Wietnam, Hue, plaża Thuan An

W recepcji hotelu w Wietnamskim mieście Hue, rozmawiam z dwoma chłopakami, Laurent jest z Belgii a Mauricio ze Stanów. Od kilku tygodni podróżują razem po Azji Południowo- Wschodniej. Obaj chcą jutro wynająć skutery i pozwiedzać okolice na dwóch kółkach. Gdy pada pytanie, czy mam ochotę dołączyć, nie zastanawiam się nawet przez chwilę.


Naszym celem jest położona poza miastem, plaża Thuan An. Bez mapy i zbytniego przygotowania (dostajemy jedynie kilka wskazówek od recepcjonistki typu „jedźcie prosto a potem skręćcie w prawo”) wskakujemy na dwa skutery i ruszamy w drogę.

Z Hue wydostajemy się zaskakująco łatwo, potem zgodnie z radą, „skręcamy w prawo” i właśnie wtedy zaczynają się kłopoty. Przez około 40 minut jedziemy przed siebie a plaży ani słychu ani widu. W pewny momencie wjeżdżamy na wiejską dróżką która prowadzi przez mokre pola ryżowe. Znad zielonej trawy, wystają tylko trójkątne kapelusze pracujących Wietnamczyków. Zaraz potem trafiamy do małej wioski i wpadamy (dosłownie) w sam środek odbywającego się na głównej ulicy targu. Kury uciekają z piskiem spod naszych kół a siedzący na krawężniku Wietnamczycy podskakują z ziemi, próbując uchronić swoje miski z ryżem.

Kilkakrotnie zagadujemy też napotkanych tubylców o drogę,  ale każdy macha ręką przed siebie, co przez pierwsze kilkanaście kilometrów interpretujemy jako „jeździe prosto”, a dopiero potem dociera do nas, że chodzi bardziej o „dajcie mi spokój” niż wskazanie kierunku jazdy. Gdy nareszcie wydostajemy się z labiryntu ścieżek, wijących się wśród pól ryżowych, i skręcamy z powrotem na główną drogę, Laurent daje znak abyśmy zatrzymali się na poboczu. Odkąd opuściliśmy hotel minęło dobrych parę godzin, a plaży nie ma, tak jak benzyny w baku jego skutera.

Bezskutecznie próbujemy zatrzymać przejeżdżające samochody i rowerowe riksze. Dookoła nas nie ma żadnych domów, jedynie w oddali dostrzegamy małe gospodarstwo z którego dochodzi złowrogie szczekanie psa. Pomimo sprzeciwu chłopaków, postanawiam tam pójść i poprosić o pomoc. Na szczęście głośne ujadanie wywołało właściciela z domu, więc nie muszę zastanawiać się jak obejść nieprzyjemnie wyglądającego zwierzaka.

Zaczynam tłumaczyć co nam się przytrafiło, mocno gestykulując rękami. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy młody Wietnamczyk odpowiada piękną angielszczyzną. Okazuje się, że jest studentem angielskiego z Hanoi, akurat odwiedza rodziców, którzy prowadzą tutaj gospodarstwo. Gdy wspominam o pustym baku, wraca się do domu i po chwili wychodzi z….butelką Smirnoff, wypełnioną benzyną.

Jesteśmy uratowani! Cieszymy się jak dzieci, gdy wskazówka z zera rusza w górę. Chyba dopiero teraz uświadamiamy sobie jak wielkie mamy szczęście, ponieważ w promieniu kilku kilometrów nie ma żadnego domu, a i spotkanie kogoś kto mówi po angielsku nie jest tutaj łatwe. Oprócz benzyny, dostajemy również dokładne wskazówki jak trafić na plażę i już za dwadzieścia minut parkujemy skutery pod palmą i wybiegamy na piasek.

Thuan An położona jest u wybrzeża Morza Południowochińskiego i ciągnie się na kilkanaście kilometrów. Poza nami jest tylko kilka kobiet i dzieci sprzedających lokalne dania, więc prawie cała plaża należy do nas. Niestety większą część dnia błądziliśmy po wiejskich drogach, dlatego zostajemy w okolicy jedynie przez godzinę i znowu odpalamy skutery.

Tuż przed powrotem poznajemy Amerykanina Miles’a, który przyjechał na chwilę na Thuan An. A, że orientuje się on w terenie o wiele lepiej niż my,  postanawiamy razem wrócić do miasta. Po drodze zahaczamy jeszcze o pobliskie wzgórza, gdzie mieści się jeden z największych cmentarzy w kraju. W czasach wojny Wietnamskiej komuniści dokonali w Hue zbiorowych mordów. Szacuje się, że w tym krwawym okresie zginęło nawet 4000 ludzi. Masowe, zniszczone grobowce zajmują olbrzymią przestrzeń, bardzo często zdarza się, że wybudowane są wprost na małych wysepkach, otoczonych dookoła podmokłymi polami ryżowymi.

Do Hue wracamy już po zmroku. Właściciel skutera od razu zarzeka się, że to nie jego wina, że zabrakło benzyny. Miało wystarczyć na drogę na plażę i z powrotem. Nikt nie kazał nam „błąkać się” po okolicy. A poza tym przecież tłumaczył, jak się tam dostać…

„Jedź prosto i skręć w prawo”, oto sprawdzony przepis na niezapomnianą przygodę w Wietnamie.

Reklamy

Singapur

Jaki będzie Singapur, wiadomo od początku. Już od pierwszego kroku na hali lotniska wiem, że znalazłam się w miejscu nowoczesnym, czystym i zorganizowanym. Tutejszy port lotniczy uważany jest za jeden z najpiękniejszych na świecie, doskonale łączy w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla tego miasta-państwa. Azjatycką tradycję i wielokulturowość, która miksuje się z technologią przyszłości i świadomością ekologii i ochronny przyrody.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie drogo. Dlatego od razu decyduje się na hostel i łóżko w kilkunastoosobowym dormitorium. Cały pierwszy dzień spędzam właśnie w takim pokoju, lecząc się z przeziębienia które dopadło mnie jeszcze na Balii. Jak na ironię, nawet tutaj, z gorączką i potworną migreną mogę zaznać tej słynnej, singapurskiej wielonarodowościowi. Co jakiś czas, w kilkunastu językach słyszę bowiem ostrzeżenia, żebym wreszcie przestała kaszleć albo pociągać zatkanym nosem, bo inni chcą spać. To prawda, że w hostelach i dormach można znaleźć wielu współtowarzyszy podróży, ale gdy ma się akurat nieprzyjemne przeziębienie, można równie szybko znaleźć sobie też kilku wrogów.

