyny najczęściej występującą dolegliwością na trasie Transsyberyjskiej, jest poparzenie.

Wspólny posiłek zachęca do rozmowy. Olga miksuje rosyjski z angielskim i bardzo szybko dzieli się ze mną historia swojego życia. Ma 25 lat, 5 lat temu wyszła za mąż za ojca Yuli, co nie spotkało się z aprobatą. Szybko musiała wyprowadzić się z rodzinnego domu i razem z mężem zacząć żyć na własny rachunek.
-Nie masz jeszcze dzieci?- pyta z niedowierzaniem -Przecież jesteś już stara- dodaje z rozbrajającą szczerością. -Tutaj w Rosji, każda dziewczyna chce szybko wyjść za mąż i mieć rodzinę i dzieci – opowiada.

Mała Yula doskonale czuje się w pociągowej rzeczywistości. Maluje, bawi się lalkami albo spaceruje po korytarzu. Za każdym razem gdy wagon się zatrzymuję, łapie mnie za rękę i razem wychodzimy na peron. Biorę wtedy Yulę pod pachy i kręcę nią na boki. To doskonale ćwiczenie po dwóch godzinach siedzenia w malutkim przedziale. Choć dobra zabawa bywa czasem niebezpieczna. Raz trzeba było wziąć dziewczynkę na ręce i gnać co sił w nogach za pociągiem a potem jeszcze wysłuchać reprymendy od prowadnicy.

Mija już dobre kilka godzin od wyjazdu z Moskwy. Coraz więcej ludzi kładzie się spać, niektórzy czytają książki, oglądają filmy na komputerze, mało kto rozmawia.
-Widzisz te drzewa, to brzozy -tłumaczy mi Olga
-Wiem, mamy je w Polsce – odpowiadam
-Naprawdę?? Myślałam, że rosną tylko na Syberii- dziwi się.

Bardzo szybko podróż zamienia się w rutynowy ciąg powtarzanych czynności. Pobudka rano, odstanie swojego w kolejne do toalety, potem poranna „kąpiel”. W pociągu nie ma prysznica, do tego kurek z zimną wodą trzeba cały czas trzymać, w przeciwnym razie z kranu nie poleci nawet kropelka. Jedną ręka przytrzymuje zawór, drugą chlapie całe ciało, potem mydło, i spłukanie dokładnie takim samym sposobem. Następnie nadchodzi czas śniadania, i krótka rozmowa z Olgą (młody chłopak wysiadł już pierwszego dnia zostawiając nas same w przedziale). Potem krótkie ćwiczenia rozciągające na zastane mięśnie (przez co bardzo szybko zyskałam w całym wagonie przydomek „baletnica”), spacer po pociągu, krótka drzemka, co kilka godzin wyjście na peron. Czas płynie dość szybko pomimo, że nie robi się praktycznie nic.

                            

Drugiego dnia, tuż nad ranem, prowadnica budzi nas w środku nocy. Poprosiła ją o to Olga, żeby nie przegapić swojego przystanka. Zaspana Yula, wręcza mi pożegnalny prezent, rysunek. Pomagam jej wynieść ciężką torbę z przedziału. Na malutkiej stacji, po środku niczego czeka już rodzina.
-Do widzenia – całuje mnie Olga- Zapiszę się na facebooka- dodaje, wyskakując z pociągu.

Po raptem kilku godzinach, znowu budzą mnie otwierające się drzwi. Starsze małżeństwo niespiesznie rozpakowuje swoje bagaże, zmienia pościel, wykłada na stół jedzenie. Natasza od razu zagaduje. Rozmawiamy po rosyjsku i polsku, ale o dziwo bardzo dobrze się rozumiemy. Natasza to przemiła, bardzo opiekuńcza osoba która razem z mężem wraca do domu, po krótkiej wizycie w domu dzieci.

W końcu pociąg się zatrzymuje. Na dworcu czekają już okoliczne kobiety z wózkami dziecięcymi, które wypełnione są najróżniejszym jedzeniem; świeżymi blinami, pierogami, kapustą i ogórkami kiszonymi. Niektóre spacerują z koszami pełnymi wędzonych ryb (to znak że zbliżamy się do Bajkału), mężczyźni sprzedają ciepłe futrzane czapki i kamizelki. Targowisko kończy się z chwilą gwizdu prowadnicy. Wtedy wszyscy pasażerowie wtaczają się z powrotem do wagonów, by wyruszyć w kolejny odcinek trasy.

