Chile, Dolina Elqui, Pisco

„Tu spoczywa mój dobry druh Lucio, który lubił recytować poezje, śpiewać ile sił w płucach i kłócić się do upadłego…”. Odręcznie nabazgrane nekrologi wiszą na ścianie ciemnej groty, we wnękach zamiast trumien znajdują się stare, zakurzone butelki, a na całe pomieszczenie spogląda z gabloty ludzka czaszka.
Wbrew pozorom, to nie cmentarz, a destylarnia pisco, flagowego chilijskiego alkoholu.

Pierwszy raz miałam okazję spróbować go w Peru. W jednym z pubów w Arequipa zmówiłam koktajl Pisco Sour. Kwaskowaty drink na bazie pisco, cukru, soku z cytryny, kurzych białek i gorzkiego likieru angostura smakował wybornie. Parę lat później tuż po przylocie do Chile, pierwszym drinkiem który wypiłam była Piscola czyli proste połączenie pisco z coca colą. Już wtedy w barze w Santiago bardzo szybko zrozumiałam, że lepiej nie wspominać tu moich peruwiańskich doświadczeń z tym alkoholem. Pomiędzy obydwoma krajami trwa bowiem wielka wojna o pisco.

Pisco jest napojem typu brandy i produkuje się go ze sfermentowanych białych winogron pochodzących z odmian muscatów. Zarówno owoce jak i technika destylacji zostały przywiezione do Ameryki Południowej przez Hiszpanów w XVI wieku, nazwa prawdopodobnie pochodzi z języka quechua i wywodzi się ze słowa; pishkos co oznacza ptaszek. Pomimo, że to najpopularniejszy alkohol w Chile, to jednak w Peru na południu położone jest miasto Pisco, gdzie podobno zaczęła się jego produkcja. Zawzięty spór pomiędzy obydwoma krajami doprowadził nawet w pewnym momencie do nałożenia przez Chile w 1961 embarga, na peruwiańską odmianę pisco.

Przed powstaniem mocnego alkoholu otrzymuje się wpierw wino o zawartości ok. 14%, które powstaje z bardzo dojrzałych owoców białych winogron. W następnym etapie produkcji jest ono poddawane procesowi destylacji, dzięki któremu zawartość alkoholu wzrasta do 55-60%. Po kilkumiesięcznym leżakowaniu w dębowych beczkach jest rozcieńczane do 30-35% a następnie rozlewane do butelek. Pisco serwowane jest samo z lodem albo jako składnik słodkich koktajlów (najpopularniejsze to oczywiście Pisco Sour i Piscola).

IMG_8123Najlepszym miejscem w kraju do produkcji pisco jest położona na południu Dolina Elqui. Sprzyjająca jest tutaj gleba, klimat i odpowiednie nawodnienie terenu. Do tego widoki porośniętej plantacjami winorośli doliny są przepiękne. Podróżując okolicznymi szlakami nie możemy odpuścić wizyty w jednej z lokalnych destylarni. Nasz wybór pada na rodziną firmę Fundo Los Nichos. Zakład (na początku zajmujący się produkcją wina) został założony w 1868 roku przez rodzinę Rodriguez’ów i przez lata prowadzony był przez seniora rodu. Po jego śmierci interesem zajął się syn, który miał dość osobliwy i makabryczny pomysł na rodzinny biznes. Wymyślił sobie bowiem, że wino powinno leżakować… w towarzystwie nieboszczyków. Grobowce z trumnami miały znajdować się obok butelek z trunkiem. Na szczęście wykonanie tego dość mrocznego pomysłu nie było łatwe, dlatego właściciel zmienił koncepcje na bardziej realną. Zaprosił do siebie swoich znajomych i obiecał każdemu który upije się „w trupa” specjalną dedykację w miejscu gdzie pierwotnie miały spoczywać nagrobki. Do tej pory w Los Nichos (z hiszp. wnęki) na ścianach wiszą te przedziwne „nekrologi”. Opętany śmiercią właściciel nie porzucił jednak pierwotnego pomysłu i po jakimś czasie spełnił w końcu swoje marzenie. Kilka lat później, jeden z przyjaciół „podarował” mu ciało młodej dziewczyny, które spoczęło w krypcie pod betonową podłogą. Usunięto je stamtąd dopiero parę lat temu pod wpływem nacisków ze strony Chilijskiego rządu.

IMG_8133 IMG_8138IMG_8126
Przewodniczka, która oprowadza mnie po destylarni zarzeka się, że miejsce jest nawiedzone. Opowiada historie o dobiegających z krypt odgłosach spadających butelek i pokazuje zdjęcie, które kilka lat temu zrobiła sobie tutaj pewna rodzina. Na obrazku widać wyraźnie zarysowaną twarz mężczyzny.

Z lekkim dreszczem spacerujemy po niewielkim kompleksie. Najpierw zwiedzamy salę, gdzie winogrona są oddzielane od kiści, oczyszczane z brudu i robactwa. Następnie w wielkich garach następuje destylacja i leżakowanie, na koniec odwiedzamy słynną „trumienną salę”. Zimna, kamienna grota wypełniona jest zakurzonymi butelkami a na ścianach wiszą odręcznie napisane nekrologi. Czaszka w szklanej gablotce jest reprodukcją. Po tym jak Chilijski rząd dowiedział się o zwłokach spoczywających pod podłogą zwłokach, zabronił właścicielom przechowywać jakiekolwiek szczątki ludzkiego ciała.
Przewodniczka zaprasza na degustację. Każdy może spróbować klików rodzajów trunku. Sięgam po małą szklaneczkę i szybko wypijam alkohol który rozlewa się po gardle i delikatnie szczypie w podniebienie. Pisco jest bardzo silne, lekko aromatyczne, smakiem przypomina włoską grappę. Muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę je w koktajlach, dlatego zaraz po opuszczeniu Fundo Los Nichos lądujemy w restauracji, gdzie z przyjemnością wznoszę „Salud!” szklaneczką Chilijskiego Pisco Sour.

IMG_8141  IMG_8077

Przepis na Pisco Sour:

Składniki:
– 40 ml Pisco
– 1 Białko
– 15 ml Świeżo wyciśnięty sok z cytryny
– 10 ml Syrop z cukru trzcinowego
– 2-3 krople likieru Angostura
– 5-6 Kostki lodu

Przygotowanie:
Najpierw widelcem przez parę sekund należy ubić białko. Kostki lodu wkładamy do shakera, następnie wlewamy 5 ml ubitego wcześniej białka oraz resztę składników.
Koktajl energicznie mieszamy w shakerze przez około 8-10 sekund. Gotowy drink przelewamy do szklanki. Salud!

Zrzut ekranu 2015-11-11 o 10.54.18

Peru, Arequipa

Aby odnaleźć się w komunikacji autobusowej w Peru, potrzeba naprawdę niezłej uwagi i sprytu. W pawie każdym mieście znajdują się dwa dworce; północny i południowy. Dlatego zawsze należy dokładnie wiedzieć, w jakim kierunku zamierzamy kontynuować podroż. Dodatkowo na każdym dworcu jest się co najmniej kilkanaście stanowisk firm autobusowych – nie ma czegoś takiego jak państwowy przewoźnik.  Na poszczególnych stoiskach można obejrzeć zdjęcia autobusów (oczywiście ma to się nijak do prawdy), i dowiedzieć się o koszt podroży. Ceny się różnią, dlatego warto przyjść wcześniej i rozglądnąć się za najlepszą ofertą, można też próbować negocjacji. Jak już kupi się bilet, trzeba czekać. Bardzo często zdarza się, że przewoźnik po prostu musi uzbierać komplet pasażerów, dlatego punktualne odjazdy nie zdarzają się nigdy. Gdy wreszcie dostajemy znak, że autobus podjechał na podjazd, okazuje się że zamiast firmy, której zapłaciliśmy za bilet jest inna, dwie klasy niższa. Czyli historia kończy się jak zwykle: oszustwem. Przewoźnik u którego wykupiliśmy bilet za 20 soli, sprzedał nas do innej, tańszej firmy, gdzie bilet kosztuje 6 soli. Reklamacja też nie istnieje, bo nagle okazuje się na stoisku jest przerwa i wszyscy poszli na śniadanie/obiad/kolacje.

Taka sytuacja zdarzyła mi się podczas mojego pierwszego dnia w Peru. W miasteczku Puno, wraz z Jarem, polskim fotografem, daliśmy się podejść jak dzieci. Nasz autobus do miasta Arequipa to ruina. Na każdym wyboju moje siedzenie się zamyka, więc muszę pchać je z całej siły, żeby przypadkiem nie zamknęło się całkowicie… ze mną w środku.  Dodatkowo zatrzymujemy się na każdej stacji, zabierając po drodze ludzi, przeważnie jadących na targ wraz z całym towarem. Na każdym postoju jedno z nas musi też wysiadać, aby dopilnować czy przy okazji nikt nie przywłaszczył sobie naszych plecaków. W takich warunkach podroż, zamiast planowanych czterech, trwa osiem godzin, i do Arequipa dojeżdżamy późnym wieczorem.

