Kajmany, George Town

Jak się dostać z Kuby do Miami? Przez Jamajkę! Jak się dostać z Kuby na Jamajkę? Przez Kajmany! Nocny postój w George Town, stolicy kraju to doskonała okazja żeby rozejrzeć się po okolicy.

Z czym kojarzą mi się Kajmany? Z luksusem, z bankami, z eleganckimi hotelami. Pierwsze co przychodzi mi więc do głowy do nocleg na couchsurfingu. Szybko znajduje sympatycznego Edda i już w spokoju mogę planować dalszą część mojej podróży po Ameryce Środkowej.

Na Kubie ciężko o internet dlatego nie mam jak przypomnieć Eddowi szczegółów mojego przylotu. Siedzę w samolocie z Hawany jak na szpilkach, trzymając mocno kucki, żeby mój dzisiejszy host pamiętał o mojej wizycie. W międzyczasie zagaduje do mnie dwóch Amerykanów którzy mieszkają na Kajmanach. „Jak się nie zjawi, możesz zatrzymać się u mnie” – proponuje mi nieznajomy- „Mieszkamy z żoną niedaleko lotniska więc mogę cię rano podrzucić na samolot”.

Zabieram plecak z taśmy i podchodzę do Amerykanina. „Jadę teraz do biura, ale za godzinę będę tędy przejeżdżać, jak wciąż tu będziesz, zapraszam do siebie”. Siadam na ławce przed lotniskiem i wypatruje Edda. Na szczęście już po 15 minutach zjawia się znajoma twarz. Szczuplutki Filipińczyk z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, mocno mnie przytula: „Witaj na Kajmanach!”.

Pierwszy przystanek, restauracja. Dobrze się składa bo umieram z głodu. Na kolacje dołącza do nas przyjaciółka i współlokatorka Edda, Reko. Mój gospodarz wybiera typową Amerykańską restaurację których tutaj jest na pęczki. Amerykanie stanowią większą część populacji Kajmanów. A już szczególnie tej nocy, gdy w telewizorach leci transmisja z Super Bowl, największego amerykańskiego święta football’u.

„Przyjmujemy couchsurferów z nudów”- tłumaczy mi Edd – „Na wyspie niewiele się dzieje, to jedna z rozrywek” . Rozglądam się dookoła. Nawet krzyczący wniebogłosy kibice nie są w stanie zakłócić panującego w okolicy spokoju.

Po posiłku kierujemy się na słynną Siedmiomilową plażę. Słońce będzie zaraz zachodzić, więc siadamy na piasku i wpatrujemy się przed siebie. Wczorajszy zachód słońca na Kubie, jutrzejszy gdzieś na Jamajce, dzisiejszy na Kajmanach….jak tutaj nie kochać podróży.

Jest już całkiem ciemno gdy znowu wsiadamy do samochodu Edda. Jedziemy teraz do miasta, chociaż Georgetown, stolica kraju, to w zasadzie mała wioska. Zwiedzanie zaczynamy od….domu handlowego czyli centrum towarzyskiego wyspy. W kilku budynkach znajdują się kino, ekskluzywne sklepy i kilkanaście luksusowych restauracji ulokowanych wzdłuż sztucznej laguny. Potem powoli spacerujemy po opuszczonych ulicach miasta.

Wszystkie budynki wyglądają prawie identycznie jak na Arubie czy Amerykańskim Key West. Dwupiętrowe domy obite są kolorowym saidingiem, z przodu znajdują się drewniane werandy a przed wejściem zadbane ogródki. Wzdłuż portu ciągnie się kilka restauracji i sklepów. Bardziej w głębi ustawione są słynne banki. Dalej są już tylko osiedla mieszkalne. Przy czym na wyspie próżno szukać wysokich budynków, wszystkie domy maja około dwa, trzy piętra. Niewiele się tu dzieje. Całe miasto można obejść dosłownie w 15 (!) minut.

Ponieważ mój samolot na Jamajkę stratuje o 6 rano, a wszystkie lokale w okolicy powoli zbliżają się do zamknięcia, udajemy się do domu Edda.
„Gdybyś miała więcej czasu, pojechalibyśmy na okoliczne plażę, ponurkowali z rurką”- zachęca Edd – „Bo w mieście naprawdę nie ma co robić”.

Mój pierwszy i ostatni wieczór na Kajmanach upływa nam więc na rozmowach o… Filipinach, skąd pochodzi Edd i Reko, a mi tym samym  świta już w głowie pomysł kolejnej podróży: (czytaj: TUTAJ) 😉

O 4 rano razem z Eddem zbieramy się z łóżka i jedziemy na lotnisko. Po drodze mijamy miasto i szereg osiedli z identycznie wyglądającymi domami. Kajmany to najczęściej cel wycieczek bogatych Amerykanów, Brytyjczyków i wielkich statków pływających po Karaibach. To popularne miejsce plażowych ślubów i nurkowania. To również doskonała miejscówka na przystanek w wyprawie. Wystarczająco długi żeby odpocząć od podróży, wystarczająco krótki żeby się zbytnio nie znudzić.

Reklamy

Belize, San Ignacio

Niedaleko San Ignacio, małego miasteczka w Belize, znajduje się jaskinia Actun Tunichil Muknal, często nazywana po prostu ATM. Została ona odkryta stosunkowo niedawno, bo dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, chociaż legendy o tym miejscu krążyły w opowieściach lokalnej ludności od pokoleń. Jaskini nie można zwiedzać na własną rękę ale kilka agencji turystycznych w San Ignacio ma w swojej ofercie wyprawę z przewodnikiem. Na pewno nie jest to tania atrakcja, ceny wahają się pomiędzy 80-100 dol. za całodniową wycieczkę, ale zawsze można negocjować, mi udaje się zejść do 70 dol.

Wyprawa powinna zacząć się o ósmej rano, ale jak to zwykle bywa w całej Ameryce Centralnej, minimum godzinne opóźnienie dostaje się zawsze gratis. Zostajemy podzieleni na dwie grupy, po pięć osób każda. Moim przewodnikiem jest Dylan który w latach osiemdziesiątych brał udział w dziewiczej ekspedycji jaskini.

Pierwszą część trasy pokonujemy minibusami. Po godzinie jazdy zatrzymujemy się na niewielkiej polanie skąd rozpoczyna się drugi etap wyprawy. Tym razem musimy przejść dobrych kilka kilometrów. Treeking prowadzi przez gęsty las, dwukrotnie trzeba też pokonać rwącą rzekę. W końcu docieramy na miejsce. Dylan rozdaje każdemu kaski i latarki. Tłumaczy zasady jakie będą nas obowiązywać po wejściu do jaskini; zawsze idziemy gęsiego, osoba z przodu pomaga tej z tyłu, regularnie wysypujemy kamyki i piasek z mokrych butów żeby zapobiec przetarciom, nie hałasujemy ze względu na nietoperze. Podchodzimy do brzegu rzeki która wpływa do olbrzymiej groty. Żeby dostać się do środka trzeba przepłynąć niewielki odcinek wpław, a potem wspiąć się na skalny brzeg.

W jaskini jest zimno i ciemno, nasze latarki na kaskach słabo oświetlają okolice. Dalszą cześć trasy znowu pokonujemy pieszo brodząc po kolana, biodra a czasem nawet po pachy, w zimnej wodzie podziemnej rzeki. Co jakieś czas musimy przepłynąć głębszy fragment, wśliznąć się w szczelinę pomiędzy skałami albo wdrapać na wielkie kamienie. Silny prąd rzeki wcale nie ułatwia nam zadania, ale za to całą drogę towarzyszą nam kolorowe, ciekawskie rybki które są doskonale widoczne w czystej wodzie. Co kilka metrów robimy postój żeby wytrzepać kamienie z butów, w tym czasie Dylan oświetla wypolerowane przez wodę, ściany jaskini, pokazuje stalaktyty czy wydrążone mini kanały.

Po ok. 40 minutach marszu nareszcie wychodzimy z wody. Gęsiego wspinamy się po stromej ścianie. Na szczycie, naszym oczom ukazuje się potężna kilkumetrowa grota. Ściągamy buty, od tego miejsca będziemy szli w samych skarpetkach, wchodzimy bowiem na terytorium sakralne, a tym samym dochodzimy do celu naszej dzisiejszej wyprawy. Wnętrze jaskini wydaje się nie mieć końca. Ściany połyskują jakby były pokryte diamentami, zespoły stalagmitów przypominają bajkowe zamki z setkami wieżyczek, z góry zwisa kilkumetrowy las stalaktytów.