-Dziewuszko, dziewuszko kupiłem Ci zmarzlinę -biegnie za mną młody rosyjski chłopak, podróżujący z grupą znajomych. Od kilku dni mam w pociągu „wielbiciela”, co jakiś czas odwiedzającego mnie w przedziale. „Love” – uśmiecha się do mnie Natasza i szturcha łokciem męża.

Ostatni dzień dłuży się najbardziej. Myślami jestem już na peronie w Irkucku. Po porannym „prysznicu” jem śniadanie z Nataszą i jej mężem.
-Patrz – mężczyzna stuka w szybę- Tęcza.
Po posiłku namawiam Nataszę do wspólnych ćwiczeń. Kobieta z dużym zapałem przystaje na moją propozycję, co wywołuje jeszcze większe zmieszanie pozostałych pasażerów. Na początku prowadnica puka się w głowę, ale w końcu sama, nieśmiało się przyłącza.

Gdy przychodzi pora pożegnania, dostaje od moich współlokatorów obrazek Matki Boskiej „na pomyślną resztę podróży”. Mąż Natalii pomaga mi ubrać plecak, po czym przeciskam się przez wąski korytarz. Na peronie w Irkucku pasażerowie witają się z rodzinami i bliskim, a ja z niedowierzaniem i dumą, spoglądam w okna wagonu numer 13.

Na dworzec wrócę, za kilka dni. Przede mną jeszcze druga połowa trasy, kolejne 3 dni w pociągu. Wciąż ciężko jest mi w to uwierzyć, ale właśnie odbyłam (okazuje się, że wcale nie taką) „szaloną podróż, najdłuższą koleją świata” i jadę do Chin….Pociągiem!

Hongkong, Tai O

W cieniu Hongkongu, wielkiej, głośnej metropolii chowa się skromna wioska rybacka Tai O. Idealne miejsce by odetchnąć od zakurzonych ulic i unoszących się w powietrzu spalin. Kolorowe, gigantyczne miasta oferują dużo atrakcji, ale też przytłaczają i nudzą zaskakująco szybko. Wskakuje więc w zwykły podmiejski autobus, który przenosi mnie do prawdziwie, niezwykłego miejsca.


Wysiadam na niewielkim przystanku tuż przy porcie. W oddali kilkanaście kolorowych kutrów rybackich faluje na zielonkawej, mętnej wodzie. Tai O prawie w całości położone jest na drewnianych palach, ulokowanych tuż nad rzeką. Miasteczko nazwane jest Wenecją Hongkongu i rzeczywiście, Włochy są pierwszym skojarzeniem, które przychodzi mi do głowy gdy spaceruję tutejszymi wąskimi uliczkami. Moje myśli dalekie są jednak od miasta kanałów, a bliżej kameralnych wiosek w Toskanii, z ich charakterystyczną niespieszną i romantyczną atmosferą.

Na sam początek udaję się na lokalny, poranny targ. Kilkadziesiąt straganów ustawionych jest wzdłuż głównej ulicy. Przeważnie sprzedawane są tutaj świeżutkie okazy z porannego połowu. Ale można też dostać, najróżniejsze suszone i wędzone ryby, a także wypchane lub napompowane powietrzem egzemplarze służące jako ozdoby. Nie brakuje też tandetnych Chińskich pamiątek, kiepskich podróbek i dużej ilości wszelakiej biżuterii z pereł. Co poniektórzy sprzedawcy od razu oferują przyrządzenie kupionej ryby, inni wskazują drogę do dobrego lokalu „gdzie można zjeść za najniższą cenę w mieście”. Restauracji jest wiele, jest więc w czym wybierać, każda specjalizuje się przeważnie w morskich przysmakach.
Na posiłek przyjdzie jeszcze czas, jak na razie kontynuuje mój spacer w kierunku wodnej części wioski.