Wybierając taksówkę trzeba być równie uważnym i sprytnym co przy autobusie. Sprawdzamy dokładnie licencje i zdjęcie kierowcy. Zwłaszcza teraz, gdy parę dni temu doszło do serii porwań turystów przez taksówkarzy, trzeba zachować szczególną ostrożność. Zatrzymujemy się niedaleko starego miasta. Hotel jest równie obskurny co autobus. Łóżka stoją w olbrzymich pokojach z sufitami na kilka metrów, od ścian odpada tynk a w oknach są kraty. Wygląda to trochę jak opuszczony szpital psychiatryczny ;).  Ale przynajmniej cena jest wprost proporcjonalna do jakości, pokój kosztuje 6 soli (około 7-8 złotych) i ma własną łazienkę, standardowo już, bez cieplej wody.

Arequipa to drugie co do wielkości miasto Peru i jedno z najpiękniejszych miejsc w kraju. Położone jest na wysokości 2325 m n. p. m, wkomponowane w przepiękny górzysto-wulkaniczny krajobraz. To właśnie dzięki pobliskiemu wulkanowi El Misti, Arequipa nazywana jest „białym miastem”. Wulkaniczne, białe skały posłużyły do wybudowania większości tutejszych budynków nadając temu miejscu niezwykły charakter. Niestety bliskie sąsiedztwo wulkanu przysporzyło Arequipie też wielu problemów. Ze względu na dużą aktywność sejsmiczną, miasto było kilkakrotnie niszczone przez kolejne trzęsienia ziemi. Centrum Arequipy to przepiękna Plaza de Armas, z fontanną i drzewami palmowymi przypomina trochę oazę w samym środku wielkiego miasta. Wokół placu znajdują się doskonale zachowane kolonialne budynki z piękną katedrą i potężnym kościołem Jezuitów Santa Catalina na czele. Od Plaza de Armes rozchodzi się siec równoległych uliczek, tworząc szachownice, w której niezwykle łatwo stracić orientacje. Arequipa to idealne miejsce na spacery, rewelacyjny klimat (nie jest tutaj ani za zimno ani za gorąco) zachęcają do pieszego zwiedzania miasta. Niestety podobnie jak w reszcie kraju, należy tu zachować szczególną uwagę, miasto bowiem słynie z kieszonkowców i drobnych złodziei.

Jedną z największych atrakcji miasta, jest oddalony o 100 kilometrów Kanion Colca (CZYTAJ:TUTAJ).

Hostel w Arequipa 🙂

W Arequipa rozstaje się z Jarkiem. On zmierza w głąb kraju a ja kolejnym nocnym autobusem do Cuzco. Tym razem, zaprawiona w boju, postanawiam nie dać się autobusowym naciągaczom i wybieram polecaną przez wszystkich firmę, Cruz del Sur. Wprawdzie bilet jest droższy, ale przynajmniej pasażerowie są monitorowani i legitymowani przy wsiadaniu do środka, jest czysto, jest toaleta a bagaże są oznaczane. Prawdę mówią, jest tak wygodnie i komfortowo, że aż nie ma za bardzo o czym pisać…;)

Surinam, Paramaribo

Francuz Jean zatrzymał się jako pierwszy gdy łapałyśmy z Leną stopa. „Mogę was zawieść na rozwidlenie dróg za miastem, ale najpierw muszę odebrać dzieciaki ze szkoły”. Szkoła w tropikalnej Gujanie Francuskiej różni się od tych „normalnych”. Nie ma zabudowanych korytarzy, a do klas wchodzi się prosto z podwórka na którym rosną palmy i drzewka cytrusowe. Okien jako takich też nie ma, są za to siaki na komary i inne liczne insekty. Stołówka jest na świeżym powietrzu, przykryta jedynie dachem, który chroni w czasie sezonu deszczowego a w łazienkach znajdują się specjalne prysznice, gdzie można się schłodzić w przypadku upałów. Za to na dźwięk dzwonka w każdej szkole na świecie, dzieciaki reagują tak samo entuzjastycznie, i już za chwilę z klas wybiega tłum rozkrzyczanych maluchów.

W samochodzie panuje istny chaos. Dwa blondwłose aniołki przepychają się na tylnym siedzeniu i kłócą się wniebogłosy o to, kto zje ostatni kawałek czekoladowej babeczki. Na nieszczęście dzielę z nimi fotel i co jakiś czas obrywam „przez przypadek”. Zgodnie z obietnicą Jean podrzuca nas na rozwidlenie dróg. Przez następny kwadrans łapiemy kolejnego stopa. Pierwsze dwa samochody odrzucamy bo Lena ma ‚„złe przeczucie” a „przeczucie jest najważniejsze w autostopie”. W końcu zatrzymuje się rodzeństwo Monika i Jan, które jedzie prosto do Paramaribo, stolicy Surinamu. Przed nami około 5 godzin wspólnej jazdy. Brat i siostra w średnim wieku wydają się całkiem sympatycznymi ludźmi. Zagadują, pytają skąd jesteśmy i dlaczego podróżujemy. Czas szybko płynie i nim się obejrzeliśmy dojechaliśmy do granicy. Podobnie jak w przypadku przejścia granicznego Gujana Francuska -Brazylia wpierw musimy pokonać rzekę. Obie z Lena gramolimy się z wielkimi plecakami po brzegu a w tym czasie Jan odstawia samochód na parking (ponieważ jeździ na trasie Kajenna – Paramaribo praktycznie co tydzień, całą podróż ma perfekcyjnie zaplanowaną).

Małą łodzią pokonujemy rzekę i po drugiej stronie pierwsze kroki kierujemy do straży granicznej. Obskurny budynek sąsiaduje ze… sklepem bezcłowym i kilkoma polowymi restauracjami. W pobliżu kręci się też paru podejrzanych typów, oferujących transport do stolicy. Trochę się niepokoję, bo moja wiza do kraju jest ważna dopiero od jutro, ale na szczęście urzędnik nie zawraca sobie głowy datą i wbija pieczątkę do paszportu. Jeszcze tylko szybka kontrola bagażu i wychodzimy. Przed budynkiem czeka już na nas Jan w nowym samochodzie. Na straganie kupujemy kurczaka z ryżem i pakujemy się do pojazdu. I w tym momencie zaczynają się kłopoty. Jan daje siostrze poprowadzić, a ta najwyraźniej dawno (albo nawet wcale) nie jeździła. Co jakiś czas zjeżdżamy z drogi na krawężnik albo na sąsiedni pas. Za każdym razem gdy mija nas samochód, obie z Leną drżymy. Szybko okazuje się, że może być jeszcze gorzej, małomówna do tej pory Monika zaczyna nawijać o kościele, Biblii i miłości do Jezusa. Zaś kolejną część podróży obydwoje z bratem dyskutują ile powinniśmy im zapłacić za przejazd, kompletnie ignorując fakt, że siedzimy na tylnym siedzeniu.

Do Paramaribo docieramy wieczorem. Rodzeństwo pyta nas gdzie chcemy wysiąść i ile im zapłacimy za transport. Razem z Leną oświadczamy, że nie mamy pieniędzy, na to przedsiębiorcza Monika proponuje podwózkę do bankomatu. W końcu dajemy im po 20 dolarów a jakiekolwiek głosy sprzeciwu ucinamy krótko, mówiąc, że tylko tyle mogłyśmy dzisiaj wybrać. Nasza pewność siebie jest jednak bardzo wątła, dlatego szybko chwytamy za plecaki i łapiemy taksówkę na ulicy. Z serca spada mi olbrzymi kamień, że nie muszę już przebywać z tymi dziwacznymi ludźmi.

Taksówkarz to wesoły Hindus (olbrzymią część populacji Surinamu stanowią właśnie Hindusi sprowadzeni przez Holendrów jako tanią siłę roboczą). Każemy się zawieść do hostelu Casablanca, który polecił Lenie pewien Niemiec, którego poznała podróżując po Brazylii. Samochód sunie przez pustą ulicę i całkowicie opuszczone miasto. Wygląda zupełnie jakby nikt tutaj nie mieszkał.

„Szukamy Jose”- zagadujemy dwóch mężczyzn siedzących na podwórku.
„To ja”- wstaje z krzesła zaciekawiony.
Lena tłumaczy mu skąd mamy jego adres, Jose pamięta Niemieckiego turystę ale niestety dzisiaj nie ma wolnych pokoi. „Przyjdźcie jutro” – macha nam na do widzenia.
Trudno, łapiemy kolejną taksówkę i jedziemy do następnego miejsca poleconego, tym razem przez poznanego w Kajennie Francuza, Jeroma. Jest już po północy gdy dzwonimy do drzwi małego pensjonatu. Maja wolne pokoje ale niestety hotel jest drogi, więc postanawiamy zostać tylko na jedną noc, a potem wrócić do Jose.

Tuż przed południem wychodzimy na zwiedzanie i po raz kolejny zastajemy całkiem opuszczone miasto. Spacerujemy po ulicach rozglądając się na boki, ale wciąż jesteśmy same. Zupełnie jak w scenie z filmu o Dzikim Zachodzie gdy nadchodzi godzina pojedynku i wszyscy chowają się w domach.

Surinam przez długie lata był Holenderską kolonią i wciąż można tutaj poczuć namiastkę Niderlandów. Choć mi osobiście Paramaribo na początku skojarzyło się z miniaturowym miasteczkiem takim jakie można zobaczyć w Legolandzie. Piętrowe domy obite białym sidingiem lub pomarańczową cegłą ciągną się wzdłuż każdej ulicy. Parków jest tylko kilka i bardziej przypominają małe skwerki. W centrum znajduje się budynek rządu i ratusz. Poza tym działa parę restauracji (przeważnie z kuchnią Chińską lub Indyjską), barów typu fast-food (McDonald’s jest wszędzie) i sklepów (prawie zawsze prowadzonych przez Chińczyków). No i w dalszym ciągu prawie zero ludzi. Po południu wracamy z plackami do Jose, i dostajemy mały, obskurny pokoik graniczący chyba z nocnym klubem, bo przez pół nocy muzyka gra nam jak szalona.