Na szczęście już następnego dnia czuję się na tyle dobrze, że mogę wyruszyć na swoje pierwsze zwiedzanie. Hostel znajduje się w samym centrum, dlatego spacerkiem, na jeszcze lekko chwiejących się nogach, pierwsze kroki kieruję do pobliskiego Chinatown. Społeczność chińska jest tutaj olbrzymia, dlatego dzielnica jest jedną z najważniejszych w całym mieście. A ponieważ trafiłam akurat na zbliżające się obchody chińskiego nowego roku, mam okazję oglądać to miejsce w najpiękniejszej oprawie.

Wszystkie ulice przystrojone są kolorowymi ozdobami, czerwonymi lampionami i złotymi dzwonkami, co jakiś czas pojawiają się też parady z tańczącym smokiem w akompaniamencie głośnych bębnów. Z każdego zakamarka dobiega muzyka i odgłosy radosnego biesiadowania. Kierując się zapachami kadzidełek docieram do wielkiej świątyni z pięknym ogrodem na dachu.

Jednak, to co najlepszego ma do zaoferowania ta dzielnica, to bez wątpienia jedzenie. W okolicznych restauracjach można spróbować prawdziwych rarytasów kuchni państwa środka. Na niemal każdej ulicy rozstawione są prowizoryczne budki z przekąskami czy małe bary oferujące przepyszne zupy.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie smacznie. Tak naprawdę całe miasto słynie z wyśmienitej kuchni. Miksują się tu najróżniejsze smaki i aromaty, tworząc prawdziwie egzotyczną mieszankę wybuchową. Najlepiej się o tym przekonuję na przypadającym właśnie, corocznym wielkim festiwalu jedzenia. Na jednaj z ulic nad zatoką, ustawione są kolorowe kramy, dosłownie uginające się od potraw z całej Azji. Zza wielkiej góry Chińskich noodli aż ciężko jest dostrzec kucharzy. Wybór jest ogromny, na widok każdego specjału cieknie ślinka. Żeby nie przedłużać sobie cierpienia, gdy apetyczny zapach skutecznie pobudza żołądek, decyduje się na singapurskie noodle czyli smażony na aromatycznym oleju makaron z owocami morza, warzywami i  najróżniejszymi przyprawami.

Z pełnym brzuchem kończę ten niezwykle smakowity dzień w rozrywkowej części miasta, na Clarke Quay. Kilkanaście stylowych barów i nocnych klubów, ciągnie się wzdłuż zakola rzeki. Razem z poznaną w hostelu francuską Jen, planujemy kolejny dzień. Bo jutro zwiedzam już Singapur bez taryfy ulgowej czyli bez gorączki i kataru! 🙂

Na sam początek obieramy kurs na port, gdzie przybyszów wita statua Merlion’a. Wielki pomnik stwora z głową lwa i ciałem ryby jest symbolem miasta. Za jego plecami wznosi się prawdziwa betonowa dżungla, bo Singapur to po Japonii najbardziej rozwinięte państwo Azji. Wieżowce, drapacze chmur, nowoczesna architektura przypominają mi o tym niemal na każdym kroku. O czystości tego miejsca krążą już legendy. Za wyrzucenie śmieci na ulicy albo chociażby nawet niedopalonego papierosa grożą wysokie kary. Absolutnie nie wolno wnosić jedzenia do metra czy autobusu, a przechodzenie przez ulice w miejscu innym niż pasy, to ryzyko mandatu. Pomimo tych wszystkich zasad i reguł, mało kto decyduje się stąd wyjechać, bo Singapur to naprawdę doskonale miasto do życia. Ludzie dobrze zarabiają, jest czysto i zielono, nie ma korków (to za sprawą przepisu, który w dużej mierze utrudnia posiadanie samochodu, jeżeli nie posiada się miejsca parkingowego).

Tego dnia w spacerze po mieście towarzyszy nam Filipinka, Loranie, mieszkająca na stałe w Singapurze, którą poznałam jeszcze w Ubud na Bali. Loranie, prowadzi nas do Asian Civilisations Museum. Przy wejściu uśmiecha się do mnie szczęście bo okazuje się, że z  okazji obchodów Chińskiego Nowego Roku, wszyscy urodzeniu w roku szczura wchodzą za darmo (szczury górą!). W środku muzeum można spokojnie spędzić kilka godzin, zgromadzono tutaj imponująca liczbę eksponatów, a orientalna oprawa dźwiękowa tylko podkreśla niepowtarzalny klimat tego miejsca. Zwiedzający mają też do dyspozycji specjalne sale multimedialne, wszystko to w pięknie zaprojektowanych, minimalistycznych wnętrzach.

Na obiad zatrzymujemy się w jednej z wielu hinduskich restauracji w dzielnicy Little India. Hindusi to druga po Chińczykach, największa populacja miasta, dlatego naprawdę warto tutaj zajrzeć bo to co nas czeka po przyjeździe to prawdziwe Indie w pigułce. W sklepach kuszą aromatyczne przyprawy, kolorowe stroje, orientalna biżuteria. Plac targowy zapełniony jest egzotycznymi warzywami i owocami. W powietrzu unosi się specyficzny zapach curry bo niemal na każdym rogu można spróbować tradycyjnej kuchni indyjskiej. Pod koniec wizyty w lokalnym salonie piękności starsza Hinduska maluje mi na pamiątkę dłonie henną. Czarne kwiatuszki wiją się od nadgarstka aż po czubki palców – takie zdobienia są niezwykle popularne wśród tutejszych kobiet, szczególnie tych, które wychodzą za mąż.

Ostatnie godziny dnia spędzamy w jednym  z wielu gigantycznych domów handlowych, znajdujących się na obrzeżach miasta. Singapur słynie bowiem nie tylko z jedzenia ale przede wszystkim z zakupowego szaleństwa. Przez galerie handlowe codziennie przewijają się tysiące ludzi, dziś nie jest inaczej, pomimo późnej pory w sklepach są prawdziwe tłumy.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie punktualnie. Myślałam, że wyjadę stąd z samego rana… jednak nawet w tak idealnie zorganizowanym mieście zdarzają się niespodzianki. Z powodu awarii pociągu przyszło mi spędzić na dworcu kolejowym prawie cały dzień. Dopiero późnym popołudniem wyruszyłam w drogę do Kuala Lumpur. Na moje pytanie, jakim cudem w tak dokładnym, przemyślanym mieście jakim jest Singapur  zdarzają się takie opóźnienia, konduktor szybko udzielił konkretnej odpowiedzi: „Pociąg jest malezyjski”.