Wieki temu jaskinia była miejscem świętym dla Majów. Przeplatało się tutaj ze sobą ich życie i śmierć. Składano ofiary z ludzi i zwierząt oraz modlono się do bogów na licznych ołtarzach. W jaskini odnaleziono przedmioty użytku codziennego m.in. ceramikę z 700-900 roku jak również doskonale zachowane kości, czaszki a nawet całe szkielety. Wszystko to zostało nietknięte przez odkrywców którzy natrafili na to miejsce ponad 20 lat temu. Dylan zaczyna wspominać tamte dni, gdy razem z grupą po raz pierwszy weszli do groty. „Wszyscy płakaliśmy gdy tu dotarliśmy, moja babka wywodziła się z Majów, wiele razy opowiadała mi historie o tym miejscu, nie mogłem uwierzyć, że ono istnieje i je odkryliśmy.”

Pomimo upływu czasu większość naczyń i kości zachowała się w bardzo dobrym stanie. „Od wieków nie były dotykane”- objaśnia Dylan-„ nawet gdy tu weszliśmy w latach dziewięćdziesiątych nic nie ruszaliśmy.” W jaskini nie ma tłoku, każdy z nas może podejść do eksponatów na odległość nawet kilku centymetrów, dokładnie mu się przyjrzeć. Nie ma bramek zabezpieczających, rozwieszonych lin, ani pilnujących strażników, tylko jaskrawe oznaczenia miejsc, gdzie leżą naczynia czy kości, żeby przypadkiem nikt na nie nie nadepnął.

Na koniec udajemy się do mniejszej groty gdzie spoczywa „Kryształowa dziewica”. Doskonale zachowany, kompletny szkielet młodej kobiety, prawdopodobnie złożonej w ofierze, to symbol jaskini ATM. Swoją romantyczną nazwę zawdzięcza procesowi zwapnienia który pokrył kości krystalicznym pyłem.

DSC09046

Po kilku godzinach spędzonych pod ziemią, zakładamy buty i znowu wracamy do zimnej wody by podziemną rzeką pokonać drogę powrotną. Po wyjściu z jaskini przemoknięci i wygłodniali padamy ze zmęczenia, pomimo tego kilka osób już teraz myśli o ponownym zarezerwowaniu wycieczki. Z całą pewnością warto.

Honduras, Copan, Macaw Mountain

Świat przypomina mi czasem szaloną paletę malarską, na której ktoś przypadkowo wylał i wymieszał ze sobą wszystkie możliwe kolory. Dzięki podróżom każdego dnia mam możliwość  zanurzyć  się  w tych niesamowitych barwach. W soczystej zieleni parków narodowych Kostaryki, w jaskrawym żółtym Australijskich plaż i we wszystkich odcieniach turkusu Morza Karaibskiego. W niektórych miejscach ta inwazja kolorów wydaję się tak silna i jest tak blisko, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę…

Pomimo swojej ciemnej i ponurej reputacji, Honduras może poszczycić się obłędnymi kolorami natury. Tutejsze plaże i parki po prostu zachwycają, ale największe wrażenie robią na mnie i tak ptaki, których pióra mienią się wszystkimi odcieniami tęczy, a mała miejscowość Copan wydaję się doskonałym miejscem do ich obserwacji. Od lat działa tutaj rezerwat Macaw Mountain , prowadzony przez prawdziwych pasjonatów i obserwatorów natury.  Park utrzymywany jest z biletów wstępu i  pieniędzy od prywatnych sponsorów, dzięki czemu projekt ochrony Honduraskich ptaków cały czas się rozrasta i obejmuje coraz większą ilość zagrożonych gatunków.

Wybieram się do Macaw Mountain razem z zapoznanymi w Copan Amerykanami, Andreą i Phi. Na miejsce dostajemy się najpopularniejszym lokalnym środkiem transportu czyli trójkołowym motocyklem- rikszą.  „Hola”- już od samego wejścia wita nas.. .kolorowa papuga. „Hola, hola” skrzeczy za każdym razem gdy podchodzimy bliżej. Po rezerwacie oprowadzi nas Alex, który na co dzień zajmuje się obserwacją i fotografią ptaków. „Skąd jesteś”- pyta. „Z Polski?!” – przyjmuje moją odpowiedź z entuzjazmem –„Lista Shindlera, Pianista, Roman Polański” – wylicza jednym tchem – „Uwielbiam filmy o II wojnie światowej”.  Oprócz kina, największą pasją Alexa są oczywiście ptaki. Podchodzimy do  klatek z najróżniejszymi  gatunkami, a nasz przewodnik powoli , z wielkim zaangażowaniem opowiada o każdym z osobna. Jednak największa atrakcja czeka nas za kilka minut. Wchodzimy bowiem na teren, gdzie Ary puszczone są wolno.

Ary to papugi zamieszkujące regiony Ameryki Centralnej i Karaibów, szczególnie mocno upodobały sobie okolice lasów deszczowych. Ptaki te charakteryzują się  długimi ogonami i gładkim, wielobarwnym opierzeniem. Wzory na piórach głowy, są jak odciski palców dla człowieka, całkowicie unikalne dla każdego osobnika.

                        

„Wyciągnij rękę”– Alex podchodzi do mnie z kilkoma kolorowymi papugami i kładzie mi je na ramiona. „Bądź spokojna bo ptaki wyczują twoje zdenerwowanie i mogą cię dziobnąć” Ciężko jest jednak stać bez ruchu gdy jedna z papug zaczyna dobierać się do mojego kapelusza, druga obgryza guziki z koszuli a trzecia wbija mi pazury w obojczyk. Wcale nie pomaga mi informacja od Alexa, że zdenerwowana Ara ma w dziobie moc ścisku ponad 200 kilogramów.  Przerażona wizją zgniecionej ręki próbuję uśmiechnąć się do fotografii. Na szczęście tym razem moje bliskie spotkanie z papugami kończy się tylko dziurą w koszulce i brakiem kilku guzików.

Na koniec wszyscy idziemy spróbować wyśmienitej Honduraskiej kawy do pobliskiej palarni. I tym razem Alex dokładnie opowiada nam o historii produkcji, o  sposobach wypalania i parzenia kawy.  Zachęcona smakowitym aromatem, kupuję jedną paczkę. W tym czasie Andrea wybiera z małego sklepiku lustro z kolorowymi papugami. Nawet w ten niewielki sposób możemy pomóc w ochronie tych wyjątkowych ptaków, a przy okazji zabrać ze sobą do domu, choć odrobinę kolorów i smaków Hondurasu.

                      

Świat jest olbrzymią paletą malarską. Z tych wszystkich niesamowitych kolorów powstają najpiękniejsze obrazy. Naprawdę warto przekonać się o tym na własne oczy, bo niestety żadne, nawet  najlepsze, najostrzejsze  zdjęcie, nie odda piękna, tego cudownego bo żywego, spektaklu barw.

Święta w podróży

Potęga tradycji jest ogromna. Szczególnie mocno odczuwamy ją w okresie świąt Bożego Narodzenia. Opłatek, choinka, pasterka, wigilijna kolacja, coroczne rytuały pielęgnowane od lat. Dla niektórych to najbardziej wyczekiwany dzień w roku.

Od jakiegoś czasu tworze własną tradycję. Białe święta zamieniam na słoneczne. Rodzinną wieczerzę, na posiłek z przyjaciółmi, a czasem nawet z nieznajomymi. A prezenty na… no cóż, dla mnie święta w podróży są prezentem, samym w sobie!

Święta ze znajomymi w Cali, w Kolumbii

Gdy wyjechałam do Australii, bardzo szybko się tam zadomowiłam. Momentalnie zaaklimatyzowałam się w nowym miejscu, znalazłam wspólny język z współlokatorami z mieszkania, kolegami z pracy i ze szkoły. „Zobaczysz, zatęsknisz za domem jak przyjdą
święta” – powtarzali mi znajomi . A ja zamiast tęsknoty czułam narastające podekscytowanie…moim pierwszym Bożym Narodzeniem w środku lata.

W Australii święta często spędza się ze znajomymi na pikniku albo na plaży. W kostiumach kąpielowych, z nadmuchiwaną choinką i obowiązkowymi, czapeczkami Świętego Mikołaja na głowie.Ten okres to czas zabawy, szalonych wyprzedaży i ekstrawaganckich witryn sklepowych. Na antypodach Boże Narodzenie celebruje cały świat. Przy tylu narodowościach jakie zamieszkują ten kraj, można śmiało powiedzieć, że w każdym domu obchodzona jest wigilia z innej części globu. Tysiące najróżniejszych obyczajów, miesza się ze sobą, zapoczątkowując całkiem nowe tradycje.