Pozbawione złudzeń o jakichkolwiek atrakcjach w mieście, następnego dnia wybieramy się do agencji podróży zapytać o treekingi. Większą część kraju porośnięta jest dżunglą więc mamy nadzieję na kilkudniowy tour. Niestety tutaj też musimy obejść się smakiem, ponieważ Surinam nie należy do krajów bardzo turystycznych, wszystkie atrakcje są dość drogie, do tego brakuje na nie chętnych. Mimo to pracownik namawia żebyśmy zapisały się na listę oczekujących, na razie widnieje na niej… jedno nazwisko (żeby wycieczka się opłacała potrzeba minimum 8 osób). Podróż na własną rękę też nie wchodzi w rachubę, do puszczy nie jeździ żaden transport (czasem trzeba skorzystać nawet z samolotu) a kilkudniowy treeking wymaga specjalistycznego sprzętu.

Na pocieszenie lądujemy w restauracji znajdującej się w sąsiedztwie agencji, gdzie serwowane są chyba najlepsze gofry na świecie. Kto by przypuszczał….

Kolejny dzień ciągnie się w nieskończoność. Zdarzyłyśmy już przejść prawie całe miasto, odwiedzić dwukrotnie kafejkę internetową, prowadzoną przez dziwaczną Chinkę, zahaczyłyśmy o doki rzeki, miejsca pełnego drewnianych budek z rumem sprzedawanym w małych „samolotowych” buteleczkach. Przy okazji odkryłyśmy w pobliżu rewelacyjną restaurację z pięknym rustykalnym wystrojem i przepysznymi kanapkami. A z poznaną tam parą Amerykanów, poszłyśmy na koniec na deser do „ulubionej” miejscówki z goframi, tym razem próbując też naleśników (pychota!).

                    

Ostatni dzień przypadł na niedzielę więc z tej okazji zaplanowałyśmy obejść najważniejsze miejskie świątynie. Zróżnicowanie etniczne tego miejsca (Hindusi, Chińczycy, Kreole, biali stanowią jedynie 1% populacji) daje się odczuć niemal na każdym kroku, także w religii. To chyba jedyne tak małe miasto na świecie, gdzie obok siebie stoi kościół katolicki, meczet i synagoga, a gdzieś na przedmieściach Paramaribo również świątynia Hinduska.

Wieczorem Jose otwiera specjalnie dla nas przyhotelowy bar i częstuje darmowym piwem. Właściciel Casablanca urodził się w Kolumbii, ale całe dorosłe życie mieszka tutaj. Jego ojciec jest Holendrem, po ogłoszeniu niepodległości zachował Holenderski paszport i wyjechał do Amsterdamu. On sam próbuje rozkręcić biznes ale na razie słabo mu idzie. Turystów nie ma, bo i kraj nie za bardzo popularny, drogi, ciężko dostępny (latają tutaj tylko samoloty ze Stanów i z Holandii).

O 5 rano dzwoni alarm w telefonie. Między Paramaribo a George Town, stolicą Gujany kursuje prywatny bus który zbiera po kolei pasażerów z domów. Zaspana żegnam się z Leną, ona wraca do Brazylii, ja kontynuuje moją podróż przez Gujany. Czekam na puściutkiej ulicy przed wejściem do hotelu. Nie ma zbyt wielkiej różnicy pomiędzy dniem a nocą, okolica jest zawsze tak samo pusta. Przez chwilę zastanawiam się czy wytrzymałabym dłużej w takim kraju; odseparowanym, pustym i tak dziwacznym… Chociaż gofry, trzeba im przyznać, mają wyśmienite 🙂

Brazylia, Salvador de Bahia

Na nadgarstku wiążę kolorowy supełek, a zaraz potem drugi i trzeci. Materiałowa wstążka powiewa na wietrze. Z każdą pętelką trzeba powtarzać w głowie jedno życzenie, a gdy po jakimś czasie bransoletka sama spadnie z ręki, życzenia się spełnią.

Ileż to takich „szczęśliwych” talizmanów jest na świecie… Kolorowe piórka, kamyczki, łapacze snów, wydaje się, że każde życzenie znajdzie swojego opiekuna. Chociaż szczęście w podróży to ważna sprawa i nie można go bagatelizować, zawsze staram się wierzyć, że sama jestem sprawcą swojej dobrej passy i że jest ona wynikiem moich decyzji i nastawienia do innych. Ale to nie zmienia faktu, że gdzieś w głębi duszy, w każdej wyprawie, liczę na dobrą pogodę i sporą dawkę szczęścia  🙂

Tak też podeszłam do mojej podróży po Brazylii. Nie zawiodłam się, bo szczęśliwy los towarzyszył mi już od pierwszych godzin po wylądowaniu w Rio de Janeiro i nie opuścił mnie przez cały kilkudniowy pobyt w mieście. Poznałam fantastycznych ludzi, zatrzymałam się (całkiem przypadkiem) w rewelacyjnym hostelu a na koniec spotkałam dwóch chłopaków, którzy okazali się bardzo pomocni podczas podróżny powrotnej na lotnisko.

Szczęście nie opuściło mnie też w Salwadorze, moim drugim przystanku w Brazylii. Na początku chciałam tutaj dojechać autobusem ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw, podliczeniu budżetu i czasu, postawiłam jednak na samolot. Salvador to miasto bez którego nie wyobrażałam sobie tej podróży: „To dusza mojego kraju”- zachwycała się Isabel, moja Brazylijska znajoma.

Po wyjściu z lotniska bucha we mnie chmura dusznego powietrza. Taksówki w równym rządku stoją na postoju. Zaraz za nimi metalowy, niepozorny przystanek autobusowy. Według czekających podróżnych, autobus przyjedzie „niedługo”, siadłam więc wygodnie na ławce i wyciągałam z plecaka przewodnik. Mam dwie rekomendacje noclegu. Pierwszy od Isabel, drugi od chłopaka którego poznałam podczas wycieczki do faveli. Ostateczna decyzję podejmę na miejscu. Autobus przyjeżdża dokładnie za godzinę. Proszę kierowce, żeby uprzedził mnie kiedy należy wysiąść i siadam przy oknie. Jest naprawdę gorąco, a kołyszący się pojazd przyjemnie lula do drzemki. Nawet nie wiem kiedy moja głowa osuwa się na szybę. Z przyjemnego półsnu wybudza mnie dopiero głos kierowcy, który krzyczy żebym wysiadała. Łapie za plecak i już za chwile błądzę po kolorowych uliczkach Salwadoru. Okazuje się, że obydwa polecone hostele znajdują się zaraz obok siebie. Zaglądam do pierwszego; fajna młodzieżowa atmosfera, dużo gości, przyjemny luz. Przechodzę na drugą stronę ulicy, żeby zajrzeć do hostelu poleconego przez Isabel. Ten jest zdecydowanie mniej efektowny, bardziej spokojny i skromny ale pomimo to jakiś wewnętrzny głos każde mi się tutaj zatrzymać. Przesympatyczny recepcjonista Marcel zakwaterowuje mnie w dormie z dziewczyną z Japonii. Przez chwilę rozmawiam jeszcze z innym przyjezdnym, Davidem, który podróżuje wraz z czwórką znajomych z Chile, i wyruszam na zwiedzanie.

Salwador jest trzecim największym miastem w Brazylii, dawną stolicą Portugalskiej kolonii, obecnie najważniejszym miastem stanu Bahia. „Na południu my ciężko pracujemy”- tłumaczyła mi kiedyś, pochodząca z Porto Alegre, Tatiana- „W Bahia wszyscy siedzą cały dzień na plaży”. Muszę przyznać, że coś w tym rzeczywiście jest. Powolne, leniwe życie to kwintesencja północnych stanów. Gorące słońce sprzyja długim rozmową w cieniu kolonialnych budynków, a pobliskie rajskie plaże przyciągają czystym piaskiem i orzeźwiającą wodą. Wydaje się, że mało kto zaprząta sobie tutaj głowę pracą i przyziemnymi obowiązkami. Kompletne przeciwieństwo do stylowego i trochę aroganckiego Rio.

       Olbrzymi wpływ na obecny charakter miasta miała jego historia. W XVII wieku Bahia była głównym ośrodkiem handlu cukrem a tutejszy port należał do największych ośrodków na świecie. Większą cześć mieszkańców stanowili czarni niewolnicy sprowadzani z Afryki, do pracy na plantacjach. Wraz z przybyszami z czarnego lądu do Brazylii przybył ich taniec, sztuki walki, muzyka, język i religia, czyli wszystko to, z czego słynie obecny Salwador.