Malezja, Pulau Penang

Na zapleczu sklepu z kolorowymi szalami i chustami działa kameralna pracownia. Klienci mogą się tutaj przyjrzeć procesowi tkania i barwienia materiałów. Na manekinach prezentowane są najróżniejsze wzory a sprzedawcy cierpliwie objaśniają jak zawiesić szal na biodrach albo stworzyć z niego efektowną plażową sukienkę. Od samego początku mam ochotę na barwny sarong, kolorów i wzorów są setki więc największym problemem będzie, wybór tego jedynego. Nim jednak zrobię zakupy, udaję się do stanowiska, gdzie młoda kobieta prezentuje tradycyjną technikę nakładania barw na tkaniny. Po kilkunastu minutach już wiem, że to nie są zwykłe kolorowe szale, a Batik, prawdziwa Malezyjska specjalność.

Najpiękniejsze i najbardziej oryginalne Batiki można znaleźć m.in na wyspie Pulau Penang, położonej na północno-zachodnim wybrzeżu półwyspu Malajskiego. Codziennie z Kuala Lumpur kursuje tutaj kilkanaście autobusów, od tanich, do super wygodnych i ekskluzywnych. Podróż trwa ok. 5 godzin. Na wyspę można dostać się na dwa sposoby, promem albo nowoczesnym, 13-kilometrowym, mostem Penang Bridge, jednym z najdłuższych w Azji. Jadąc od strony stolicy przeważnie korzysta się z tej drugiej opcji.

Mimo że Pulau Penang ma powierzchnię 1048 km kw., spokojnie może otrzymać miano Azji w pigułce. Jest to jeden z najbardziej zaludnionych i zróżnicowanych etnicznie i kulturowo obszarów w całym kraju. Przeplatają się tu wpływy malajskie, indonezyjskie, chińskie, indyjskie. W okolicy wciąż mieszka dużo emigrantów z Birmy, Tajlandii, Japonii, Europy. Dominujące religie to islam, buddyzm i hinduizm. Na ulicach miksują się różne języki; mandaryński, malajski, tajski, japoński, jednak uniwersalnym dialektem pozostaje i tak Manglish. Jest to potoczna nazwa języka angielskiego używanego przez mieszkańców całej Malezji. Cechą charakterystyczną tej swoistej mieszanki językowej jest m.in. dodawanie wyrażenia „lah” na końcu prawie każdego wypowiadanego po angielsku zdania, a także łączenie niektórych słów.

Wielokulturowość tego miejsca doskonale podkreślają różnorodne świątynie, architektura, czy też najróżniejsze restauracje, bo dla każdego Malezyjczyka, Pulau Penang to kulinarny raj, często nazywany jedzeniową stalicą kraju. Na niemal każdym zakątku czyhają specjały z całej Azji. A gdy znudzą nam się ryżowe dania, zawsze można wyskoczyć do jednego z wielu lokali żydowskich, które są pozostałością po niewielkich żydowskich społecznościach zamieszkujących wyspę jeszcze kilkanaście lat temu.

Największym miastem Pulau Penang, a także stolicą całego stanu Penang, jest Georgetown, położone na północo-wschodnim krańcu wyspy. To druga największa metropolia kraju; doskonale rozwinięta, duża, nowoczesna, niezwykle różnorodna kulturowo. Malezja już dawno przestała się kojarzyć z biednymi wioskami i Azjatyckim chaosem.

Po spędzeniu kilku dni w Georgetown udaje się na krótką wycieczkę po wyspie. Najpierw zaglądam do pobliskiego miasta Air Itam, gdzie znajduje się jedna z największych świątyń buddyjskich w Azji południowo-wschodniej, Kek Lok Si Temple.
Potem małą kolejką górską dostaje się na szczyt Penang Hill (Wzgórze Penang), skąd rozchodzi się piękny widok na całą okolicę. Na koniec dnia odwiedzam Snake Temple (Świątynia węży). To chyba jedyne takie miejsce na świecie, buddyjska świątynia wypełniona aromatem palących się kadzidełek, zamieszkiwana jest przez jadowite żmije. Węże wiją się po podłodze, zwisają z ołtarzy. Podobno święty dym działa na nie uspokajająco, dlatego gady nie atakują ludzi, mimo to absolutnie nie wolno ich dotykać czy drażnić. Legenda głosi że świątynia została zbudowana przez chińskiego buddyjskiego mnicha który dawał schronienie wężom z dżungli, a po jego śmierci gady nadal tu przychodziły i już w niej zostawały.

 Na Na Penang znajduje się też kilkanaście ładnych plaż i przyjemnych kurortów. Tym razem rezygnuje jednak z piasku i słońca bo za kilka godzin wyruszam promem na kolejną, rajską wyspę, Langkawi (czytaj: TUTAJ). Tuż przed wyjazdem, zaglądam jeszcze do lokalnego sklepu z tkaninami, w poszukiwaniu plażowej chusty…

Kobieta krok po kroku objaśnia etapy powstawania tkanin. Za pomocą wosku na materiale malowane są różne wzory. Przeważnie przedstawiają kwiaty, liście albo figury geometryczne. Motywy zwierzęce pojawiają się rzadko ponieważ islam zabrania ukazywania zwierząt w formie dekoracji, wyjątek stanowi motyl, który występuje na tkaninach dość często. Po dokończeniu woskowania cały materiał zanurzany jest w zimnej kąpieli barwiącej, miejsca pokryte woskiem pozostają niezabarwione. Po wysuszeniu nakładana jest kolejna warstwa wosku i ponownie płuka się tkaninę w barwniku. Takie czynności powtarzane są kilkakrotnie, za każdym razem dodając inny kolor. Na koniec, materiał prasowany jest przez specjalny biały papier, dzięki czemu można pozbyć się wosku.
Z tkanin barwionych metodą Batiku powstają nie tylko oryginalne szale ale również ciuchy, suknie czy koszule. Wybieram niebieską chustę, tam gdzie był wosk są teraz gęste, białe kwiaty.

Ta piękna, ręcznie barwiona chusta towarzyszy mi do dzisiaj. Używałam jej nie tylko na plażach Langkawi, ale też we wszystkich moich późniejszych wyjazdach. W Azji zakrywałam nią ramiona i gołe nogi przed wejściem do świątyń. W Ameryce Południowej służyła mi jako ochrona przed silną klimatyzacją w nocnych autobusach. Na Karaibach spisywała się doskonale jako plażowy ręcznik czy luźne pareo zarzucone na kostium.

Za każdym razem gdy na nią patrzę przypominają mi się tamte dni w Malezji i moja pierwsza wyprawa z plecakiem, gdy jeszcze trochę niepewna i przestraszona jeździłam po Azji południowo-wschodniej. Wtedy nie miałam pojęcia, że ten niepozorny Batik przetrwa taką ilość czasu i te wszystkie, szalone podróże… to są właśnie najpiękniejsze pamiątki z wyjazdów, te które jadą ze mną dalej zwiedzać świat.