Pierwsze święta spędziłam ze współlokatorami z mieszkania. Co najmniej kilka narodowości usiadło razem do jednego stołu, dzieląc się świątecznymi wypomnieniami i obyczajami. Nie zabrakło choinki, prezentów, dobrego jedzenia i dużej ilości alkoholu. Kolejnego roku wybrałam się w odwiedziny do znajomych. Tam już w bardziej kameralnym ale równie międzynarodowym gronie, próbowaliśmy kuchni Kolumbijskiej. A wieczorem na balkonie, przy szklaneczce wina, rozmawialiśmy do późnej nocy. Pomimo, że wszyscy przyjechaliśmy do Australii sami, tego dnia stworzyliśmy nową, wielką, różnorodną rodzinę.

Święta w Sydney, z moimi współlokatorami

Drugie święta w Sydney

Drugie święta w Sydney

Święta w Kolumbii spędziłam ze znajomymi, których poznałam jeszcze w Australii.  Jak to bywa w krajach latynoskich, gorąca zabawa trwała przez kilka dni. Zaczęło się już w Cali, u rodziny mojego przyjaciela Jorge. Na parę dni przed Wigilią, cała familia zebrała się w domu i wspólnie czytała biblię. Wieczorem  po rozsunięciu mebli na bok, z radia zaczęła lecieć salsa. Wszyscy tańczyli i przygrywali kołatkami, a gdy zabawa dobiegła końca, wyszliśmy na miasto, by kontynuować imprezę na zapełnionej ludźmi ulicy. Jestem pewna, że w okresie świąt, Kolumbia jest doskonale widziana i słyszana nawet z księżyca, bowiem cały kraj mieni się milionem kolorowych lampek i figurek, a muzyka rozbrzmiewa z każdego zakamarka. Kolację wigilijną zjadłam już w Bogocie, u znajomej, Aleidy. Tam również nie mogło zabraknąć salsy, wesołych ludzi i dużej ilości Aguardiente (Kolumbijski alkohol).

Wigilia ze znajomymi w Bogocie, Kolumbia

Wigilia ze znajomymi w Bogocie, Kolumbia

Gigantyczne ozdoby świąteczne na plaży w Santa Marta, w Kolumbii

Gigantyczne ozdoby świąteczne na plaży w Santa Marta, w Kolumbii

Kolejne święta na karaibskiej wysepce w Belize, były kompletną niespodzianką. Spędzałam je u starszego Amerykanina, który w ostatniej chwili przygarnął mnie z couchsurfingu. W dniu świątecznego obiadu pojechaliśmy jego wózkiem golfowym (który specjalnie na tą okazję był przystrojony w choinkowe łańcuchy i… oczywiście lampki bożonarodzeniowe), do jego kanadyjskich znajomych, gdzie nie dość, że zostałam przyjęta jak członek rodziny, to jeszcze pod choinką (a raczej palemką ;)) znalazłam dla siebie prezent.  Wieczorem całym towarzystwem wylądowaliśmy w małym barze na plaży. Energiczny zespół przygrywał muzykę na żywo, za placami słychać było szum morza, a wszyscy klienci w doskonałych humorach podskakiwali do rytmu piosenek, stukając się szklaneczkami rumu.

Święta w San Pedro na Ambergris Caye w Belize

Święta w San Pedro na Ambergris Caye w Belize

Choinka w Gwatemalii

Choinka w Gwatemalii

Pomimo, że w zeszłym roku, święta spędziłam w domu, to będąc w podroży na Filipinach, już we wrześniu poczułam bożonarodzeniowy klimat. Filipińczycy zaczynają wigilijne przygotowania, jako pierwsi na całym świecie. Choinki, mikołaje i kolędy w radiu na trzy miesiące przed świętami, były wiec czymś zupełnie normalnym dla lokalnych i całkiem surrealistycznym przeżyciem dla przyjezdnych.

W tym roku Boże Narodzenie znowu zastało mnie w podróżny. Na Trynidad i Tobago odnalazłam nową rodzinę, cudownych, wspaniałych ludzi. Tego dnia cały dom pękał od wizyt krewnych i znajomych wpadających na wspólne biesiadowanie. Nikt nie wydawał się być zaskoczony obecnością obcej dziewczyny z Polski, wręcz przeciwnie już od samego początku zastałam otoczona olbrzymią ilością pozytywnej energii i serdeczności. Co z tego, że po raz kolejny spędziłam święta bez śniegu, opłatka i pasterki, ważne jest, że w tym dniu, nawet tak daleko od domu, znowu odnalazłam domowe ciepło.

Święta na Trynidad i Tobago

Święta z najwspanialszymi ludźmi  na Trynidad i Tobago

Tradycja to potężna siła. Należy ją pielęgnować i celebrować, ale równocześnie dodawać do niej małą szczyptę siebie samego. Dawniej święta były dla mnie wspomnieniem dzieciństwa, uroczystym dniem spędzanym z rodziną, ulubionymi smakami wigilijnych potraw. Teraz, dzięki moim podróżom, Boże Narodzenie stało się również świętem wiary w drugiego człowieka. Wiary w to, że gdy wyląduje sama na końcu świata, to całkiem obcy ludzie czy dawno niewidziani znajomi, otworzą przede mną swoje drzwi, zaproszą do środka i ugoszczą jak członka rodziny. To święto przyjaźni, szczęścia i czystej radości…z życia. Tak właśnie, ja rozumiem… prawdziwą magię świąt.

 

Kuba, Ancon

-Co to ma być? – pytam oburzona

-Rower…- odpowiada zdziwiony moim pytaniem Kubański mężczyzna – To jest dobry rower – pokazuje naciskając na kierownice –dobre opony, dobry rower! – powtarza wyraźnie zdezorientowany.

-Ale ja go nie chce! – stoję pod ścianą z założonymi rękoma  -Nie chce takiego… turystycznego! – próbuje być poważna, chociaż nie mogę się powstrzymać od śmiechu – chce Kubański rower! Prawdziwy, KUBAŃSKI rower!

Mężczyzna patrzy na mnie jeszcze bardziej zdezorientowany, po czym znika w głębi  swojego domu, by po chwili wrócić ze starym, obdartym dwukołowcem –Chcesz Kubański rower? No to masz!

Będąc w mieście Trinidad na Kubie wymyśliłam sobie, że choć raz przejadę się  starym, klasycznym rowerem. Nie takim jakie oferuje się turystom; z grubymi oponami i przerzutkami.  Mi zachciało się  przejażdżki na prawdziwym, lokalnym sprzęcie.

Moja trasa biegnie z Trinidad na oddaloną 12 kilometrów od miasta, plażę Ancon i z powrotem.  Nie mam ze sobą żadnej mapy ale okazuję się, że na Kubie to nie jest problem „Jedź  prosto a dotrzesz do celu” powtarza mi mężczyzna. I rzeczywiście, żeby dojechać na plażę wystarczy trzymać się głównej drogi.

Nie ujechałam jednak na moim KUBAŃSKIM rowerze nawet kilku metrów, gdy pojawiła się pierwsza przeszkoda, rozpadł mi się japonek.  „Trzeba wracać do casy i zmienić obuwie” pomyślałam.  „Starym rowerem chcesz przejechać kilkadziesiąt  kilometrów, to ze starym klapkiem też dasz sobie radę” krzyknął do mnie Kubański mężczyzna, po czym wbił podrdzewianego gwoździa w japonka, dzięki czemu obuwie znowu trzymało się na mojej stopie. No to załatwione,  w drogę, teraz nic mnie już nie powstrzyma…

Na początku  trasy mijam zatłoczone od skuterów i innych rowerzystów ulice, ale gdy tylko wyjeżdżam z miasta, robi się pusto. Jestem praktycznie sama na drodze, jedynie co jakiś czas mijam, powolnie snujących na wozach, rolników. Trasa ciągnie się najpierw przez pola uprawne, potem jadę wzdłuż żółtych łąk, a w oddali  zarysowują się góry.

Z każdym kolejnym machnięciem pedałem, rower coraz głośniej rzępoli, a siodełko przekręca się to w prawo, to w lewo. Hamulec praktycznie nie działa, więc zjeżdżając z pagórków trę klapkami o asfalt. Już po paru kilometrach przeklinam swój pomysł i mój KUBAŃSKI rower.  Ale mimo to, wytrwale jadę dalej. Najprzyjemniejszy fragment trasy prowadzi wzdłuż morza, chociaż silna bryza z nad wody nie pomaga w pedałowaniu, widoki dosłownie powalają. Takiej Kuby nie widziałam ani razu, w ciągu mojego prawie dwutygodniowego pobytu tutaj. Gdy nagle przejeżdża obok mnie taksówka, wiekowy chevrolet ,czuję jakby rzeczywiście ten stary, Kubański rower przenosił mnie w czasie.