To miasto to prawdziwy teatr, nie jednego a stu, tysięcy aktorów. Po ulicach krążą wysocy, smukli mężczyźni, unoszą potężne bębny nad głowę i wybijają rytm, połączenie Brazylijskiej samby i afrykańskich rytmów. To członkowie kultowej Salwadorskiej grupy muzycznej Olodum (do współpracy zaprosił ich Michael Jacskon podczas kręcenia teledysku „They do not care about us”). Na plaży kilku chłopców podskakuje w rytm bębnów, od wschodu słońca ćwicząc Capoeire (z obawy przed buntem, kolonizatorzy zabronili niewolnikom trenować jakiekolwiek sztuki walki. Ci przemycili je wiec do tańca, tworząc Capoeire, która charakteryzuje się niezwykłą płynnością i wręcz akrobatycznymi ruchami). Starsze kobiety przechadzają się po mieście w charakterystycznych kolorowych turbanach i szerokich sukniach na kole. Te tradycyjne kostiumy, również nawiązują do czasów niewolnictwa. Oczywiście najlepiej podglądać ten niezwykły teatr podczas corocznego karnawału. Jest to jedna z największych tego typu imprez na świecie. Przez sześć dni przez ulice przetacza się tysiące ogarniętych szaleństwem tańca, ludzi.

Kolorowe, stare miasto Pelourinho, jest prawdziwym rajem dla spacerowiczów. „Górne” miasto to kolonialna perełka kraju, do „dolnych” dzielnic można dosrać się m.in za pomocą windy, Elevador de Lacerda. Władze dopiero od niedawna doceniły potencjał tego miejsca. Jeszcze kilkanaście lat temu dzielnica była synonimem nędzy i nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w te okolice. Dzisiaj w kolorowych kamienicach otwarte są stylowe hotele, restauracje i sklepy oferujące brazylijskie rękodzieło.

Na jednym z placów wpadam na moją japońską współlokatorkę i jej znajomą, a że jest akurat pora lunchu, udajemy się razem na obiad. W małej restauracji zmawiamy jedno z najbardziej charakterystycznych dań regionu, Moqueca. Jest to gęsta zupa z rożnymi rodzajami ryb, owoców morza i warzyw, wszystko obficie zalane mlekiem kokosowym i olejem palmowym.

Po obiedzie zostaje jeszcze na chwilę w restauracji, zamawiam orzeźwiającą Caipirinką i rozglądam się po ulicy. Pierwsze słowo które przychodzi mi do głowy to „kolor”. Wszystko jest tutaj kolorowe; jedzenie, muzyka i język, nie wspominając już nawet o soczystych barwach budynków i pstrokatych ubraniach przechodniów. Kolorowe są też wstążki powiewające na bramach kościoła. Czasem jest ich tak wiele, że tworzą barwny dywan.

Wstążki życzeń „Lembrança do Senhor do Bonfim da Bahia” to długowiekowa tradycja Salwadoru. Kolorowe bransoletki wiążę się tu na przegubie ręki albo na bramie kościoła od początku XIX wieku. Z czasem stały się one wizytówką stanu i chętnie kupowaną przez turystów pamiątką. Każdy kolor oznacza coś innego, pomarańczowy to radość, żółty- sukces, niebieski- zdrowie, różowy – przyjaźń, biały – mądrość….

Podczas wcześniejszego spaceru wielu tubylców próbowało mi sprzedać, a raczej natrętnie wcisnąć, ten szczęśliwy talizman, zawsze jednak grzecznie odmawiałam. Ale gdy wróciłam do hostelu znowu wpadłam na Dawida i Chilijczyków: „Nie masz bransoletki”- krzyknął zaskoczony Victor i szybko zawiesił na moim nadgarstku żółtą wstążkę. Podczas zaplatania trzech pętelek, pomyślałam trzy życzenia: jedno dotyczyło szczęśliwiej podróży, drugie dobrych przygód a trzecie mojego życia. Jeszcze tego samego wieczoru poszliśmy wszyscy na kolacje. Od słowa do słowa okazało się, że Chilijczycy wynajęli samochód którym chcą pojechać aż do Fortalezy. Samochód miał być mały ale w wypożyczalni mieli tylko wielkie terenówki, i tak zyskali jedno wolne miejsce. W ten sposób dostałam darmowy transport i świetne towarzystwo na kolejny tydzień.

„Nie wierzę, że te bransoletki przynoszą szczęście”- zagadał do mnie na pożegnanie Marcel, gdy zauważył żółtą wstążkę na mojej ręce – „Nie uważam, że spełnią one marzenia. Ale wierzę w ich szczególną moc… przypominania”.

Coś w tym jest, bo za każdym razem gdy spoglądałam na żółtą wstążkę, wracałam myślami do tych życzeń i staram się korzystać z każdej nadarzającej się szansy, aby spróbować je spełnić. Moja wstążka spadła z ręki w okolicach Amazonki. Cała podróż upłynęła wyjątkowo szczęśliwe, była pełna pozytywnych przygód i w dużym stopniu miała olbrzymi wpływ na moje obecne życie.

Żegnaj 2014….

Niespodzianka. Tak mogę określić zeszły rok. Dwanaście miesięcy pełnych niespodziewanych podróży, propozycji, sukcesów i nowych znajomości. Wiele radosnych i pozytywnych chwil, kilka ciężkich, parę smutnych ale co najważniejsze, zawsze z dobrym zakończeniem.

Rok 2013 kończył się obiecująco. Dopiero co wróciłam do Polski po kilkumiesięcznej podróżny po Brazylii i trzech Gujankach a już w planach miałam kolejną podróż. Siedziałam  Sylwestra w domu z rodzicami i chyba nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten nadchodzący rok, będzie tak spektakularny, tak….niespodziewany.

…ostatnie przygotowania i formalności przed kolejnym wielkim wyjazdem, a po godzinach, spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

…w połowie miesiąca wylądowałam w Santiago, a tym samym po raz piąty odwiedziłam Amerykę Południową.

podróż na południe Chile; relaks w termach, wspinaczka na wulkany i przede wszystkim niezwykła natura (czytaj TUTAJ: Curanto w Puerto MonttTermy Geometricas)

…rajskie wesele znajomych na jednej z plaż na Dominikanie i równocześnie 65-ty odwiedzony przeze mnie kraj!

 …kolejny miesiąc przywitał mnie największą niespodzianką ostatnich lat. Niepozorny mail a w nim propozycja napisania książki- przewodnika po Kubie! 

…pisze, pisze, pisze a w wolnych chwilach zwiedzałam Santiago i okolice.

…mój ulubiony miesiąc. Swoje okrągłe urodziny świętowałam w miejscu które chciałam odwiedzić od nie pamiętam ilu lat, na magicznej Wyspie Wielkanocnej.

…intensywna praca nad książką a dla relaksu trekkingi i winnice.

…ukoronowanie mojej ciężkiej pracy. Pod koniec września w księgarniach w całej Polsce ukazał się mój przewodnik po Kubie.

… wyskoczyłam na steka i wino do Argentyńskiej Mendozy.

…Halloween party, Święto Niepodległości, Festiwal Jazzowy…czyli bujne życie towarzyskie w Santiago 😉

… zawitałam na chilijskie wybrzeże, gdzie co roku w mieście Valparaiso odbywa się największy w całej Ameryce Południowej  pokaz sztucznych ogni. Spektakularny koniec roku i wyjatkowe pożegnanie 2014.

Na ten nowy 2015 rok, życzę wszystkim szczęścia,  podroży, mnóstwa wspaniałych chwil i wielu pozytywnych niespodzianek, takich które sprawiają, że każdy rok jest inny, wyjątkowy, po prostu niepowtarzalny.

Przed zachodem słońca cz. III

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto trzecia i ostatnia odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Pekin (Chiny)

Po przyjeździe do Pekinu pociągiem (czytaj TUTAJ)  szybko wskoczyłam w drugi pociąg (tym razem metro), żeby odnaleźć mój hostel. Na początku zadanie wydawało się banalnie proste ale po dotarciu na miejsce, błądziłam kilka godzin po malutkich, identycznych uliczkach wokół Zakazanego Miasta i wciąż nie mogłam znaleźć noclegu. W końcu zrezygnowana zdjęłam ciężki plecak, rozmasowałam bolące ramiona i siadłam na krawężniku. Duszne, pekińskie powietrze kleiło się do mojej skóry a po czole spływał pot.  Musiałam wyglądać bardzo biednie bo nagle zatrzymał się koło mnie pewien starszy Chińczyk na rowerze i doskonałą angielszczyzną zapytał, co mi się stało. Nie wiem co uszczęśliwiło mnie bardziej, to że oto spotkałam kogoś kto mówi po angielsku, czy że nareszcie ktoś mi pomorze.  Po krótkiej wymianie zdań, okazało się, że hostel którego szukam jest już zamknięty ale Chińczyk od razu polecił mi inny, zaledwie kilka ulic dalej, a na koniec zamówił mi taksówkę i poinstruował kierowcę gdzie ma mnie zabrać.

Po zameldowaniu, rozpakowaniu plecaka i dwóch prysznicach, wybrałam się w okolice Zakazanego Miasta. Nim jednak tam dostałam, na ulicy zaczepiło mnie dwóch młodych Chińczyków. „Skąd jesteś?, co tutaj robisz?, jesteśmy studentami angielskiego z Szanghaju, może pójdziemy na herbatę, porozmawiamy po angielsku, damy Ci jakieś rady.”- zagadywali a ja nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, drugi raz w ciągu jednego dnia poznaje mówiących po angielsku Chińczyków. Musiałam jednak odmówić bo nad Zakazanym Miastem zachodziło już słońce a ja bardzo chciałam to zobaczyć. Rozczarowani studenci odeszli więc usiadłam na ławce i w spokoju przyglądałam się  przepięknemu końcowi dnia.