Wietnam, Chau Doc

Jedną z najważniejszych rzeczy, którą uwielbiam w samodzielnym, samotnym podróżowaniu jest możliwość spontanicznej zmiany planów bez potrzeby wyjaśniania i uzgadniania tego ze współtowarzyszami podróży.
Wprawdzie w dalszym ciągu muszę się tłumaczyć, akurat w tym przypadku na dworcu autobusowym, gdzie w ostatniej chwili próbuję odzyskać pieniądze za zarezerwowany wcześniej bilet do Sajgonu, ale oprócz zdenerwowanego pana kierowcy nie muszę już z nikim uzgadniać powodu zmiany mojej decyzji ani odpowiadać na pytania, na które sama do końca nie znam odpowiedzi; dlaczego do diabła zamiast jechać wygodnym autobusem, nagle postanowiłam tłuc się przez kilkanaście godzin na malutkiej łódce płynącej wzdłuż Mekongu do wietnamskiego miasteczka Chau Doc?

Podróż zaczyna się wcześnie rano na przystani. Łódź, którą będę płynąć, okazuje się być naprawdę niewielkich rozmiarów. Jest tak mała, że nikt z pasażerów nie może wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, bo inaczej momentalnie zaczynamy się przechylać, co grozi wcale nie taką przyjemną kąpielą w brudnych wodach Mekongu. Poza tym kapitan przez cały czas wykrzykuje z prędkością karabinu maszynowego jakieś złowrogo brzmiące wietnamskie słowa. Ta nieruchoma ale za to bardzo głośna podróż w palącym słońcu trwa ponad pięć godzin. Na domiar złego wokół nie ma za dużo do oglądania, krajobraz jest bardzo monotonny, przeważają pola uprawne i lasy. Właśnie pośrodku takiego pustkowia, po kilku ciągnących się w nieskończoność godzinach, nasza łódka niespodziewanie zatrzymała się.

Nareszcie dopłynęliśmy do  przejścia granicznego pomiędzy Kambodżą a Wietnamem. Z niemałą trudnością wyskrobałam się na stromy brzeg rzeki, gdzie w niepozornej drewnianej, dziurawej szopie zaspany urzędnik sprawdził nasze wizy i wbił pieczątki do paszportu. Dalsza część podróży będzie toczyć się już na wodach wietnamskich. Na szczęście ten odcinek rzeki jest o wiele ciekawszy.

Pomimo, że woda jest dalej mętna i bardzo zanieczyszczona, co kilka metrów mijamy kąpiące się w niej dzieci, miejscowe kobiety, które robią pranie, rolników szorujących swoje zwierzęta, a nawet grupę nastolatek wzajemnie myjących sobie włosy. Nie ma co się dziwić takiemu ożywionemu ruchowi. Mekong to serce tego regionu, jego wody wyznaczają czas życia mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Wzdłuż brzegu ciągną się  pojedyncze chaty albo całe wioski zbudowane na wysokich palach. Po rzece pływają, domy-statki, motorówki z towarem na handel, prowizoryczne łódki zrobione z kawałka blachy. Co jakiś czas przepływamy pod chwiejącymi się na wietrze mostami tzw. „monkey bridge”. Ta przedziwna, niestabilna konstrukcja zrobiona jest z kilkunastu krzyżujących się gałęzi. Żeby po niej przejść, trzeba układać stopy tak, jakby chodziło się po linie, dodatkowo rękoma podtrzymywać się barierki zrobionej ze związanych patyków. Trzeba mieć niezłe poczucie równowagi, żeby przejść po takim moście, stąd też nazwa, „małpi most”. Te wszystkie atrakcje wokół sprawiają, że podróż już się tak nie ciągnie, wręcz przeciwnie, teraz cała trasa mija mi w mgnieniu oka. Nim się obejrzałam słońce powoli zaczęło zachodzić, a my nareszcie dopłynęliśmy do Chau Doc.

Całe miasto podzielone jest na dwie części. Pierwszą stanowi zabudowa na pagórkowatym wybrzeżu, druga dosłownie dryfuje na wodzie. Są to m.in. kołyszące się na rzece osiedla domów jednorodzinnych, sklepy czy stacje benzynowe. Po całym dniu spędzonym na Mekongu nie marzę jednak o niczym innym jak o stabilnym lądzie, dlatego zaraz po dopłynięciu do portu wyruszam na poszukiwanie hotelu w „suchej” części miasta. Im dalej zapuszczam się w głąb Chau Doc, tym bardziej jestem zaskoczona jego wielkością. Na początku wydawało mi się że jest to kolejna mała mieścina, dopiero teraz widzę rzędy budynków ciągnących się aż po horyzont. Życie lądowej części skupia się na ulicy, jedzenie, handel, oglądanie telewizji – większość mieszkańców całymi dniami przesiaduje przed swoimi domami.

Gwar na drogach mija dopiero z przyjściem nocy. Wtedy nagle robi się cicho, tylko spokojne wody Mekongu niosą ze sobą echo pojedynczych rozmów i pisk bawiących się dzieci, a księżyc niczym w lustrze odbija się w rzece.

Dlaczego zrezygnowałam z wygodnego autobusu do Sajgonu? Bo wiele razy będąc w podróży przekonałam się, że łatwiej, szybciej i bezpieczniej prawie nigdy nie znaczy ciekawiej.

The kidness of strangers, czyli życzliwość w podróży: Malezja, Kuala Lumpur

„Że gdzie jedziesz…? Przecież Cię tam okradną, porwą albo jeszcze gorzej!”… taka jest przeważnie pierwsza reakcja  rodziny i znajomych na moje kolejne wyjazdy w świat. A ja mimo to  jadę, i spotykam najmilszych  ludzi pod słońcem…

Na początku ten dzień nie zapowiadał się zbyt dobrze. Pociąg z Singapuru do stolicy Malezji, Kuala Lumpur miał kilkugodzinne opóźnienie, przez co przyjechałam do miasta grubo po północy. Nie miałam zabukowanego żadnego noclegu, ani bladego pojęcia  gdzie będę spała, więc w najlepszym razie, planowałam przeczekać na dworcu do rana. Wychodząc z pociągu poprosiłam o pomoc z plecakiem przypadkowego młodego Malezyjczyka, Jonah, przy okazji pytając go jak szybko dostać się do miasta. Ten na początku mocno skrytykował moją bezmyślność, brak rezerwacji i gotówki, po czym, po kilkunastu minutach odnalazł mnie błąkającą się bez pomysłu po dworcu i zaproponował podwózkę do centrum. Przed budynkiem czekał już samochód, a w nim kobieta z olbrzymimi wałkami na głowie. Swoim pojawieniem wprowadziłam ją w niemałe zakłopotanie, nie spodziewała się bowiem, że jej brat przyprowadzi ze sobą kogoś obcego. I tak cała nasza czwórka, Jonah, jego siostra Teng i jej mąż Andrew wyruszyliśmy do Kuala Lumpur, na poszukiwania wolnego miejsca do spania.