W końcu, po długich 12 kilometrach dojeżdżam na plażę Ancon.

– 1 CUC za parking – instruuje mnie młody Kubański chłopak

– Ale ja jestem na rowerze – tłumaczę

-… 1 CUC za… przypięcie roweru do palmy – szybko mi odpowiada

Ancon to piękna, długaśna plaża na której znajduje się elegancki kurort o tej samej nazwie. Pełno tu turystów i Kubańskich naciągaczy. Naiwni przyjezdni biorą z Trinidad na plażę taksówki zapominając ustalić cenę powrotną, a kierowcy bezlitośnie to wykorzystują, żądając astronomicznych kwot za powrót.

-Chico!- wołam małego chłopca, który krąży pomiędzy plażowiczami ,sprzedając, smaczną domową pizzę. Po dużym wysiłku, momentalnie pochłaniam przekąskę i całkiem na serio zastanawiam się nad kupnem kolejnej porcji. Rozkładam się na piasku, z dala od hotelowej strefy i obserwuję bawiących się ludzi.

Po lewej stronie jest hotel. Przed nim prywatna plaża na której smażą się turyści, dzieciaki jeżdżą na skuterach wodnych i bananie. Po prawej, nastoletnie Kubańskie dziewczyny chlapią się wodą.  Co jakiś czas te dwa światy przenikają się. Po „turystycznej stronie” kubańscy kelnerzy, barmani, sprzątacze pracują w pocie czoła.  W tym czasie po „lokalnej stronie” starsi przyjezdni podchodzą do młodych Kubańskich dziewczyn, szepcząc im do ucha. Niestety, takich obrazków na wyspie jest  bardzo wiele. Najłatwiej zaobserwować  je na takich właśnie kurortowych plażach. Wyzysk lokalnej siły roboczej i turystyka seksualna to poważnie problemy na wyspie.

Ancon coraz mniej mi się podoba, a od samej plaży wydaje mi się bardziej interesująca podróż tutaj i samotne Kubańskie krajobrazy, które mijałam po drodze. Pakuje plecak i wracam po rower, żeby zdążyć do Trinidad przed zmrokiem.  Droga powrotna jest cięższa bo teraz jadę praktycznie bez przerwy pod górę i pod wiatr. W pewnym momencie nie daję już rady, zsiadam z roweru i razem z grupą rolników wspinamy się pod duży pagórek. Ja pcham mój rower, oni wóz i konia. Potem proponują mi  podwózkę, jednak chyba nawet na tym starym rowerze, dojadę do Trinidad znacznie szybciej. Chwile po zmroku z radością i ulgą, nareszcie wracam do miasta.

-Jak Twój klapek i KUBAŃSKI rower? – pyta zadowolony mężczyzna

-Oba wciąż działają  –schodzę z kręcącego się siodełka i opieram zniszczony rower o ścianę.

Kubański mężczyzna miał dziś rację, brak mapy nie okazał się problemem, choć tym razem jadąc  prosto wcale nie dotarłam do celu, bo sednem okazała się, jak to przeważnie bywa, sama podróż.

Ameryka Środkowa, Chicken Bus

Jest niesamowicie  kolorowy – przeważnie pomalowany we wzory graffiti, obrazki świętych lub barwy klubów piłkarskich, a czasem nawet obwieszony lampkami bożonarodzeniowymi. Jest super głośny – słychać go już z daleka, z muzyką ustawioną na cały regulator i warczącym, starym silnikiem. Zapchany do granic możliwości, stary, niewygodny, brudny i przeważnie spóźniony, ale też super tani, klimatyczny, zabawny. Chicken bus, bo o nim mowa, wrósł w latynoski krajobraz, stając się symbolem niespiesznego (z taką kondycją pojazdu, innej możliwości nie ma 😉 ) i taniego podróżowania. Chyba nie potrafię sobie już  wyobrazić jakiejkolwiek drogi Ameryki  Środkowej, bez powolnie snującego, obładowanego , poczciwego chicken busa.

chicken-bus

W Ameryce Centralnej można je spotkać wszędzie. Stare, amerykańskie szkolne autobusy pełnią role zarówno komunikacji miejskiej jak i autobusów długodystansowych. Przeważnie nie mają przystanków , zatrzymywane są przez pasażerów.  Bilety są śmiesznie tanie, czasami cena ustalana jest w drodze twardych negocjacji. Siada się tam, gdzie akurat jest wolne miejsce (łącznie z  miejscówką na dachu). Nie ma co się łudzić, że będzie wygodnie. Chicken bus z reguły, nie ma być komfortowym pojazdem, jego zadanie jest proste, dowieść jak największą ilość pasażerów z punktu A do punktu B. Tak więc po zajęciu miejsca w fotelu (w pierwotnym zamyśle przeznaczonym dla dwójki uczniów szkolnych) na pewno szybko dosiądzie się do nas kolejne dwie, nawet trzy  osoby, dodatkowo kładąc nam małe dziecko na kolana albo worek ryżu pod nogi. Oczywiście można narzekać, że ciasno, że niewygodnie, ale po paru minutach zdajemy sobie sprawę, że i tak jesteśmy wybrańcami. Przynajmniej mamy siedzenie, o czym może tylko pomarzyć kilkanaście  innych pasażerów ściśniętych w przejściu jak sardynki w puszcze. Walizki, plecaki i wszelkie inne balasty zabierające cenną przestrzeń, mocowane są na dachu linami.

Chicken bus nigdy nie korzysta z rozkładów jazdy, kierowca czeka aż będzie tylu pasażerów, żeby opłacało mu się jechać. Często trwa to nawet kilka godzin, wtedy nieocenioną pomocą jest, niezwykle popularny handel uliczny. Panie sprzedawczynie zgrabnie przepychają się pomiędzy pasażerami oferując chipsy, słodycze, lody, kawę.  Jedzenie samo przychodzi do nas, nigdzie nie trzeba iść ani stać w kolejkach, jedyny ruch który należy wykonać to sięgnąć do kieszeni po banknot, chodź nawet to, w takim ścisku nie należy do łatwych zadań.

Gdy w końcu kierowca odpala głośny silnik i włącza na cały regulator radio, wszyscy w promieniu kilku kilometrów już wiedzą, że chicken bus ruszył w kolejną trasę. Hałas jest niesamowity, co wcale nie przeszkadza pasażerom w rozmowach, przeważnie krzyczeniu do siebie, z jednego końca pojazdu na drugi.

Po kilku godzinach podróży w takich warunkach,  cztery litery bolą niemiłosiernie, nogi puchną a głowa pęka. Koszmar? Nie, wprost przeciwnie, jest rewelacyjnie, bo każda podróż chicken busem jest jak nową, ciekawą przygodą. Lokalni pasażerowie bardzo często zagadują, pytając o pochodzenie, wrażenia, opowiadają o sobie. Czasami wnętrze autobusu przypomina  dyskotekę na kółkach, gdzie wszyscy śpiewają, klaszczą w rytm muzyki. Czasem podróżuje się z  tradycyjnie ubranymi tubylcami, czasem ze zwierzakami  transportowanymi na targ (stąd popularna nazwa autobusu: chicken bus -autobus z kurczakami).

DSC08224

Oczywiście tak jak w wielu innych miejscach w  Ameryce Centralnej, tak i tu, zdarzają się też niebezpieczne sytuacje; szaleni, pędzący kierowcy, wypadki, kieszonkowcy. Nie ma co się jednak zbytnio uprzedzać, panikować, irytować i krzyczeć na kierowcę – „Kiedy wreszcie ruszymy?!”. Chicken bus jest jak cała Ameryka Centralna, hałaśliwy i chaotyczny. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla naszych biednych nerwów. I choć wsiadając do autobusu, nigdy nie ma się pewności, czy aby się nie spóźni, nie popsuje i czy w ogóle dowiezie nas do celu, to przynajmniej jednego możemy być absolutnie pewni,  że będzie ciekawie.