Po powrocie do hostelu dowiedziałam się, że najczęstszym oszustwem w Pekinie, jest ten „na studenta”. Młodzi Chińczycy zagadują obcokrajowców pod pretekstem praktyki języka, zapraszają ich na herbatę do zaprzyjaźnionego lokalu. Zamawiają napoje i jedzenie a potem tylnym wyjściem wymykają się z lokalu zostawiając swoje ofiary z gigantycznym rachunkiem… Dzięki Bogu za zachód słońca, bo ten dzień mógł skończyć się dla mnie całkiem inaczej.

 Dolina księżycowa, San Pedro de Atacama (Chile)

Czy na księżycu można podziwiać zachody słońca? W Dolinie Księżycowej w północnym Chile można. Razem z grupą innych turystów wybrałam się na wycieczkę do Doliny Księżycowej, jednego z najsuchszych miejsc na świecie. Cały dzień spędziłam w towarzystwie Ralfa, młodego Niemca który akurat odbywał praktyki lekarskie w jednym ze szpitali w Santiago. Gdy dzień zbliżał się ku końcowi, wyskrobaliśmy się na szczyt wydmy i w skupieniu czekaliśmy na wielkie widowisko. Tym razem słońce nie zachodziło nad morzem i nie gasło w wodzie, a chowało się za górami. Krajobraz dookoła nas był dość monotonny; bezchmurne, niebieskie niebo, szare skały i żółty piasek. Jasna kula niczym diament rozświetlała tą surową okolicę i na ten jeden krótki moment, Dolina Księżycowa stała się złotą doliną.

Treasure Beach (Jamajka) 

Ktoś może powiedzieć: „Ileż można oglądać zachód słońca?”. Na Jamajce można to robić nieskończoną ilość razy.  Na czas pobytu na wyspie zaszyłam się w malutkiej wiosce rybackiej Treasure Beach (czytaj TUTAJ)która okazała się najlepszą miejscówką do podglądania zachodów słońca w całym kraju. Mieszkałam w lokalnym guesthousie a oprócz mnie nie było prawie w ogóle innych turystów.  Pod koniec każdego dnia siadałam razem z młodym Niemcem Julianem, na drewnianych ławach w Eggy’s Bar. Wprawdzie ta mała szopa ustawiona na plaży, wygląda jakby zaraz miała przewrócić się do morza, ale to tutaj koncentrowało się całe (bardzo ubogie) życie towarzyskie miasteczka. Woda podmywała siedzących gości, a nogi zapadały się w mokrym piasku. W Eggy’s Bar serwowane jest tylko piwo i rum, nie ma toalety ani eleganckich stołów, ale zawsze można spotkać tutaj miłych i wesołych ludzi. O zachodzie słońca wszystkie rozmowy nagle cichły, a z głośników rozbrzmiewał tylko melodyjny głos Marleya. Na chwilę niebo stawało się różowo-pomarańczowe, a na wodzie pojawiała się złota droga. Wydawało mi się wtedy, że jestem w kinie. Na niezwykle pięknym filmie z cudowną ścieżką dźwiękową.

Jericoacoara (Brazylia)

Każdego dnia, dokładnie o siedemnastej, w malutkim miasteczku Jericoracoara, setki ludzi udaje się na wielką wydmę piaszczystą by podziwiać najpiękniejszy spektakl dnia. Nigdzie indziej w Brazylii słońce nie tonie tak widowiskowo w wodzie. Na szczycie wydmy stoją małe wózki na których barmani przyrządzają orzeźwiającą Caipirinhe, brazylijski koktajl na bazie cachaca. Z plastikowym kubeczkami w dłoni siadamy na piasku i w skupieniu czekamy na godzinę zero. A gdy słońce już zniknie za linią horyzontu wokoło rozchodzą się oklaski. Wtedy trzeba pomyśleć  życzenie, podobno wszystkie się spełniają. Rosjanka Olga, którą tutaj poznałam, przyjechała w te okolice kilka lat temu w tzw. kryzysowym momencie życia. Zakończyła długi związek i wybrała się w podróż po Brazylii. Jericoracoara tak ją zauroczyło, że podczas pierwszego zachodu słońca pomyślała marzenie, żeby zostać tutaj na zawsze. Następnego dnia gdy spacerowała po okolicy, zobaczyła malutki hotel wystawiony na sprzedaż. Kupiła go i od tego czasu mieszka i pracuje w Brazylii. Zachody słońca w Jericoracoara są więc nie tylko piękne ale też magiczne.

Mój faworyt!  Wyspa Wielkanocna

Absolutny numer jeden wśród wszystkich zachodów słońca jakie widziałam. Coś tak pięknego, że aż przeszywają mnie dreszcze na samo wspomnienie. A pomyśleć, że tak mało brakowało, a bym go przeoczyła. Tego dnia nic nie zapowiadało spektakularnego końca dnia. Parę godzin wcześniej wylądowaliśmy na Wyspie Wielkanocnej. Niebo było mocno zachmurzone, dlatego podjęliśmy decyzję, że idziemy do miasta na kolacje. Gdy odchodziliśmy od platformy z kamiennymi Moai, poczułam na plecach gorące promienie. Odwróciłam się i zobaczyłam przebijające się przez szare chmury, słońce. Na początku spokojnie by po chwili rozpalić  niebo.

Podobno przed śmiercią przed oczami przemyka nam całe nasze życie. Momenty które mocno nas poruszyły, twarze które utkwiły nam w pamięci….Gdy siedziałam na trawie na  przeciwko potężnych Moai na Wyspie Wielkanocnej, a moją twarz rozświetlały czerwone promienie słońca, nagle zobaczyłam swoje życie. Kraje które udało mi się zobaczyć, ludzi którzy stanęli na mojej drodze, przygody które mnie zmieniły i ukształtowały. Te wszystkie momenty które zaprowadziły mnie do miejsca w którym jestem teraz, dzięki którym znalazłam się tutaj i mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy a potem zapisać w swoich wspomnieniach.

Brazylia, Amazonka, Belem-Macapa

Jestem na brzegu rzeki, aby kontynuować podróż muszę dostać się na drugą stronę. Nie ma mostu, więc trzeba wziąć łódź. Brzmi prosto i nieskomplikowanie? Aha, zapomniałam dodać, że nie mowa tutaj o zwykłej rzece a największej rzece na ziemi, Amazonce, a ja jestem w Brazylii, najmniej zorganizowanym i najbardziej nieprzewidywalnym kraju świata. Jak więc przekracza się rzekę po Brazylijsku?

Już od samego początku wiem, że będzie ciężko, niewygodnie, może niebezpiecznie, ale lubię takie podróżnicze wyzwania. Do Belem, miasta z którego odpływa większość statków, przyjeżdżam nocnym autobusem z Sao Luis. Potwornie wymęczona kilkunastogodzinną trasą, do tego chora z gorączką i zatkanym nosem decyduje się na tani hostel w centrum miasta. Jadę taksówką pod wskazany adres zerkając przez okno na niebo. Granatowe chmury rozświetlają błyskawice, w Amazonii trwa właśnie sezon deszczowy co nie sprzyja podróżom. Powietrze jest duszne i parne, niedługo zacznie padać. Chce zostać w Belem tylko ten jeden dzień a jutro z samego rana złapać łódź do Macapa, miasta po drugiej stronie Amazonki. Recepcjonista w hotelu tłumaczy mi jak dostać się na wybrzeże. Gorączka coraz mocniej daje mi popalić, ale nie mam czasu na leżenie, zbieram się zaraz po prysznicu żeby zdążyć przed ulewą. Po dotarciu na miejsce, krążę wzdłuż ulicy bezskutecznie szukając wejścia na ogrodzoną wysokim murem przystań. Na pobliskim przystanku autobusowym pytam kilka osób o statek i bilety na podróż ale oczywiście nikt nie mówi po angielsku. Zrezygnowana i zmęczona siadam na ławce gdy podchodzi do mnie mężczyzna.

-Macapa?- pyta

Aż podskakuje z ulgi.

-Si, tak! – cieszę się.

Mężczyzna ruchem dłoni, pokazuje mi żeby szła za nim. Przekręca klucz w kłódce i wchodzimy za mur. Budynek jest pusty, siadamy w zaciemnionej poczekalni i nagle przez głowę przechodzi mi myśl, czy oby dobrze robię, bo chyba nie tak powinna wyglądać sprzedaż biletów. Mężczyzna bierze kopie mojego paszportu i spisuje dane, na małym bloczku, po czym mi go wręcza.

-Jutro, w tym miejscu o 8 rano – tłumaczy

-Ale proszę mi coś powiedzieć o podróży – protestuje – jak wygląda łódź, ile trwa rejs…

-Łódź, dobra – odpowiada spokojnie – inne łodzie złe, ta dobra.

-Mam coś ze sobą zabrać? Jedzenie, wodę? – nie odpuszczam

-Można kupić na statku – po czym dodaje – I przynieś hamak.

-Zaraz zaraz, po co hamak?

-Do spania – po czym na małym kalkulatorze pokazuje mi kwotę do zapłacenia.

Ryzyk fizyk, jestem zbyt zmęczona żeby szukać innej firmy, w myślach zaciskam kciuki żebym nie została jutro na lodzie. Wręczam mężczyźnie pieniądze i na koniec dorzucam:

-Ok, gdzie kupie hamak?