Szybko zorientowaliśmy się, że nie będzie to łatwe zadanie. W środku obchodów Chińskiego Nowego Roku, miasto dosłownie pękało w szwach. Po kolei odwiedzaliśmy noclegi z mojego przewodnika, ale za każdym razem odpowiedź była taka sama -„zapraszamy za kilka dni”. W końcu Teng wpadła na pomysł zakwaterowania mnie w apartamencie hotelowym swojego znajomego, który przebywa w mieście na kontrakcie. Szybki telefon do Stevena i miałam już nocleg na dzisiejszą noc.

Byłam całkowicie oszołomiona serdecznością i gościnnością Teng, ale i tak największe zaskoczenie nastąpiło jak dojechaliśmy na miejsce. Okazało się bowiem, że moim dzisiejszym noclegiem, jest ekskluzywny hotel… naprzeciwko słynnych wież Petronas Towers. Steven to  zabawny, pozytywnie zakręcony młody człowiek, który mimo ekstremalnej pory, czwartej nad ranem, przyjął mnie z otwartymi rękoma. Firma w której pracuje opłaca mu wielki apartament na czas kontraktu w Kuala Lumpur, dostałam więc swój własny pokój z przepięknym widokiem na podświetlone wieże. Na koniec tego zwariowanego i nieprawdopodobnego dnia, Steven wyciągnął mnie jeszcze na krótki spacer pod Petronas Tower. Do łóżka położyłam się tuż przed szóstą nad ranem, chociaż tak naprawdę, wydawało mi się, że śnie już od dawna.

Następnego dnia rano, tuż przed wyjściem Stevena do pracy, dostałam od niego komórkę, żeby łatwiej mi było się z nim skontaktować i umówić na popołudniowy lunch. Wieczorem zaś znowu spotkaliśmy się z Teng, Andrew i Jonah na wspólną kolację. Pojechaliśmy do ulubionej restauracji Teng, małego lokalu znajdującego się na tyłach jakiegoś magazynu. Jedzenie podawane było na blaszanych talerzach a napoje serwowane wprost z wielkich słoików. Po kolacji wybraliśmy się na kawę do dzielnicy chińskiej. Andrew, wielki wielbiciel cappuccino, zaprosił nas do swojej ulubionej kawiarni, która mieści się w starym chińskim sklepie z ziołami. Na koniec wstąpiliśmy jeszcze do biura Stevena, skąd mogłam za darmo zadzwonić do rodziców w Polsce.

Następnego dnia znowu spotkaliśmy się wszyscy w komplecie. Tym razem dołączyła do nas jeszcze Juan, koleżanka Teng, która poleciła nam kolejną restaurację. Każdy z nas dostał kwadratowe liście bananowca, na które kelner wysypał pikantne noodle z kurczakiem i warzywami. Na deser serwowany był prawdziwy specjał tutejszej kuchni, kruchy placek uformowany na kształt piramidy, polewany słodkim skondensowanym mleczkiem. Po posiłku puste liście bananowca wylądowały w koszu, a my poszliśmy na drinka do pobliskiego baru. To była niestety moja ostatnia noc w mieście. Jeden drink zamienił się kilkanaście toastów i znowu wróciliśmy do hotelu późną nocą.

OLYMPUS DIGITAL CAMER

                

Mój ostatni dzień w stolicy Malezji, spędzam z Teng. Najpierw pojechałyśmy do starej herbaciarni, gdzie spróbowałam wyśmienitej chińskiej herbaty, której ziarna rozwijają się w dzbanku niczym kwiaty. Do tego Teng zamówiła swój ulubiony przysmak, jajka gotowane w herbacie.

-U nas jajka je się z majonezem- wytłumaczyłam znajomej.

-Z majonezem?? To musi smakować… dziwnie – skrzywiła się Teng.

Na koniec mojego pobytu, Teng sprawiła mi prawdziwą niespodziankę. Ponieważ w czasie tych kilku dni nie dałam rady wyjechać na Petronas Towers (wejściówki na wieże rozdawane są tylko rano, a mi nigdy nie udało się wstać wystarczająco wcześnie), wybrałyśmy się na taras widokowy innej wieży, Menara Kuala Lumpur. Wprawdzie nie jest ona, aż tak sławna ani tak wysoka, ale posiada jeden niezaprzeczalny atut, którym prześciga sławne bliźniacze wieże – przepiękną panoramę z górującym nad miastem jego symbolem. Bo tak naprawdę Petronas Towers, są jedynym miejscem z którego nie widać… Petronas Towers.

Te trzy dni w Kuala Lumpur minęły zdecydowanie za szybko, na szczęście przyjaźnie i wypomnienia z tego fantastycznego czasu, zostały na całe życie. Świat jest naprawdę pełen dobrych, pomocnych ludzi, a każda kolejna podróż, tylko upewnia mnie w tym stwierdzeniu.

Wietnam, Halong Bay

Scena jak z horroru albo z filmu o piratach. Samotny statek przebija się przez gęstą mgłę. Wokół nie widać nic, zupełnie jakby parowało mleko. Jest zimno, wilgotnie, nieprzyjemnie. Wiatr silnie potrząsa czerwoną flagą na maszcie.

Razem z kilkoma innymi osobami stoję na dachu i powoli tracę już nadzieję, że uda mi się cokolwiek dziś zobaczyć. I wtedy jak na zawołanie, mgła zaczyna opadać, a dookoła nas wyrasta tysiące skał, tworząc niesamowity wodny labirynt.

 Z Hanoi do zatoki Halong Bay jedzie się kilka godzin. Po drodze temperatura zmienia się błyskawicznie. Z gorącej stolicy przenoszę się na wietrzne i zimne wybrzeże morza południowochińskiego. Przez kolejne dwa dni będę na statku dryfującym pomiędzy 1900 skalnymi wysepkami.

Statki to trochę pływające skanseny; stare, drewniane, bogato rzeźbione w środku. Każdy z nas dostaje dwuosobową kajutę z prywatną łazienką. Ja będę dzielić swoją ze starszą Amerykanką, która pomimo siedemdziesiątki na karku, wciąż podróżuje z plecakiem dookoła świata.