Meksyk, Zipolite

Poczucie, że gdzieś nie pasujemy, do jakiegoś miejsca, do pewnego towarzystwa, na pewno dotknęło każdego z nas przynajmniej raz w życiu. Uczuciu takiemu towarzyszy przeważnie przeświadczenie, że wszyscy się na nas gapią, a my czujemy się dziwnie, zupełnie jakbyśmy nagle stanęli  nadzy na środku sali. Takie uczucie niedopasowania, dość silnie dało mi o sobie znać, pewnego dnia w małym miasteczku w Meksyku. Siedziałam na środku plaży i byłam pewna, że znalazłam się w niewłaściwym miejscu,  że tutaj nie pasuję,  czułam na sobie spojrzenia wszystkich dookoła, zupełnie jakbym nagle była… naga.

Powinnam domyślić się wcześniej, że coś jest nie tak. Już w Oaxaca, zapoznany młody Meksykanin uśmiechnął się znacząco, gdy z beztroską w głosie oświadczyłam, że następnego dnia wybieram się do małej wioski na wybrzeżu Pacyfiku- Zipolite. „Będzie Ci się tam podobać!” przytaknął zadowolony, a ja radośnie przyznałam, że nie mogę się już doczekać, żeby „wyskoczyć z ciuchów” na plażę.

Podróż na miejsce była długa i bardzo męcząca. W lokalnym autobusie byłam jedynym obcokrajowcem, do tego jedyną kobietą. „Gdzie jedziesz?” dopytywali pasażerowie. „Do Zipolite?” uśmiechali się szeroko i szturchali jeden drugiego. Autobus co jakiś czas zatrzymywał się zbierając z drogi kolejnych ludzi. Czasem kierowca podwoził kilka kilometrów dzieciaki wracające pieszo ze szkoły, czasem na dach wskakiwali okoliczni rolnicy z workiem ziemniaków lub ryżu. Takie niezaplanowane postoje wydłużyły całą jazdę o dobrych parę godzin.

Gdy w końcu dojechaliśmy do miasta Pochutla, okazało się, że autobus dalej nie jedzie, a do Zipolite muszę się dostać na własną rękę.  „Trzeba złapać furgonetkę, która jeździ na tej trasie co kilkanaście  minut” wyjaśnił mi jeden z pasażerów. Błądziłam po mieście z pół godziny w poszukiwaniu samochodu, gdy  podszedł do mnie starszy Kanadyjczyk. Okazało się, że on również jechał do Zipolite, i co najważniejsze, wiedział jak się tam dostać.

Małe furgonetki transportują ludzi pomiędzy Pochutla a wioskami na wybrzeżu.Na drewnianych ławkach na tylnej pace siedzą ściśnięci pasażerowie, bagaże przywiązuje się na dachu kabiny. Samochód nie zatrzymuje się na żadnych przystankach, po prostu tam gdzie chce się wysiąść, a raczej wyskoczyć, trzeba uderzyć dwa razy w dach. Wraz z nami podróżuje para hipisów oraz cztery lokalne nastolatki zaplatające sobie nawzajem warkoczyki z mokrych włosów.  W czasie jazdy dowiaduję się od Kanadyjczyka, że za parę godzin dołączy do niego jego partner i, że już od kilkunastu lat spędzą tutaj razem wakacje „Tam jest tak-szuka odpowiedniego słowa -…swobodnie” tłumaczy podejrzanie się uśmiechając.

W końcu dojeżdżamy, tzn. na to wygląda bo Kanadyjczyk uderza dwa razy w dach samochodu, pomimo, że zatrzymujemy się dosłownie pośrodku niczego. Teraz trzeba przejść kilka kilometrów leśną ścieżką. Idę spokojnie za Kanadyjczykiem, choć cały czas zastanawiam się, gdzie właściwie jest ta plaża. Już po kilkunastu minutach marszu moje obawy zostają rozwiane, leśna ścieżka płynnie przechodzi w główną ulicę miasteczka. Nagle znikąd wyłaniają się małe kameralne hotele, restauracyjki, kawiarenki, sklepiki, wszystko jakby miniaturowe, tak jak miniaturowe jest to miejsce. W powietrzu unosi się hipisowski wyluzowany klimat i zapach palonych jonitów.

Razem z Kanadyjczykiem zatrzymujemy się w hotelu jego znajomego. Po zameldowaniu natychmiast wskakuje w kostium kąpielowy. Plaża, nareszcie plaża, nie leżałam na piasku od kilku tygodni, odkąd wyjechałam z  Jukatanu. Wąską ścieżką pomiędzy budynkami wybiegam na rozgrzany piasek. Tak strasznie się cieszę wodą i słońcem, że prawie w podskokach przebiegam kilkanaście metrów. W końcu się zatrzymuję i właśnie wtedy, dociera do mnie to dziwne uczucie, że coś jest nie tak. Powoli rozglądam się na boki, po prawej stronie na leżakach siedzi starsza para zaczytana w książce, po lewej dwie dziewczyny grają w frisbee, przede mną kilku młodych ludzi słucha muzyki. Niby nikt nie zwraca na mnie uwagi, ale ja czuję się dziwnie, zupełnie jakbym była naga, pomimo, że jak na ironie, jestem prawdopodobnie jedną z niewielu osób na plaży która jest… ubrana! Tak! Jestem na plaży nudystów!

Po chwili podchodzi do mnie Kanadyjczyk, „Jak Ci się podoba Zipolite?” pyta zadowolony, kompletnie nie przejmując się faktem, że stoi naprzeciwko mnie cały golutki.  Dosłownie brakuje mi słów, żeby odpowiedzieć w jakiś sensowny sposób, więc tylko uśmiecham się niepewnie.

„Patrz na wodę, patrz na wodę” powtarzam sobie w myślach, chociaż jest ciężko, bo na plaży powoli przybywa, nieskrepowanych ludzi.  „Ładna chusta” – słyszę zza pleców. Odwracam się powoli, młody Włoch posyła mi uśmiech. Chyba jeszcze nigdy nie odczułam takiej ulgi jak wtedy, gdy zobaczyłam jego spodenki. „Mogę tutaj siąść”- pyta grzecznie. Przez kilkanaście minut rozmawiamy o podróżach i Meksyku. I wszystko było by super, gdyby nie chwila, w której Włoch postanowił się wykapać w morzu. W tym celu bez zbędnego zażenowania ani uprzedzenia, szybkim ruchem reki wyskoczył z niepotrzebnych spodenek, które wylądowały zaraz obok mnie na piasku, i pobiegł beztrosko do wody. Po powrocie zaś, ułożył się wygodnie nagusieńki tuż obok mnie, rozkładając szeroko ręce i nogi (zupełnie jakby chciał zrobić anioła na piasku) tłumacząc, że w takiej pozycji „równo się opali”. Powoli wstałam, owinęłam się szczelnie chustą i grzecznie pożegnałam.  Ruszyłam w kierunku hotelu mijając starszą parę, które teraz w towarzystwie nagich znajomych robiła sobie na plaży piknik.

Wieczorem Kanadyjczyk i jego partner,  zaprosili mnie na kolację. Tym razem kompletnie ubrani wybraliśmy się do pobliskiej restauracji, w której jak się okazało również nie obowiązuje dress code, ani tym bardziej żaden dress. W tej właśnie chwili podjęłam decyzję,  że nie zabawię w Zipolite długo. Następnego dnia z samego rana zostawiłam Kanadyjczykowi  pożegnalną notkę na drzwiach, leśną ścieżką wróciłam na główną drogę i złapałam  furgonetkę. W czasie jazdy powrotnej, na samo wspomnienie poprzedniego dnia, nie mogę przestać się śmiać.

Zipolite to naprawdę ładne miejsce. Urocze miasteczko, oblewane przez fale Pacyfiku, z długą piaszczystą plażą, pięknie wkomponowaną w skalisty krajobraz i bardzo wyluzowaną, nieskrępowaną  atmosferą. Niestety pomimo całego, niezaprzeczalnego uroku tego miejsca, nic na to nie poradzę, że  gdy czuję, że gdzieś nie pasuję, to mówię pas, pakuję manatki i jadę dalej.

mappa

Z dedykacją dla AnizW i Antoniego N.;)

Nikaragua, Wyspa Ometepe

„Patrz na horyzont” powtarzam sobie w myślach i staram się utrzymywać wzrok na linii wody. Nie jest to łatwe bo łódź, co chwile przechyla się na jedną, to zaraz na drugą stronę. Razem z paroma osobami leżymy na podłodze na górnej części statku. Kilkanaście minut temu, wszyscy przenieśliśmy się z dolnego pokładu, gdzie wprawdzie ustawione są prowizoryczne ławy do siedzenia, ale zaduch i ciasnota tylko pogarszały sprawę. Wiatr uderza w fale, a cały statek dosłownie podskakuje we wszystkie strony. Oddycham coraz głośniej i szybciej i z całych sił próbuje powstrzymać się przed najgorszym. W tym momencie, całkiem na serio, zaczynam rozważać zamieszkanie na wyspie na stałe, byle tylko nie przeżywać po raz kolejny tego koszmarnego rejsu.