Według wskazówek, hamak można dostać na lokalnym markecie. Gorączka nie odpuszcza więc zamiast spaceru decyduję się na motorową taksówkę. Targ dobiega już prawie końca, w pośpiechu chodzę od straganu do straganu, ale nigdzie nie mogę znaleźć tego czego szukam, na dodatek bardzo szybko zapominam jak powiedzieć „hamak” po portugalsku. Pokazuję więc dłońmi kształt hamaku a następnie układam dłonie jak do spania. Zaskoczona sprzedawczyni pyta zatroskana jak nazywa się mój hotel. A ja z jeszcze większym zdziwieniem, dochodzę do wniosku, że może chcą mi dostarczyć hamak do pokoju. Gdy sytuacja się wyjaśnia okazuje się, że sprzedawczyni kompletnie nie zrozumiała czego potrzebuje, a po mojej gestykulacji doszła do wniosku, że chce mi się spać tylko nie wiem gdzie jest mój hotel (!?!).

W końcu na skraju targu dostrzegam stragan z hamakami. Są piękne, kolorowe, ręcznie tkane, z niektórych zwisają frędzelki, inne zdobią hafty. Podczas zakupów poznaję, Brazylijkę Anę, która również jutro płynie do Macapa, tylko, że na innej łodzi. Przez chwilę rozmawiamy, kobieta zaprasza mnie nawet na obiad, ale z przykrością muszę odmówić, czuje że moje przeziębienie powoli mnie wykańcza, czas wrócić do łóżka, zwłaszcza, że następną dobę spędzę w niewygodnym hamaku.

W drodze powrotnej do hotelu, wstępuje jeszcze do sklepu, gdzie kupuje jedzenie i wodę na podróż. Dosłownie kilka ulic przed hostelem, łapie mnie zapowiadana od rana ulewa.

Wieczorem, gdy przestaje padać, idę na krótki spacer do centrum Belem. Tam na ulicznym festynie jem kolację i przechadzam po głównym parku. Miasto mnie jednak rozczarowuje, jest brudne i zaniedbane. Dlatego szybko wracam do hostelu i rozgrzana od gorączki, kładę się spać.

Punkt ósma stawiam się na przystani. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy dostrzegam twarz znajomego mężczyzny. Punktualność w Ameryce Południowej to dla mnie nowość. Mój początkowy entuzjazm bardzo szybko zostaje jednak zabity. Mężczyzna kieruje mnie do samochodu i każe czekać… W ciągu następnych dwóch godzin, do auta wsiadają kolejni pasażerowie a ja czuję się coraz gorzej, katar rozsadza mi głowę a gorączka rozpala od środka. Nareszcie ruszamy, kolejne czterdzieści minut zajmuje dojazd do brzegu. Po wejściu na drewnianą promenadę, mamy znowu…zaczekać. Osuwam się na plecak i czuję, jak moje siły powoli odpływają. Jestem słaba i wyczerpana i po raz pierwszy zaczynam myśleć, że nie dam rady. W tym momencie podchodzi do mnie młody Brazylijczyk, który płynie do Macapa razem z mamą i babcią.

Pyta po portugalsku skąd jestem, po czym podnosi mój przewodnik i zaczyna dokładnie oglądać każdą stronę. Otwiera mapę Brazylii a ja pokazuję mu skąd przyjechałam. Na końcu książki znajduje mini rozmówki. Zaczyna szukać odpowiedniego zdania i pokazuje mi je palcem: „Miło mi cię poznać”. Odpowiadam to samo. Pokazuje kolejne zdanie” „Ile masz lat?” Odpowiadam w ten sam sposób. Zerkam na jego rękę w gipsie a on szybko przeszukuje rozmówki: „Wypadek na motorze”, przesuwa palcem po zdaniu w książce. Zaskakujące ale po tej krótkiej i zabawnej rozmowie, czuje się o wiele lepiej i z radością przystępuje na propozycję chłopaka, żeby mu towarzyszyć w spacerze na pobliski targ. Kupuje banany, zapas chusteczek, jem grillowaną kanapkę i z nowymi siłami wracam na przystań, a tam nareszcie czeka już na nas statek, a przynajmniej coś co miało przypominać statek: niewielka, drewniana, dwupiętrowa łódź z której odpryskuje farba.

Na górnym pokładzie znajduje się hala gdzie wiesza się hamaki, toaleta, prysznic i mały sklepik z przekąskami. Na dole obok hamaków ulokowany jest silnik i kuchnia. Raz dziennie serwowany jest tutaj posiłek, za który trzeba dodatkowo zapłacić a także  darmowa kawa. Biorę plecak i od razu idę na górny pokład, to rada którą wczoraj dała mi Ana. Na dole hałas od silnika jest nie do zniesienia. Z siatki wyciągam hamak, a mój nowy znajomy szybko pomaga mi go zawiesić. Od razu się na nim kładę i już nie mogę się doczekać, żeby położyć się spać. Na całym statku jest około 40 osób, w większości to starsi ludzie, odwiedzając rodzinę po drugiej stronie rzeki. Oprócz mnie jest tylko jedna turystka, młoda Niemka Lena.

Ruszamy, statek płynie powoli, rzeka jest spokojna a słońce przyjemnie przypieka. Hamak kołysze się na wietrze, jest zaskakująco wygodnie, więc nie mija nawet chwila a ja już śpię. Budzę się po kilku godzinach. Z głośników leci teraz głośne disco. Kilku pasażerów przeciąga się w swoich legowiskach, ktoś czyta książkę, ktoś inny je posiłek, słucha muzyki. Siadam na ławce na tyłach i wpatruję się w brudną rzekę. Mur bujnej zieleni szczelnie otacza koryto, co jakiś czas pojawiają się domki na balach, a czasem nawet całe miasta. Ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, wiele budynków przystrajają kolorowe lampki choinkowe. Domy bardzo się różnią, niektóre przypominają szałasy, które wyglądają jakby zaraz miały osunąć się do wody, inne to pięknie wykończone, pływające rezydencje z których wystają anteny satelitarne. W pewnym momencie mijamy nawet kościół na balach. Małe dzieci pływają na łodziach z taką wprawą, jak ich rówieśnicy w innych częściach świata, jeżdżą na rowerze. Zaczynam rozmowę z Leną i bardzo szybko jestem zafascynowana. Oto poznałam dziewczynę, która pomimo, ze jest ode mnie młodsza to zwiedziła już więcej niż ja. Razem oglądamy zachód słońca nad Amazonką. Gdy jest już całkiem ciemno, podpływają do nas na łódkach mieszkańcy okolicznej wioski. Dosłownie „w biegu” podłączają się do statku i szybko wrzucają na pokład owoce. To taki rodzaj handlu, kto chce coś kupić, odsyła im pieniądze w wiaderku na linie. Po tym wszystkim bardzo sprawnie „odczepiają się” i odpływają. Jakim cudem w tych ciemnościach znajdują drogę, nie mam pojęcia.

Ranek wita mnie pięknym słońcem, lekka bryzą, muzyką disco i najważniejsze udrożnionym nosem i brakiem gorączki. Wstaje z hamaka i kieruje się pod prysznic. Z cienkiej rury leci zimna, orzeźwiająca woda a ja czuje się jak nowo narodzona. Razem z Leną wspinamy się na dach statku, gdzie załoga maluje pokład. Szybko zostajemy poczęstowane zimnym piwem.

Rzeka co jakiś czas jest wąska, by zaraz stać się szeroka jak morze. Na wodzie nie ma zbytniego ruchu. Jedynie lokalni mieszkańcy gonią nas swoimi małymi łódkami.
Przypominają mi się przerażające historie o tym rejsie, które słyszałam gdy podróżowałam po Brazylii. O niebezpiecznych, niesprawnych łodziach, pijanych ludziach, kradzieżach. A tymczasem ja wylądowałam na najbardziej zrelaksowanym, spokojnym statku jaki można sobie wyobrazić. Nawet nie ma komarów, które teraz, w sezonie deszczowym powinny być prawdziwą plagą. Jest…idealnie. Leżę w hamaku i kołyszę się na wietrze a moje myśli ogarnia niesłychany spokój.

Rejs powoli dobiega końca. Prawie 25 godzin minęło jak pstryknięcie palcami. Normalnie podróż przez Amazonkę nie zajmuje aż tyle czasu, ale na odcinku z Belem do Macapa trzeba przy okazji okrążyć wyspę Ilha de Marajó, co wydłuża całą trasę o kilkadziesiąt mil.

Dalszą drogę będę kontynuować razem z Leną, bo okazuje się jedziemy w te same miejsca, wpierw na równik w Macapa (czytaj: TUTAJ) a potem do Gujany Francuskiej (czytaj: TUTAJ)

Po wyjściu na pokład, żegnam się z moim Brazylijskim znajomym, jego mamą i babcią a także paroma innymi osobami z którymi zdarzyłam się poznać i polubić. Stoję teraz na brzegu i wpatruję się w drugą stronę. W plecaku leży zrolowany hamak, w reku ściskam podejrzany bilet a przede mną zacumowany jest rozklekotany statek. Największa rzeka na świecie do czegoś zobowiązuje, trzeba ja przekroczyć stylowo, niepowtarzalnie…po prostu, po Brazylijsku.