Główne koryto rzeki rozchodzi się na kilka mniejszych kanałów, tworząc kręty wodny labirynt. Wzdłuż brzegu ciągnie się gęsta, drewniana zabudowa, ustawiona na wysokich balach. Każdy dom ma balkon/taras z którego schodzi się wprost do zaparkowanej na wodzie łódki. Oprócz motorówek komunikacje w mieście ułatwia kilkanaście mostów przerzuconych nad rzeką. Czasem są to stabilne konstrukcje, innym razem, chwiejące się na wietrze kładki. Tai O nie jest wielkie i można je całe przejść w zasadzie w zaledwie kilkanaście minut, chociaż w praktyce jest to prawie niemożliwe. Co jakiś czas przystaje bowiem wpatrując się w niesamowitą panoramę tego wodnego miasteczka.

Domki wyglądają dosłownie jak zrobione z kart, jakby zaraz miały runąć do wody. Są chaotyczne i zagracone, ale równocześnie jest w nich niezwykły urok. W oddali zaś wyrastają zielone wzgórza, tworząc idealne tło dla tego uroczego bałaganu.

Na drugim krańcu Tai O, tuż przy ujściu rzeki znajduje się świątynia. To miejsce, to prawdziwa oaza spokoju, odgrodzone od wiatru i hałasu dobiegającego z miasteczka. Siadam z przodu na ławce, otulona popołudniowym słońcem, najzwyczajniej w świecie usypiam. Budzi mnie telefon znajomego z Hongkongu, z pytaniem kiedy wrócę. Leniwie wstaję i niespiesznie wracam do wioski. W jednej z wąskich uliczek odnajduję przytulną restaurację z tarasem ulokowanym tuż nad rzeką. Zamawiam zieloną herbatę i smażoną rybę. W międzyczasie właściciel opowiada mi o życiu w Tai O, pokazuje album ze zdjęciami i daje w prezencie kilka pocztówek z panoramą miasta.

Na koniec dnia daję się jeszcze namówić na wycieczkę łodzią po okolicy. Kapitan obiecuje, rejs po rzece oraz wypłynięcie na otwarte morze. Na początku jestem pewna, że dałam się naciągnąć na kolejna tandetną atrakcję turystyczną. Zmieniam zdanie, gdy udaje mi się dostrzec w oddali skaczące różowe delfiny. Potem okazuje się, że mieliśmy niesamowite szczęście, ponieważ dzisiaj nikomu wcześniej nie udało się ich zobaczyć.

Po wycieczce, biegnę co sił w nogach do portu by złapać ostatni autobus do Hongkongu, chociaż tak naprawdę jakaś część mnie, chętnie zostałaby tutaj na dłużej. A przynajmniej do wieczora, żeby zobaczyć odbijające się w rzece gwiazdy, niestety w Hongkongu gdy unoszę głowę, widzę tylko drapacze chmur.

Chiny, Datong

Na początku plan był taki: razem z Jarkiem jedziemy pociągiem do Datong, Jarek mówi trochę po Chińsku, więc łatwo znajdziemy jakiś nocleg i autobus, żeby dostać się do położonych poza miastem atrakcji. W rzeczywistości wygląda to tak: Jarek dostaje nagły telefon i musi szybko wracać do swojego miasta, zostawia mnie na ulicy z biletem. Przez 6 kolejnych godzin jazdy, siedzę ściśnięta w pociągu, a jakiś podstarzały, irytujący Chińczyk robi mi zdjęcia i nagrywa na swoją komórkę film, jak czytam książkę. Na miejscu leje jak z cebra, a ja nie mam bladego pojęcia gdzie będę spała. Co robię?

Na dworcu w Datong wypatruje parę Europejczyków, pytam gdzie będą nocować a potem proponuję wspólną taksówkę. Szwajcarzy mają adres hostelu ale za nic nie możemy go znaleźć. W końcu po kilkunastu minutach błądzenia w strugach deszczu okazuję się, że żeby dostać się do hostelu trzeba najpierw przejść przez sklep…z ubrankami dla dzieci. Jesteśmy na miejscu. Ale niestety nie ma dla mnie pokoju, wszystko zabukowane. Zaraz, zaraz coś się jednak znajduje, jedno wolne łóżko. „Biorę”- krzyczę do recepcjonisty nim zdąży dokończyć zdanie. Przemoczona i wyczerpana wchodzę do pokoju….pełnego małych dzieci. Okazuje się, że dzisiejszą noc spędzę z wycieczką szkolną z Korei. Wiek 8-12 lat, ale wszystkie są przemiłe i jako jedyna z całego hostelu mam współlokatorów, którzy mówią choć trochę po angielsku.