Ometepe to największa wyspa na jeziorze Nikaragua, jak również największa na świecie wyspa wulkaniczna, znajdująca się na słodkowodnym jeziorze. Z lotu ptaka, kształtem przypomina ósemkę, a to za sprawą dwóch malowniczych wulkanów; Concepcion (1610 m n.p.m.) i Maderas (1326 m).

Głównym i największym miastem jest Moyogalpa, tutaj też znajduje się port, skąd dwa razy dziennie na ląd, odpływa koszmarny statek. Razem z zapoznaną parą Szotów i młodą Australijką, idziemy do przydrożnej restauracji by choć trochę uspokoić zszargane, ciężkim rejsem nerwy. Okazuje się, że prowadzi ją młody Anglik, który podczas podróży dookoła świata, poznał tutaj dziewczynę, zakochał się i postanowił osiąść na stałe. Po obiedzie, cała nasza czwórka dyskutuje o planach na najbliższe dni. Tak naprawdę nikt z nas, dokładnie nie wie, gdzie chce jechać, dlatego zaintrygowani propozycją właściciela knajpki, postanawiamy wyruszyć na drugą stronę wyspy, do wioski San Pedro. Niestety, w te okolice autobus jeździ tylko raz dziennie, rano. Ale od czego ma się znajomych. Kolega, kolegi naszego gospodarza zna innego kolegę, który akurat jedzie w te rejony i może nas podrzucić.

Tuż przed zmrokiem wyruszamy więc do tajemniczego San Pedro. Nasz kierowca nie mówi słowa po angielsku ale cała nasza grupa, ochoczo kaleczy z nim hiszpański. Mężczyzna jest bardzo uprzejmy i zatrzymuje się za każdym razem, gdy z piskiem wzdychamy, żeby zrobić kolejne zdjęcie wulkanom. Wyspa ma zaledwie 30 kilometrów długości dlatego podróż do celu trwa niecałą godzinę. Nasz kierowca wysadza nas w San Pedro, które z trudem  można nazwać wioską, bo składa się z dwóch zagubionych na polach hosteli, z jednego bardzo słabo zaopatrzonego sklepiku i kilku rozpadających się domów mieszkalnych. Pomimo, że docieramy tutaj już po zmroku, ze znalezieniem noclegu nie ma najmniejszych problemów. Dostajemy do użytku cały domek z fantastycznym widokiem na jezioro i wulkan.

Ometepe znana jest przede wszystkim z oszałamiającej przyrody. Do największych atrakcji należą wspinaczki na oba wulkany, a także przejażdżki rowerami i motocyklami po zielonej okolicy. Razem z dziewczynami postanawiamy odwiedzić tutejszy wodospad. Niestety trasa, która przez właściciela hostelu została określona jako łatwa, w rzeczywistości jest kamienną, górzystą drogą, a żeby ja pokonać trzeba się wykazać nie lada kondycją. Dojazd na miejsce rowerem, zajmuje nam parę godzin, potem musimy jeszcze maszerować pod górę ładnych kilkanaście kilometrów.Wodospad znajduję się u podnóża wulkanu, więc trasa jest naprawdę bardzo wyczerpująca. Zmęczone i spragnione, drogę powrotną do San Pedro postanawiamy odbyć już autobusem. Niestety okazuję się, że jedyny bus który tutaj kursuje, akurat dziś nie przyjechał. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak resztkami sił popedałować z powrotem do hotelu.

      Następnego dnia postanawiam odprężyć moje zmęczone, pełne zakwasów nogi i spacerkiem wybieram się do oddalonych o kilkanaście kilometrów, jeziorek Ojos de Aqua. Dzisiejsza trasa jest równie malownicza i co najważniejsze prosta. Po drodze mijam kilka innych, miniaturowych wiosek, przez chwilę idę wzdłuż malowniczego wybrzeża i wąskich plaże, a także przechodzę obok zagubionej pośrodku lasu, jedynej kafejki internetowej, gdzie przed drzwiami do budynku wylegują się małpy.

Żeby dostać się na teren  Ojos de Aqua trzeba najpierw zapłacić za wstęp. W tym celu muszę obudzić śpiącego na hamaku mężczyznę, który jest odpowiedzialny za opłaty. Ojos de Aqua to otoczone bujną zielenią, naturalne baseny, które wypełnione są przyjemnie chłodną, krystalicznie czystą wodą. W niedalekiej odległości znajdują się małe restauracje, prysznice i toalety, a wszystko to pośrodku… plantacji bananów.

To jednak nie koniec dzisiejszych atrakcji, wieczorem całą grupą udajemy się do sąsiedniego hostelu, który znajduje się na… drzewie. W olbrzymim konarze ukryte są schody, które prowadzą do kilkupoziomowego domku umocowanego na grubych gałęziach. W środku mieści się kilkanaście łóżek, zaś na samej górze są miejsca do zawieszenia hamaków. Na dole działa bar z mini restauracją, w której właściciele chętnie urządzają najróżniejsze imprezy. Całe miejsce wypełnia przyjemna muzyka i bardzo wyluzowana atmosfera, a okolice rozświetlają kolorowe lampki choinkowe.

Na Ometepe ciężko się nudzić, na wyspie można znaleźć też kilkanaście plaż, plantacje wyśmienitej lokalnej kawy, a także ważne ośrodki archeologiczne z okresu prekolumbijskiego. Po kilku dniach muszę jednak ruszyć w dalszą drogę. Wcześnie rano, nareszcie udaje mi się złapać jedyny autobus do Moyogalpa, który ze względu na swój niezwykle rzadki rozkład jazdy, jest zapchany do granic możliwości. W tłumie ludzi przeciskają się jadące do szkoły dzieci, rolnicy którzy wiozą kurczaki na targ, mieszkańcy okolicznych wiosek, a wśród nich jeszcze kilku turystów z plecakami.

Z niemałymi obawami wsiadam na łódź powrotną na ląd. Wiedziona doświadczeniem niezwłocznie udaję się na górny pokład. Tym razem jednak, droga przez jezioro okazuje się być miłym zaskoczeniem. Woda jest spokojna a delikatny wiatr niesie przyjemne orzeźwienie. Razem z innymi ludźmi leżymy na podłodze, ale nie z wycieńczenia chorobą morską, a zrelaksowani opalamy się na słońcu. Daniel, młody Niemiec będący w podróży przez Amerykę Środkową,  przygrywa nam na gitarze. Tym razem znowu spoglądam na horyzont, ale nie po to żeby uspokoić rozszalały żołądek, tylko by po raz ostatni spojrzeć, na oddalające się, przepiękne wulkany na wyspie Ometepe.

Belize, Caye Caulker

„Go slow” to bynajmniej nie żadne ostrzenie, a motto jakie obowiązuje wszystkich którzy przybywają na wyspę Caye Caulker w Belize. Tak naprawdę wystarczy pobyć tutaj zaledwie sekundę, żeby zrozumieć całą filozofie tego sloganu. Na Caye Caulker nie ma co się spieszyć, i to nie tylko dlatego, że całą wyspę można przejść w dołowienie pół godziny. Przybywając tutaj, obowiązuje nas, przyjezdnych niepisana zasada. Zostawiamy za sobą wszystkie troski, stresy, zaległe terminy, cały ten pośpiech dnia codziennego, bo od tej pory „idziemy wolno”.

DSC09071

Z rana, łapię autobus w miasteczku San Ignacio. Nie trzeba iść na dworzec, wystarczy wybiec na środek ulicy, machając rękoma. Do stolicy kraju, Belize City mam trzy godziny drogi. Za plecami siedzą dwaj starsi Amerykanie, którzy mieszkają tutaj od kilu lat, więc cała droga mija nam na przyjemnych rozmowach. Z radia leci wibrujące reggae, za oknem dominuje iście karaibski klimat. Jestem w najbardziej nie – latynoskim kraju Ameryki Środkowej.

Po przyjeździe do Belize City, Amerykanie podwożą mnie do portu, skąd praktycznie co godzinne kursuje łódź na Caye Caulker. Wodny szlak to jednak nie jedyna droga żeby dostać się na wyspę, dużo wygodniejsze, ale też niestety i droższe, są usługi  lokalnej linii lotniczej. Pas startowy lotniska przecina całą wyspę na pół, chodź na pierwszy rzut oka, wydaję się, że jest i tak o wiele za krótki.