 

Peru, Kanion Colca

Miliony lat temu mała rzeka Colca zmieniła swoją trasę i wpłynęła do uskoku tektonicznego. Przez kolejne wieki, woda mozolnie drążyła skały aż przybrały one dzisiejszy, potężny kształt. Tak powstał Kanion Colca, położony w południowo-zachodnim Peru, około 100 kilometrów od miasta Arequipy.

Na początku chce jechać zobaczyć kanion na własną rękę, ale z powodu braku czasu, w ostatniej chwili decyduje się na zorganizowaną wycieczkę, co bardzo szybko okazuje się być olbrzymim błędem. Do pokonania w jeden dzień mamy prawie 200-stu kilometrową trasę, a taka odległość w takim tempie, nigdy nie jest dobrym pomysłem. Z Arequipy wyjeżdżamy parę godzin po północy i przez długi czas cały autobus pogrążony jest w półśnie. Gdy pasażerowie się przebudzają, kierowca zaczyna nagle wyszukiwać tysiąc powodów żeby się zatrzymać a tym samym niepotrzebnie wydłużyć i tak męczącą podróż. Przerwa na toaletę, stację benzynową, sklep z pamiątkami, restauracje…. Zaczynam sobie przypominać dlaczego nienawidzę zorganizowanych wycieczek.

P1010123

Na szczęście ostatni przystanek na trasie zachwyca. Kanion Colca to drugi najgłębszy kanion świata (pierwsze miejsce zajmuje sąsiedni Kanion Cotahuasi), jest dwa razy głębszy od najsłynniejszego Wielkiego Kanionu Kolorado. Strome ściany Colca przypominają krajobraz jak z innej planety, górne krawędzie biegną na wysokości 4000 – 5100 m n.p.m., a jego dno znajduje się na poziomie około 1400 m. n.p.m. Ze względu na tutejszą, bardzo żyzną ziemię, zbocza kanionu pokrywają malownicze pola uprawne na których sadzone są m.in. ziemniaki, cytrusy a także drzewka eukaliptusowe. Przyglądając się skalnym ścianom można odczytać w nich historię ziemi. W tutejszej historii zapisane jest również inne, ważne wydarzenie z polskim akcentem. W 1981 roku grupa polaków po raz pierwszy przepłynęło kanion kajakiem. Wyczyn ten zajął w sumie 33 dni i odbił się szerokim echem na całym świecie.

Najlepszym obserwatorium do podziwiania okolicy jest Cruz del Condor, owalna półka skalna, zawieszona tuż nad kanionem. To właśnie z tego miejsca doskonale widać olbrzymie kondory, dostojnie szybujące wprost nad głowami turystów. Czasem jest to odległość zaledwie paru metrów i wydaje się, że ptak zaraz pochwyci kogoś pazurami i porwie wysoko w niebo. Kondory są naprawdę wielkie a rozpiętość skrzydeł dorosłych osobników, dochodzi nawet do trzech metrów.

Surowość i potęga kanionu robią piorunujące wrażenie. Aż ciężko uwierzyć, że woda która drążyła skały przez tysiące lat, krok po kroku stworzyła tak niesamowity pomnik przyrody.

Trynidad i Tobago, Tobago

Lot z Georgetown, stolicy Gujany do Londynu, przystanek w POS. Gdzie u diabła jest POS!??! Szybka lekcja kodów lotniskowych i geografii i już wiem, to Port of Spain, stolica wyspiarskiego kraju na Karaibach: Trynidad i Tobago. Burza myśli w głowie, sprawdzenie lotów i nowy, gotowy plan już na mnie czeka. Zamiast kilkugodzinnego postoju na lotnisku, tygodniowy pobyt na Karaibach. Idealnie żeby zakończyć półtoramiesięczną podróż po kolejnych zakątkach Ameryki Południowej.

Pomimo, że cała wyprawa przebiegła bezkolizyjnie, bezstresowo i całkowicie bezproblemowo, dzień wylotu na Trynidad i Tobago był jak trzęsienie ziemi i zawał serca w jednym. Zaczęło się już na lotnisku w Georgetown. Do biletu trzeba dopłacić podatek: 15 dol amerykańskich albo równowartość tej sumy w walucie lokalnej…akurat teraz, gdy wydałam ostatnie lokalne pieniądze na kawę w lotniskowej kawiarence. Ok, głęboki wdech.

-Mogę zapłacić kartą?- pytam.

-Tylko gotówką

-Pójdę do bankomatu- poinformowałam spokojnie panią w okienku.

-Bankomat obsługuje tylko lokalne karty

Hmmm co robić, spaceruje po hali lotniska i szukam pomysłu. W końcu przypomniało mi się, że mam jeszcze schowane na dnie plecaka 10 euro. Podekscytowana biegnę z powrotem do pani w okienku i pokazuje jej banknot.

-Przykro mi, nie przyjmujemy euro, tylko dolary albo waluta lokalna.

-W takim razie, gdzie jest kantor? -pytam zniecierpliwiona.

-Zamknięty – tym razem, pani nawet nie podnosi głowy znad papierów.

Co robić, co robić… za dwie godziny samolot. Myśli kotłują się w głowie. Nagle dostrzegam znajomą twarz. Gdy stałam w kolejce do odprawy przez krótka chwilę rozmawiałam z mężczyzną z Namibii, który wracał do domu przez Frankfurt. Podbiegam do niego i opowiadam całą sytuację.

-Słuchaj dam ci moje 10 euro, będziesz mieć na kawę we Frankfurcie ale potrzebuje za nie 15 dolarów – stawiam jasno sprawę.

-Nie ma problemu – uśmiecha się mężczyzna.

Uffff nareszcie, załatwione. Płacę podatek, wchodzę do hali odlotów, rozsiadam się w samolocie. Papa Ameryko, witajcie Karaiby.

Mój plan był prosty, lecę do Port of Spain znajdującego się na większej wyspie Trynidad, tam na lotnisku od razu kupuję bilet do Tobago, drugiej, mniejszej wyspy słynącej z pięknych plaż. Do Port of Spain wrócę dopiero na Boże Narodzenie, które miałam spędzić u chłopaka z couchsurfingu.

Z biletami na Tobago nie ma problemu. Nie trzeba niczego wcześniej rezerwować. Samolot to najpopularniejszy środek transportu pomiędzy wyspami, loty odbywają się kilkanaście razy dziennie. Nawet jeżeli nie ma akurat miejsc, wystarczy poczekać kilka godzin, na pewno coś się zwolni (ponieważ bilet na lot jest ważny przez rok, wiele ludzi rezygnuje z podróży i wtedy można wskoczyć na ich miejsce). Po przylocie do Port of Spain spokojnie więc udaję się do kasy.

-Bilet na Tobago poproszę – uśmiecham się szeroko, a w głowie mam już szum wody, plażę i słońce

-Przykro mi, pani karta jest zablokowana, proszę się skontaktować ze swoim bankiem

No nie znowu, czy uda mi się w końcu dotrzeć na ta cholerną wyspę. Idę do bankomatu, rzeczywiście zablokowana. Pomimo, że przed wyjazdem poinformowałam swój bank o mojej podróży to i tak kilkakrotnie już uziemili mnie w taki sposób w różnych miejscach na świecie.

Co robić, co robić. Na lotnisku przeżywam istne dejavu. Mój telefon nie działa na Trynidad i Tobago, nie mam żadnych pieniędzy na kartę telefoniczną ani nawet na kafejkę internetową żeby skontaktować się z bankiem. Wśród tłumu znowu dostrzegam znajomą twarz, mężczyzna z Namibii. Opowiadam mu całą historię, a on po raz kolejny oferuje pomoc. Jestem mu bardzo wdzięczna, ale tym razem grzecznie odmawiam. Sama dam sobie radę, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak.

Przychodzi mi do głowy żeby skontaktować się jakoś z chłopakiem z couchsurfingu. Ale wpierw pytam panią w kasie czy na lotnisku jest darmowe wi-fi. Jest!!! W restauracji na piętrze. Wybieram stolik przy kontakcie i rozsiadam się wygodnie. To teraz moje centrum dowodzenia. Podłączam komórkę do prądu i piszę do taty. Ten szybko podaje mi detale swojej karty kredytowej. Dzięki temu ładuję moje konto na skypie. Dzwonie do banku, cholera skype nie łączy się z numerami alarmowymi. Szybki reserch w internecie i mam zwykły numer, dzwonię. Ponieważ wi-fi jest słabe, połączenie zostaje kilkakrotnie przerwane. Za każdym razem odpowiadam na szereg pytań zabezpieczających, za trzecim połączeniem znam je już wszystkie na pamięć. Po godzinie, udaje się, karta jest odblokowana. Biegnę do bankomatu wybrać pieniądze, a potem do okienka kupić bilet. Nareszcie mogę zacząć swoją przygodę z Tobago.

Zaraz po przylocie, pożyczam telefon od jakiegoś mężczyzny i dzwonię do chłopaka u którego będę spała na couchsurfungu na czas pobytu na Tobago. Umówiliśmy się na plaży, oddalonej jakieś 5 minut spacerem od lotniska. Garth jest taksówkarzem, co na Tobago jest bardzo dobrą pracą…ponieważ na wyspie właściwie nie istnieje transport publiczny. Dzielone taksówki kursują na stałych trasach jak autobusy, wystarczy wyjść na ulice i pomachać. Na najbliższe pięć dni zatrzymam się u Garth’a, który mieszka na przedmieściach głównego miasta, Scarborough.