Kajuty znajdują się pod pokładem, na górze jest część wspólna z telewizorem i jadalnią. Na dachu ulokowany jest mały taras z leżakami, ale ponieważ słońca jest jak na lekarstwo, miejsce to służy przede wszystkim jako pole obserwacyjne.

Przez pół pierwszego dnia nadrabiamy widoki, które straciliśmy brodząc cały ranek we mgle. Po południu mamy okazję lepiej przyjrzeć się okolicy, pływając kajakiem. Zarówno dla mnie jak i dla Malezyjczyka Javiera, jest to kajakowy debiut. Na początku nie idzie nam zbyt dobrze łącznie z wpadką, kiedy przypadkowo wylądowaliśmy na trasie statku, który głośnym klaksonem próbował nas ostrzec przed kolizją. Ale z każdym machnięciem wiosła idzie nam coraz lepiej. Zwłaszcza, że pływamy we wręcz luksusowych warunkach: na głodnych i spragnionych kajakarzy czekają pływające sklepy. Młodzi Wietnamczycy co jakiś czas podpływają, oferując coś do picia, słodycze, przekąski.

Zwiedzanie okolicy kajakiem to doskonały pomysł, można opływać skały, podpływać do nich na wyciągniecie ręki, ale też jest to świetna zabawa. Pod koniec dnia, razem z innymi uczestnikami rejsu urządzamy wyścigi. Niestety wieczorem na okolicę znowu spada mgła, rozczarowując tych którzy czekali na malowniczy zachód słońca nad rozrzuconymi na morzu skałami.

Drugiego dnia rejsu, płyniemy na jedną z większych wysp, żeby przyjrzeć się z bliska kilkunastometrowej jaskini, którą przez lata wydrążyły woda i wiatr. Grota jest potężna, zachwyca kształtem i kolorami, ciągnie się na parę kilometrów i jest wysoka na kilkanaście metrów. Po południu wspinamy się jeszcze na najwyższy punkt wyspy. Skalne schody są już mocno schodzone, dlatego trzeba wyjątkowo uważać, żeby nie ześliznąć się po nich w dół. Jednak widok z góry, na tysiące skał rozrzuconych na morzu jest po prostu niesamowity.

Niestety ostatniego dnia, tak jak pierwszego, mgła postanowiła ukryć przed nami zatokę. Nasz statek po omacku wraca na ląd. Szkoda, że znowu zza gęstego mleka nic nie widać,  chociaż chyba dzięki temu Halong Bay, jest jeszcze bardziej klimatyczne i o wiele bardziej tajemnicze.

Tajlandia, Luangta Bua Yansampanno (Świątynia tygrysów)

-No nie, tak panią nie wpuszczę. W co się pani ubrała? W czerwoną koszulkę? Do tygrysów? – mężczyzna odsyła mnie na bok. Szybko wyciągam więc z plecaka chustę, owijam nią czerwony top i zadowolona ze swojego genialnego pomysłu wracam z powrotem pod główną bramę.

-Jeszcze lepiej – pokpiwa mężczyzna- przecież taki zwisający szal to nic innego jak zabawka dla tygrysa –  ruchem ręki pokazuje mi żebym usunęła się na bok i nie blokowała już kolejki.

„Tyle godzin w autobusie i nie wejdę do środka przez głupi czerwony top”- wyrzucam sobie w myślach. W tym momencie podchodzi do mnie para amerykanów, która usłyszała moją rozmowę ze strażnikiem. Młoda kobieta wyciąga z torby duży, męski t-shirt.

-Jeżeli chcesz, mój chłopak może ci pożyczyć koszulkę, bo ma akurat dwie na zmianę.

Z olbrzymią radością przystaję na propozycję nieznajomych. Choć sama nie mogę uwierzyć, że znowu mi się udało, bo po raz kolejny spadłam na cztery łapy, jak kot albo raczej jak tygrys.

Świątynia Buddyjska Luangta Bua Yansampanno zwana też Świątynią tygrysów,  położona jest w prowincji Kanchanaburi, 322 km od Bangkoku. To jedno z tych miejsc, gdzie zaciera się granica pomiędzy dziką naturą a światem ludzi.

W 1995 roku okoliczni mieszkańcy podarowali tutejszym mnichom dwa małe tygrysiątka, których matka została zabita przez kłusowników. Zwierzaki otrzymały imiona Burza i Piorun i zamieszkały w klasztorze. Mnisi bez żadnego przygotowania, jak obchodzić się z dzikimi zwierzętami, wychowali tygrysy. Z biegiem lat, stworzyli tu również schronienie dla wielu innych zwierząt.

Obecnie świątynie zamieszkuje około  14 tygrysów i nigdy nie zanotowano tutaj żadnego ataku ani wypadku. Tygrysy traktowane są przez mnichów zgodnie z zasadami religii buddyjskiej, w wierze reinkarnacji. Zwierzęta  są wpół oswojone, karmione  gotowanym mięsem (aby nie czuły smaku krwi), traktowane z miłością i przyjaźnią. Mnisi wierzą, że dzięki temu zwierzęta odpłacają im się tym samym. Rzeczywiście, tygrysy w pełni akceptują swoich wyjątkowych opiekunów. Mnisi często się z nimi bawią, poją ich wodą wprost z butelki, lub spacerują razem po terenie parku.

Przeważnie tygrysy spędzają całe dnie w kamiennym wąwozie, gdzie wygrzewają się na słońcu. Tam właśnie prowadzeni są turyści odwiedzający świątynie. Na początku muszę jednak podpisać oświadczenie, że wchodzę na teren parku na własną odpowiedzialność, świadoma niebezpieczeństwa jakie niesie kontakt z dzikimi zwierzętami. Potem każdy z nas otrzymuje swojego opiekuna. W wąwozie należy zachowywać ciszę i wystrzegać się gwałtownych ruchów.  Nie wolno ubierać jaskrawych, czerwonych ani pomarańczowych ciuchów ani wnosić na teren świątyni ostrych przedmiotów (parasolki, laski).

                     

Wolontariuszka przez cały czas trzyma mnie za rękę. Najpierw podchodzimy do jednego z największych tygrysów. Zwierzę nic sobie nie robi z naszego towarzystwa i spokojnie wygrzewa się na słońcu. Potem zatrzymujemy się przy średnim osobniku. Ten jest bardziej skory do zabawy. Odwraca się na grzbiet i wystawia do mnie brzuch.