Tego dnia, na łodzi jest wyjątkowo dużo ludzi, okres przedświąteczny sprzyja turystyce. Po około pół godzinnym rejsie dostrzegam w oddali wyspę. Wygląda jak płaski naleśnik rzucony na turkusową taflę wody, z którego wyrastają wysokie palmy. Trzy ulice, o dużo mówiących nazwach (Przednia, Środkowa, Tylnia) ciągną się od lotniska aż do miniaturowej plaży, znajdującej się po przeciwnej stronie wyspy.

DSC09141

Zgodnie z dewizą  „go slow” po Caye Caulker ludzie  przemieszcza się… wózkami golfowymi. To, obok rowerów jedyny tutejszy środek transportu. Meleksami,  poruszają się mieszkańcy, taksówkarze (za każdy punkt na wyspie obowiązuje zawsze jedna stawka), pracownicy tutejszej lecznicy oraz ubrani w szorty policjanci. Zupełnie jakbym znalazła się na placu zabaw, gdzie po wielkiej piaskownicy, jeździ się małymi samochodzikami.

DSC09096

DSC09061

Przyjeżdżam bez rezerwacji, ale nawet w okresie przedświątecznym, bardzo łatwo udaje mi się znaleźć nocleg. Razem z zapoznanymi Nowozelandczykami wynajmujemy przyjemny pokój, tuż nad wodą. Swoje pierwsze kroki kieruje do jedynego na wyspie bankomatu, do którego o każdej porze dnia ustawiona jest olbrzymia kolejka ludzi. Potem spaceruję chwile po okolicy. Tak naprawdę, tylko niewielki fragment wyspy jest zagospodarowany, większa część to bagniste, podmokłe tereny na które obowiązuje zakaz wstępu.

Ulice są wąskie, pokryte piaskiem. Wzdłuż Tylnej ciągnie się gęsta zabudowa domów mieszkalnych, na Środkowej znajdują się restauracje, jedyny bank i małe sklepy, Przednia, zarezerwowana jest dla turystów, hoteli, barów, wszelakich agencji turystycznych specjalizujących się najróżniejszych sportach wodnych. Najpopularniejsze jest oczywiście nurkowanie. Caye Caulker leży tuż przy, drugiej po Australii, największej rafie  koralowej na świecie. To tutaj, znajduje się też prawdziwa gratka dla każdego nurka, Blue Hole, czyli olbrzymia morska studnia, widoczna z kosmosu, której głębokość wynosi 140 metrów. Oprócz tego, na zapaleńców wodnych szaleństw czekają kajaki, windsurfing czy stand up paddle (stanie na desce odpychając się wiosłem). Każdego wieczora organizowane są też najróżniejsze rejsy; z nurkowaniem o zachodzie słońca, łowieniem ryb, pływaniem z rurką.

DSC09138

Wieczorem, gdy powietrze robi się przyjemnie chłodne, idziemy na kolacje. Na piasku mieszkańcy rozstawiają podłużne grille. Nad całą wyspą unosi się wtedy charakterystyczny zapach palonego drewna. Na ziemi stoi kosz wypełniony prawdziwymi skarbami z dzisiejszego połowu, homary, kraby, ośmiornice, do wyboru do koloru. Siadamy na drewnianych ławach, przodem do morza i zajadamy się delikatnym mięsem homara, przegryzanym warzywnymi szaszłykami i czosnkowym pieczywem.  Gorące powietrze od grilla, ochładza orzeźwiająca bryza znad wody. Aż ciężko uwierzyć, że jest grudzień. Tak naprawdę, jedyne co przypomina nam o zbliżających się świętach, to zawieszone na palmie kolorowe lampki choinkowe.

DSC09103

DSC09106

DSC09107

Nocą, cała wyspa bawi się w jednym miejscu. Bar Lazy Lizard znajduje się na samym skraju wyspy, i wygląda jakby zaraz miał wpaść do wody. Tutejsi wyluzowani barmani  oferują wszystkie możliwe trunki, za podłogę robi biały piasek z plaży, a stoły i ławy do siedzenia, ustawione są wprost w turkusowej wodzie morza karaibskiego.

DSC09075

DSC09083

DSC09081

W ciągu dnia zaś, wszyscy zbierają się w przyległej do Lazy Lizard, jedynej w okolicy, miniaturowej plaży, The Split. Codziennie po południu  przechadza się tutaj Cake Man- potężny czarnoskóry mężczyzna, sprzedający swoje słynne cytrynowe tartetki i rozpływające się w ustach ciasto bananowe. Cake Man’a znają w okolicy wszyscy, wesoły, zabawny, zawsze uśmiechnięty i, skory do żartów. Raz, niespodziewanie podszedł do pewnych amerykańskich turystów wygrzewających się na piasku i oświadczył, że robi sobie przerwę a oni przejmują biznes. Zaskoczeni, ale też rozbawieni mężczyźni, ochoczo chwycili za wózek ze słodkościami i z dużym profesjonalizmem zaczęli biegać po okolicy i sprzedawać ciasta. Wyluzowany charakter tego miejsca bardzo szybko zaraża każdego.

DSC09114

Cztery dni na Caye Culker mijają w mgnieniu oka. Poddaje się całkowicie tutejszej dewizie i  „idę wolno”. Relaks, opalanie, kąpiele w turkusowej wodzie, dobre jedzenie, weseli ludzie, sprawiają że czuję się wypoczęta jak nigdy w życiu, chodź niestety szybko orientuję się że motto „go slow” nie odnosi się do jednej, ważnej rzeczy. Chodź bym nie wiadomo jak wolno chodziła, to i tak czas na Caye Culker, leci zdecydowanie zbyt szybko.

map

Salwador, Ruta de las Flores

To kraj gangów, przestępców i handlarzy narkotyków – tak reklamowali mi Salwador, poznani po drodze ludzie, gdy mówiłam, że wybieram się do tego najmniejszego państwa w Ameryce Środkowej.

Każda napotkana osoba pukała się w głowę – po co tam jechać, przecież tam nic nie ma. Biorąc pod uwagę panującą opinie o tym kraju, ciężko się z tym nie zgodzić. Salwador często pomijany przez turystów, nie może pochwalić się zabytkami wysokiej klasy jak chodźmy sąsiadująca z nim Gwatemala, wybrzeża nie oblewają bajeczne, turkusowe wody morza Karaibskiego, a jedzenie ciężko porównywać do przysmaków z  kuchni Meksykańskiej.

Dwunastoletnia wojna domowa, która pochłonęła mnóstwo ludzi, odwieczne konflikty z sąsiednimi krajami, korupcja i przemoc zniszczyły reputacje Salwadoru na całym świecie, a brak umiejętnej promocji kraju sprawił, że turyści omijają go szerokim łukiem. Niebezpieczny i nieciekawy, niestety te dwa słowa przez lata, przyległy do tego miejsca.

Jadąc do Salwadoru, kompletnie nie miałam pomysłu co chce tam zobaczyć, czy jechać na wybrzeże, popodróżować trochę po kraju czy ograniczyć się jedynie do stolicy. Bez żadnego planu dotarłam do małego hostelu w San Salwador. Jak to przeważnie bywa w moich podróżach, brak planu okazał się najlepszym planem. Jeszcze tego samego wieczora, poznałam dwóch młodych Holendrów, którzy już na wstępie zaproponowali mi kilkudniową, wycieczkę samochodową z młodym Salwadorczykiem Julio. W podróżowaniu najbardziej lubię poznawać kraj z lokalnymi ludźmi, dlatego zgodziłam się bez wahania. Może jest tutaj niebezpiecznie, ale na pewno zapowiada się bardzo ciekawie.

Z samego rana pojechaliśmy na Uniwersytet Jose Matias Delgado, gdzie Julio zdawał swoje ostatnie egzaminy na medycynie. Oczywiście nie obyło się bez małych komplikacji. Przypadkowo pomyliliśmy kampusy ale dzięki uprzejmości Salwadorskich studentów, szybko udało nam się skontaktować z Julio.

Byłam bardzo ciekawa spojrzenia na ten kraj oczami osoby, która się tutaj urodziła i wychowała, dlatego od razu zapytałam, gdzie jedziemy. Julio uśmiechnął się szeroko i odpalił samochód „Zobaczyć prawdziwe kolory Salwadoru! Jedziemy na Ruta de las Flores (Drogę kwiatów).”