Wieczorem sprawdzam jak dojechać do Wiszącego Klasztoru. Po chwili zagaduje do mnie chłopak z Holandii, Bastien, szybko dołącza się dziewczyna z Irlandii i poznani wcześniej Szwajcarzy. Taką liczbą możemy spokojnie wynająć taksówkę i zobaczyć więcej i taniej….i po co komu plan, skoro wszystko tak dobrze się układa 🙂

Wyruszamy wcześnie rano, choć nie obywa się bez kłopotów. Żaden z bankomatów nie przyjmuje mojej karty. Żeby nie marnować więcej czasu Bastein proponuje mi pożyczkę. Najpierw obieramy kurs na Wiszący Klasztor, oddalony jakieś 80 km od Datong. Pomimo, że w mieście było ciepło i słonecznie, tutaj temperatura zmienia się drastycznie. W skalistym wąwozie w którym znajduję się świątynia panuje przeszywający chłód i mroźny wiatr. Kilku Chińczyków przygotowanych na przybywających, wyletnionych turystów, ma do wypożyczenia wielkie futrzane kurtki i czapki. Razem z całą grupą, zaciskamy jednak zęby i ostro idziemy do przodu, chociaż z każdym krokiem wydaje się, że jest coraz zimniej.

Wiszący Klasztor to niesamowita budowla powstała za czasów dynasto Qing. Znajduje się na wysokości 50-60 metrów, na zboczu Heng Shan, jednej z pięciu świętych gór Chińskich.

                     

                     

W naturalnych jaskiniach wydrążono ponad 40 pawilonów a następnie dobudowano do nich drewniane fasady, całość połączono kładkami i wiszącymi mostami. Najważniejsze pomieszczenie w Świątyni, to zdecydowanie Pawilon Trzech Religii, gdzie tuż obok siebie znajdują się posągi Konfucjusza, Buddy i Laozi, reprezentujące trzy najważniejsze nurty religijne w kraju: konfucjanizm, buddyzm i taoizm. W pozostałych pawilonach można zobaczyć ponad 80 glinianych i kamiennych figur a także wielobarwne malowidła ścienne.

Choć chęci są olbrzymie, pogoda nas pokonuje. Przemarznięci do szpiku kości biegniemy z powrotem do samochodu. „Gdzie teraz?” pyta, złamanym angielskim nasz kierowca. „Do jaskiń Yungang” odpowiadamy jednogłośnie.

Groty Yungang to jedna z największych atrakcji w północno-zachodnich Chinach. W potężnych, bogato zdobionych jaskiniach wykuto ok. 50.000 posągów Buddy, z czego największy mierzy prawie 17 metrów wysokości. Jaskinie powstały pomiędzy rokiem 460-525  za czasów dynastii Wei. Wszystkie figury wykonane są z piaskowca, który poddawany działaniu niekorzystnych warunków atmosferycznych, jest szczególnie narażony na zniszczenie, dlatego od lat przeprowadzane są tutaj zabiegi, w celu ochrony tego niezwykłego miejsca. Na terenie obiektu spokojnie można spędzić cały dzień, odwiedzając po kolei kolejne jaskinie.  Na szczęście tutaj pogoda dopisuje i od samego początku towarzyszy nam przyjemne słońce a otaczający groty park jest doskonałym miejscem na chwilę relaksu przed powrotem do Datong.

                        

Na koniec dnia zostaje nam jeszcze jedno miejsce do odwiedzania, może nie tak historyczne, ale równie ważne dla współczesnego podróżnika….bankomat. Po kolei odwiedzamy kolejne banki, żeby za każdym razem przekonać się, że nasze europejskie karty nie działają. Nareszcie, po kilkunastu próbach udaje nam się w końcu wybrać gotówkę. Teraz mogę już spokojnie wrócić do hostelu i zacząć planować podróż do kolejnego miejsca…chociaż po co planować, skoro wszystko tak dobrze się układa.