-Pogłaszcz go- zachęca wolontariuszka

Powoli kucam nad zwierzakiem, dotykam sztywnego futra i nerwowo uśmiecham się do zdjęcia. Z tyłu głowy wciąż mam bowiem tą świadomość, że te dzikie zwierzęta w kilka sekund mogą zrobić tutaj prawdziwą, krwawą jatkę. Dlatego nie mogę wyjść z szoku, gdy widzę obok siebie rodzinę z kilkuletnią dziewczynką , której rodzice robią zdjęcie wprost przed paszczą tygrysa.

Pod koniec wizyty w świątyni, spaceruję jeszcze przez chwilę po parku. Można tutaj zobaczyć też inne zwierzęta; piękne pawie i jelenie. Mnisi wciąż rozbudowują cały ośrodek, pieniądze z biletów wstępu przeznaczane są na powstanie chronionego terenu, gdzie zwierzęta wychowywać się będą przy minimalnym udziale ludzi a następnie wypuszczać się je będzie do ich naturalnego środowiska.

Nie wszystkim jednak praca mnichów się podoba. Wiele osób zarzuca zakonnikom, że faszerują zwierzęta środkami usypiającymi, by nie atakowały i przyciągały spragnionych atrakcji turystów. Widząc uśmiechnięte, dobre twarze mnichów i niezwykłą więź jaka łączy ich ze swoimi podopiecznymi, ciężko jest mi w to uwierzyć. Jedno jest pewnie, wolę widzieć te piękne zwierzęta tutaj, niż w miniaturowych, brudnych klatkach, albo jeszcze gorzej, jeżdżących na rowerze po arenie w cyrku.

Wietnam, Hoi An

Oscarowa kreacja Nicole Kidman, idealnie skrojony garnitur Georga Clooneya, słynne szpilki z czerwoną podeszwą. Chodź brzmi to jak ekskluzywny butik na Piątej Alei w Nowym Jorku, to chyba nigdzie indziej pozory zakupowe nie mylą tak bardzo, jak w małym miasteczku Hoi An w Wietnamie. Spacer tymi wąskimi, zakurzonymi ulicami spokojnie można porównać do przechadzki wzdłuż butików w Paryżu. W tym samym francuskim klimacie, tylko z o wiele niższymi cenami.

W Hoi An każdy ranek, zaczyna się tak samo. Zaraz po wchodzie słońca otwierane są lokalne zakłady krawieckie. Sprzedawcy powoli wyciągają przed sklepy manekiny i wieszają na nich nowe kreacje. Potem układają na półkach rolki z materiałami a na drewnianych stołach kładą książki ze zdjęciami ciuchów, wyciętymi z kolorowych gazet. W tym czasie krawcowe siadają do wysłużonych maszyn stojących na tyłach sklepów. Tutaj prawie każdy mieszkaniec miasta, pracuje w zakładzie krawieckim albo obuwniczym. Do Hoi An warto wiec przyjechać z pustą walizką, bo pokusy zakupowe czyhają niemal na każdym kroku.

Nie od dziś miasto jest ważnym ośrodkiem handlu, jego historia sięga końca I tysiąclecia p.n.e., kiedy został założony tutaj port. W XV wieku Hoi An było jednym z najważniejszych punktów na morzu południowochińskim. Osiedlali się tu przedstawiciele kupców chińskich, japońskich, a nawet europejskich, co wpłynęło na niepowtarzalny charakter i niewątpliwy urok miasta. W 1999 roku Hoi An zostało wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO.

Mój hotel znajduje się na skraju miasta, dlatego zaraz po zameldowaniu idę na spacer. Okazuje się to dość trudne, bo mimowolnie zatrzymuję się niemal przed każdym sklepem. Miejscowi krawcy do perfekcji opanowali kopiowanie strojów i butów. Można tutaj zaopatrzyć się w zwykłe ubrania: koszulki czy szorty, ale też w suknie, które w zeszłym roku prezentowały na sobie, największe gwiazdy podczas rozdania Oscarów.

Ciekawość pcha mnie do środka jednego z takich sklepów. Kupowanie to dość długi proces. Najpierw sprzedawczyni usadza mnie przy stole i podaje grube książki ze zdjęciami najróżniejszych ubrań. Wybór jest naprawdę trudny, bo zdjęć jest kilkaset. Gdy już się zdecyduję na coś konkretnego, przechodzimy do kolejnego pomieszczenia wypełnionego po sufit rolkami przeróżnych materiałów. Dopiero po tym wszystkim, zostaję oddana w ręce krawcowej, która bierze ze mnie miarę. Na koniec dostaję kwitek z którym mam przyjść jutro, po odbiór gotowej już bluzki.

Po wyjściu z pracowni ruszam na dalsze zwiedzanie, z wielkim postanowieniem, że nie zatrzymam się już więcej w żadnym sklepie, ale po zaledwie kilku krokach znowu przystaję, tym razem przed zakładem szewskim. Uśmiechnięty sprzedawca zapewnia, że może zrobić każdy rozmiar, a buty będą gotowe już na następny dzień. Pokusa duża, ale z ciężkim sercem rezygnuje i idę dalej. Jeszcze parokrotnie zatrzymuję się przed innymi sklepami i oglądam towar. Dopiero po kilku godzinach orientuję się, że udało mi się na razie przejść dopiero jedną ulicę miasta i to wcale nie tę najdłuższą. Przyspieszam więc kroku i w końcu dochodzę do brzegu rzeki, gdzie znajdują się restauracje. Akurat jest pora obiadowa, więc wchodzę do jednego z mniejszych lokali i pytam czy mogę zjeść na balkonie z widokiem na rzekę. Nie ma z tym problemu, ale żeby wyjść na piętro, muszę najpierw minąć swoisty tor przeszkód, przejść przez całe mieszkanie właścicieli, mijając oglądającą telewizję babcię i bawiącą się w salonie grupę dzieci.

Aby dostać się na drugi brzeg rzeki trzeba skorzystać z Mostu Japońskiego, najcenniejszego zabytku miasta. Zbudowany przez Japończyków jest  jedynym na świecie krytym mostem ze świątynią buddyjską w środku. Po drugiej stronie rzeki, znajdują się sklepy z szerszym asortymentem, oprócz ubrań można tu również dostać obrazy, ręcznie wykonaną biżuterię, ceramikę a także zajrzeć do kilku interesujących, małych galerii sztuki.