Ruta de las Flores to szlak, który ciągnie się przez jedne z najpiękniejszych miejsc w kraju,  swoją nazwę zawdzięcza kolorowym kwiatom, które gęsto porastają okolicę.  Kwiatowa droga wiedzie przez urocze, kolonialne miasteczka, plantacje kawy i zapierające dech w piersiach krajobrazy. Cała trasa położona jest w malowniczych górach Apaneca Ilamatepec, które osiągają wysokość 2,365.07 m n.p.m. Świerzy i przyjemny klimat sprzyja zwiedzaniu, a organizowane w każdym miasteczku cotygodniowe kolorowe festiwale, zachęcają do zostania tutaj na dłużej. Trasa jest bardzo dobrze przygotowana i oznaczona, co niezwykle ułatwia orientację w terenie. Po drodze znajduje się mnóstwo punktów postojowych z tarasami widokowymi na pobliskie wulkany i porośniętą kwiatami okolicę. Pomimo swoich niewielkich rozmiarów, Salwador jest krajem niezwykle górzystym, jest tutaj aż 61 wulkanów, zarówno wygasłych jak i czynnych, które niezwykle plastycznie wkomponowują się w tutejszy krajobraz.

Pierwszy przystanek na  kwiatowej trasie  to Park Narodowy Cerro Verde. Naszym celem jest wdrapanie się na Santa Ana, wznoszący się na wysokości 2381 m n.p.m., najwyższy wulkaniczny szczyt w kraju. Szlak wspinaczkowy nie jest skomplikowany i wyjście na górę zajmuje raptem kilka godzin, niestety tego dnia jest zamknięty dla zwiedzających. Musimy zadowolić się tylko spacerem u podnóża wulkanu, co wcale nie oznacza nudnej wędrówki. Co jakiś czas mijamy kolejne tarasy widokowe, skąd roztacza się oszałamiający widok na pobliskie doliny i piękne jezioro Lago de Coatepeque.

Podążając szlakiem  Ruta de las Flores odwiedzamy Apaneca. Położona na wysokości 1,477m n.p.m. jest najwyżej ulokowanym, miastem w całym kraju. Już od pierwszej minuty, Apaneca zachwyca urokliwym klimatem  kolonialnego  miasteczka, z kamienistymi uliczkami i kolorowymi domami. To właśnie z tutejszych, okolicznych plantacji pochodzi słynna Salwadorska kawa, uznawana za jedną z najlepszych na świecie. Miasteczko jest również ważnym ośrodkiem archeologicznym z wartościowymi wykopaliskami pochodzącymi z okresu prekolumbijskiego.

Wielką atrakcją Apaneca są bez wątpienia różnorodne gatunki kwiatów porastające całą okolicę, to również doskonałe miejsce na spróbowanie lokalnej kuchni. Tutejsze restauracyjki, często prowadzone przez całe familie, wieczorami pękają w szwach. Miejsca przed telewizorem są najbardziej pożądane, szczególnie gdy akurat leci mecz piłki nożnej. Rozsiadamy się na niewygodnych, plastikowych krzesełkach i zamawiamy pupusa, chyba najpopularniejszy przysmak w kraju. Cienkie kukurydziane placki, wypełniane są pastą z czarnej fasoli, serem albo gotowanym mięsem wieprzowym. Do popijania Flor de Cana, nikaraguański rum, niezwykle popularny w całej Ameryce Środkowej.

Następnego dnia, z samego rana ruszamy do Juayua, kolejnego miasta na naszej trasie. Nazwa tego miejsca w języku Nahuatl oznacza „Rzeka fioletowych orchidei”, i nawiązuje  oczywiście do tutejszych kwiatów. W okolicy znajduje się wiele plantacji, gdzie produkowana jest roślinność ozdobna. Juayua położona na wysokości 1025m. n.p.m. jest również doskonałym miejscem do uprawy znakomitej kawy. Jednak największą atrakcją miasta, są co weekendowe festiwale jedzenia, czyli feeria de comida. Tysiące smaków i zapachów wypełniają wtedy całą okolicę, aż po brzegi. Można tutaj spróbować najbardziej tradycyjnych potraw, a także regionalnych dań z innych zakątków Salwadoru. Siedzimy przy prowizorycznych stołach, ramię w ramię z Salwadorskimi rodzinami i przy dźwiękach głośnej muzyki, zajadamy się specjałami lokalnej kuchni.

                                     

Po południu wybieramy się do Los Chorros de la Calera, pobliskich wodospadów ukrytych pośród bujnej roślinności. Ale najpierw, Julio prowadzi nas na tutejszy posterunek policji. Niewiele osób odwiedzających El Salwador wie, że można tutaj zwrócić się do policji o eskortę. Taka usługa świadczona jest turystom całkowicie bezpłatnie i jest szczególnie polecana, gdy ma się w planach spacer w miejsca odludne, lub uważane za niebezpieczne.

Komendant policji przydziela nam dwóch ochroniarzy, zastrzegając jednak, że mamy wrócić przed godziną 15, bo akurat wtedy w telewizji zaczyna się mecz piłki nożnej (!). Otoczeni dwójką policjantów udajemy się w kierunku lasu, by odnaleźć wodospady Calera. Ukryta pomiędzy drzewami sieć wodnych kaskad zachęca do orzeźwiających kąpieli, niestety górska woda przeraża niskimi temperaturami. Policjanci cierpliwie czekają, aż cała nasza czwórka skończy się pluskać w wodzie, po czym odprowadzają nas z powrotem do miasteczka.

Wieczorem znowu wybieramy się na festiwal jedzenia, żeby po raz kolejny skosztować okolicznych przysmaków, a potem spacerujemy po rozświetlonym setkami lampek bożonarodzeniowych centrum miasta. Zaglądamy m.in. do pięknego kolonialnego kościółka Santa Lucia, który od lat jest ważnym ośrodkiem religii katolickiej dla całego regionu. Znajdujący się wewnątrz witraż Czarnego Jezusa, umieszczony w samym centrum ołtarza, to najbardziej znane tutejsze malowidło. Kościół słynie również z imponujących dzwonów, które wygrywają najróżniejsze melodie, a ich dźwięk rozchodzi się w promieniu wielu kilometrów.

Ostatniego dnia naszej wycieczki zatrzymujemy się w Ataco. Miasteczko położone na sporej wysokości 1275 m n.p.m., otacza kolorowa roślinność i kolejne plantacje kawy. Każdego ranka okolice spowija gęsta mgła, co nadaje jej jeszcze większego czaru i niepowtarzalnego uroku. Ataco słynie z wysokiej jakości rękodzieła, wyrobu tradycyjnych tkanin, oraz  religijnych obrazów ręcznie rzeźbionych w drewnie.

W lokalnych szwalniach, za niewielkie ceny, można zaopatrzyć się w barwne materiały, a drewniane figurki świętych sprzedawane są na prawie każdej ulicy. Kamienne, wąskie drogi prowadzą na główny plac, gdzie w pośrodku wznosi się biało- niebieski budynek kościoła. Wszystkie domy otaczające centralny plac pomalowane są w barwne obrazki, przeważnie przedstawiające kwiaty, lub inne lokalne rośliny.

W każdy weekend, podobnie jak w Juayua, odbywa się tutaj uliczny festyn lokalnego jedzenia. Trafiamy do Ataco akurat w trakcie meczu Relau Madryt z FC Barceloną, dlatego całe miasto przystrojone jest w barwy piłkarskie obu drużyn, a każdy mieszkaniec chodzi obowiązkowo w koszulce klubu,któremu kibicuje. Wszyscy w skupieniu wpatrują się w ekran telewizora, a gdy w końcu padnie upragniona bramka, radości i celebrowaniu nie ma końca. 

Ruta de las Flores, wiedzie jeszcze przez kolejne dwa miasta; Nahuizalco i Salcoatitan. Niestety Julio musi wracać na uczelnię, więc najwyższa pora ruszyć z powrotem do stolicy.

Po drodze do San Salwadoru, zatrzymujemy się jeszcze kilkakrotnie, by po raz ostatni spojrzeć na skąpaną w słońcu, kolorową okolicę.

Kwiatowa droga Ruta de las Flores, to nie tylko barwny szlak przez najpiękniejsze miejsca w kraju, to przede wszystkim droga do tego lepszego, mniej znanego Salwadoru. Wiedzie ona do krainy kwitnących kwiatów, wulkanicznych krajobrazów, uroczych kolonialnych miasteczek, dobrego jedzenia, wesołych ludzi… do pięknego kraju, który owszem bywa niebezpieczny, ale na pewno nie można o nim powiedzieć, że jest nieciekawy.