Spacer ulicami Hoi An jest niezwykle przyjemny. Kolorowe budynki kryją w sobie urok starych europejskich miasteczek. A powiewające na wietrze różnobarwne latarnie dodają temu miejscu specyficznego, azjatyckiego klimatu. Gdybym miała wybrać jedno miasto w całej Azji Południowo – Wschodniej, w którym chciałabym zamieszkać, byłoby to zdecydowanie Hoi An. Otworzyłabym wtedy tutaj małą restauracyjkę, w jednym z tych obdrapanych,klimatycznych budynków, i serwowałabym świeżutkie owoce morza. Pochłonięta marzeniami osiedlenia się tutaj na stałe, dochodzę w końcu do starej świątyni znajdującej się na drugim końcu miasta. Brama do budynku, chodź już zniszczona malowniczo odbija się w wodzie stawu. Dopiero teraz dostrzegam, że słońce powoli już zachodzi, a to znak że pora wracać. W drodze do hotelu, znowu mijam krawcowe, które tym razem pośpiesznie zamykają swoje zakłady. Z powrotem pakują manekiny do sklepów i zwijają rolki materiałów, by następnego dnia, z samego rana rozpocząć cały ten proces na nowo.

                               OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z obawy przed wydaniem wszystkich moich oszczędności, postanawiam trzymać się z dala od zakupowej gorączki  i kolejny dzień spędzam na pobliskiej plaży. Ponieważ jest ona oddalona od miasta o kilka kilometrów muszę skorzystać z usług motocyklistów. To bardzo popularna praktyka w Wietnamie. Za kilka tysięcy dongów (1 USD = ok. 20 000 VND) kierowcy sadzają pasażerów na tylnym siedzeniu i podwożą we wskazanym kierunku.

Plaża jest piękna, długa, czysta i co najważniejsze prawie pusta. W niedalekiej odległości znajduje się kilka restauracji, spokojnie więc można zostać tutaj na cały dzień. 

Kolejnego ranka wyjeżdżam z Hoi An, wprawdzie biedniejsza o kilkadziesiąt tysięcy dongów, ale tak naprawdę o wiele ważniejsze jest to, o ile się tutaj wzbogaciłam. Bo podróże to taka dziwna rzecz, niby wydajemy na nie duże pieniądze, codziennie uszczuplają nasze konta bankowe i portfele, a mimo to każdego dnia, nieporównywalnie nas wzbogacają.

Bali, Ubud

Tańczyć, podobnie jak śpiewać, każdy może, a Bali wydaje się do tego wprost idealnym miejscem. W nocnych klubach Kuty, parkiety oblegane są bez przerwy. Właściciele lokali, prześcigają się w pomysłach, by przyciągnąć jak najwięcej rozbawionych klientów. Ring na środku parkietu? Nie ma sprawy! Pomieszczenia wypełnione kolorową pianą? Proszę bardzo! Baseny pełne kisielu? Tak!

Z każdego miejsca alkohol leje się strumieniami. Szklanki? Niepotrzebne, dawno przereklamowane. W Kucie pije się z Fish Bolw (szklanych kuli, popularnie używanych jako mini akwarium dla rybek). Fish Bolw są tak wielkie, że trzeba je trzymać dwoma rekami, i pić  jak najszybciej, bo znajdujący się w drinku lód, dosłownie zamraża dłonie.

Codziennie od zmierzchu do świtu, całe miasto przepełnia muzyka i podskakujący w jej rytm  tłumy ludzi: techno, elektroniczna, klubowa, house, na żywo albo grana przez DJ’a, , każdy znajdzie coś dla siebie. Głośniki ustawione są na cały regulator, zagłuszyć je może chyba tylko, jeszcze donośniejsza muzyka z klubu obok. Od jednej knajpy do drugiej i tak przez całą noc, aż do rana… I choć na pierwszy rzut oka, Kuta wydaje się idealnym miejscem do tańca i zabawy przy muzyce, to tak naprawdę, żeby posłuchać najlepszych melodii na Bali i zobaczyć najpiękniejsze tańce na wyspie, trzeba stąd… wyjechać.

Obieram kurs na Ubud, małe Balijskie miasteczko, oddalone kilka godzin jazdy od Kuty. Pierwsze co uderza po przyjeździe na miejsce, to spokój i cisza. Nie ma biegających, półnagich surferów i dudniącej z każdego kąta  muzyki. Są za to kameralne restauracyjki, małe galerie sztuki, prowadzone przez lokalne rodziny i market, gdzie można kupić wyroby z czystego srebra. Próżno tu też szukać nocnych klubów, ale jest pochodzący z XVI wieku Pałac, który wieczorem zmienia się w estradę dla tancerzy i muzyków. Z dawnego budynku pozostały tylko zewnętrzne mury, środek to najzwyklejsze podwórko, gdzie każdej nocy toczy się jednak niezwykły spektakl. Zajmuję miejsce na samym przodzie.

Na początku wchodzi orkiestra ubrana w ludowe złote stroje. Po kolei wszyscy siadają na podłodze i zaczynają wygrywać melodie na tradycyjnych instrumentach. Po chwili, żwawo na scenę wbiegają młodziutkie tancerki, rozpoczyna się tak zwany, taniec powitalny. Kobiety w przygarbionych pozycjach wykręcają ramiona i kręcą głowami w rytm muzyki. Nagle na scenę wpada mężczyzna i tym samym zaczyna się taniec maski. Mężczyzna biega po parkiecie, co jakiś czas energicznie przykucając.

Zaraz po tym następuje Kebyar Duduk, taniec pochodzący z północnej części Bali, oraz święty taniec Kupu Kupu Tarum. Tuż przed kulminacją, tancerki wykonują jeszcze, lekki i delikatny taniec motyla.

Największą atrakcją wieczora jest Legong Kraton. Zaprezentowanie tego niezwykle trudnego tańca, to szczyt zawodowego sukcesu balijskich tancerek. Dziewczęta zaczynają rygorystyczne szkolenia już w wieku 5 lat a wykonywać taniec mogą jedynie te, które nie osiągnęły jeszcze dojrzałości płciowej. Skomplikowane ruchy palców i duża ekspresja twarzy, która towarzyszy powolnym krokom i nastrojowej muzyce, robi niesamowite wrażenie.

Legong Kraton pochodzi z XIX wieku i opowiada o zakazanej, tragicznej miłości.Legenda głosi, że taniec przyśnił się choremu księciu Sukwati, który po wyzdrowieniu, nakazał wykonać go w rzeczywistości.

Całe przedstawienie kończy się po kilku godzinach. Wieczorem wracam do swojego hotelu, prowadzonego przez przesympatyczną Balijską rodzinę. Pomimo wczesnej pory, miasto jest już pogrążone we śnie. Szybko decyduje się, żeby zostać tutaj na kilka dodatkowych dni i odpocząć od dudniącego życia Kuty. Bo nie ważne, gdzie muzyka gra głośniej. Ważne, żeby poruszała i to nie tylko na parkiecie.

(video wykonane moją starą kamerą, dlatego niestety jakość nie powala, ale choć trochę przywołuje klimat tamtego wieczoru:)