Mojego pierwszego, pełnego dnia na Tobago, od razu kieruje się na Pigeon Point czyli najsłynniejszą plażę w okolicy, a nawet w całym kraju. Teren jest prywatny dlatego najpierw trzeba zapłacić za wstęp, a potem już tylko biały jak mąka piasek, turkusowa woda i palmy uginające się na wietrze. Pigeon Pint to idealne miejsce do odpoczynku i uprawiania sportów wodnych. Teren jest bardzo zadbany, plaża czysta a w pobliżu znajduje się kilka restauracji, sklepy i dobrze przygotowane toalety i prysznice. Po powrocie spaceruję wzdłuż głównej ulicy wyspy, Milford Road. Na mapie wygląda jak krótka droga do miasta, w praktyce okazuje się długa i rozległa, dlatego w końcu decyduje się na taksówkę.

Kolejny dzień mija mi na następnej plaży, Buccoo. Ta jest zdecydowanie mniejsza i bardziej kameralna. Kształtem przypomina podkowę i ciągnie się na dobrych kilka kilometrów. Jestem tutaj całkiem sama, w pobliżu tylko paru rybaków reperuje sieci na poranny połów, poza tym jest cicho i spokojnie. Wieczorem, w każdą niedzielę to miejsce zmienia się nie do poznania. To tutaj odbywają się bowiem słynne na całe Karaiby, Sunday School Party. Wielka uliczna impreza z dj’ami nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat ściąga lokalnych (a teraz też turystów) na szaloną zabawę w rytmach dancehall, reggae i reggaeton. „Moi rodzice chodzili na Sunday School i teraz ja tutaj chodzę, to tradycja” tłumaczy mi Garth. Na parkingu przed plażą rozstawione są olbrzymie głośniki, dj gra z balkonu pobliskiego baru. Ludzie tańczą w kręgu, co jakiś czas na środek wychodzi parę osób i dają popis swoich płynnych ruchów. Nie ma tutaj mowy o pląsach, na Tobago, tańczy się bardzo zmysłowo, wręcz na granicy erotyzmu. Kobiety i mężczyźni są do siebie przyklejeni, mocno objęci, płynnie kręcą biodrami schodząc coraz niżej. Grupy dziewczyn wybiegają przed chłopaków i potrząsają z zawrotną szybkością pośladkami. Niektóre przykucają i wypinają się w pozach, które w wielu krajach były by wręcz zakazane 😉 W każdą niedzielę nad całą okolicą Buccoo unosi gorąca, parna atmosfera, i to wcale nie zasługa karaibskiej pogody.

Podróż do Charlotteville, małej wioski rybackiej po drugiej stronie Tobago zajmuje kilka godzin. Autobus jedzie po trasie wzdłuż krętej górskiej drogi przyprawiając o mdłości. Charlotteville położona jest w małym naturalnym porcie. Cicha i spokojna wioska składa się z zaledwie kilkunastu domów, małych restauracji specjalizujących się w rybach i daniach z owoców morza, szkoły i boiska sportowego. Zaraz po przyjeździe udaję się na wzgórze gdzie prowadzi ścieżka do Pirates Bay, pięknej plaży ukrytej pomiędzy klifami. Plaża jest mała i bardzo kameralna, pięknie wkomponowana w skalisty krajobraz. Ciepła woda podmywa mi stopy, dzięki naturalnej zatoce nie ma tutaj wielkich fal, morze jest spokojne, idealne do pływania i zabawy.

Po całym dniu relaksu na słońcu, wspinam się po 200 stopniach w górę wzgórza. Pod małym sklepem w Charlotteville czekam na autobus powrotny do Scarborough. Po godzinie dołącza się do mnie pewien Włoch, po dwóch godzinach jesteśmy już prawie pewni, że autobus nie przyjedzie. Powoli zbliża się zmrok, idziemy wzdłuż głównej drogi próbując złapać okazję. Za pierwszy razem zatrzymuje się podejrzany typ, za drugim trzech chłopaków którzy chcą jakieś astronomiczne pieniądze za podwózkę, do trzech razy sztuka. W końcu trafiamy na przemiłe, starsze małżeństwo. Pół drogi do miasta rozmawiamy, drugą polowe śpimy zmęczeni Karaibskim słońcem. Dzięki uprzejmości kierowcy podjeżdżam pod same drzwi mojego domu.

Przedostatniego dnia wybieram się na spacer po Scarborough. Największe miasto na Tobago to tak naprawdę kilka ulic i port. W centrum znajdują się supermarkety, sklepy z pamiątkami, mnóstwo targów ze świeżymi owocami i restauracje. Na wzgórzu nad miastem góruje fort King George z XVIII wieku, skąd rozchodzi się piękny widok na wyspę. Do portu dwa razy dziennie przypływa wielki prom z ludźmi z Trynidadu. Podróż morska jest znacznie dłuższa i mniej wygodna niż samolot ale wciąż jest ratunkiem dla osób bojących się latać. Wieczorem Gath proponuje mi wspólny kurs po jednego ze swoich stałych klientów.  W ten sposób poznaje szalonego Jerry’ego, który odziedziczył po ojcu restaurację ale przez swoje uzależnienie od narkotyków doprowadził biznes do ruiny. Teraz po uporaniu się z nałogiem chce odbudować lokal. We trójkę udajemy się do przepięknego budynku położonego w centralnej części Tobago. Restauracje otacza strumyk i prawdziwy, bujny „Tajemniczy Ogród”. Wielką atrakcją jest potężne, zabytkowe koło, dzięki któremu pobierano dawniej wodę. Mam nadzieję, że Jerry odbuduje lokal i zacznie ściągać tutaj ludzi, ponieważ miejsce jest po prostu przepiękne.

Po spędzeniu prawie pięciu dni na Tobago wracam na lotnisko. Przed odlotem idę jeszcze na pobliską plażę, Stone Bay na której spędzam ostatnie godziny na wyspie. Zeszłotygodniowy stres związany z podatkiem i zablokowaną kartą już dawno odszedł w zapomnienie, a po tym jednodniowym trzęsieniu ziemi nadeszło piękne słońce i błękitne niebo. Bo w podróżny zawsze jest dobrze, nawet jak jest źle.

Ekwador, Wyspy Galapagos

Od kiedy zaczęłam planować podróż po Ameryce Południowej, pobyt w Ekwadorze był obowiązkowym punktem na mojej mapie. Równie oczywiste było zwiedzenie Galapagos. Marzyłam o tym miejscu, odkąd pierwszy raz o nim usłyszałam. Jest coś magicznego w tych zagubionych na oceanie, odseparowanych od cywilizacji wysepkach, że kuszą i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Na spełnienie się niektórych marzeń, trzeba czekać trochę dłużej i postarać się odrobinę bardziej, ale warto, bo nic nie zastąpi tego uczucia, gdy zobaczy się coś tak pięknego na własne oczy.

Niestety z Galapagos jest pewien problem; są daleko i są drogie. Moje ograniczone fundusze całkowicie wykluczyły zwiedzanie tego miejsca najpopularniejszą drogą, tzn. na pływanie od wyspy do wyspy małym statkiem, który służy też za nocleg. Ale przecież chcieć to móc, więc oto i jestem, z mocno nadszarpniętym budżetem, bez planów, bez adresów, za to z olbrzymimi chęciami i wiarą, że wszystko dobrze się skończy.

Wraz z setką pasażerów samolotu lini AreoGal wypatruję Galapagos z okna. Z nieba wyglądają jak plamy, niedbale rozrzucone na wodzie. Po dwóch godzinach lądujemy na malutkiej, zaledwie 27 km kw., wysepce Baltra. To tutaj znajduje się lotnisko archipelagu, zbudowane jeszcze podczas II wojny światowej przez amerykańską marynarkę w celu patrolowania Kanału Panamskiego. Po lodowaniu czeka nas  dokładna kontrola. Najpierw jesteśmy obwąchiwani  przez psy, potem bagaż podręczny zostaje dokładnie przeszukany. Nie wolno przewozić jedzenia, owoców, wody, niczego, co mogłoby naruszyć naturalną faunę tego miejsca. Na koniec opłata: 100 dolarów, to obowiązkowa dotacja na konto fundacji Charles’a Darwina.

Autobusem z lotniska udaję się na przystań, skąd promem docieram na pobliską wyspę Santa Cruz. Po zaledwie pół godziny jazdy jestem już na miejscu, w miasteczku Puerto Ayora, najbardziej zaludnionym mieście archipelagu, siedzibie fundacji Charles’a Darwina i bazie wypadowej na inne wyspy. Na sam początek, miła niespodzianka, szybko i bez większych bez problemów udaje mi się znaleźć tani hostel. W takim razie pora rozejrzeć się po okolicy.

Oczywiście pierwsze kroki kieruję do budynku fundacji, żeby zobaczyć sławne, gigantyczne żółwie. Droga prowadzi wzdłuż oceanu, gdzie przy brzegu czarne jak smoła kamienie wyłaniają się z wody. Co pewien czas mijam wylegujące się na słońcu iguany, nad głową latają kolorowe papugi, drzewo chlebowe zachwyca egzotycznym kształtem, a kaktusy rozmiarem. Czuję się dosłownie jakbym nagle znalazła się w samym środku kanału przyrodniczego.

Ośrodek fundacji Charles’a Darwina oddalony jest około godzinę marszu od miasteczka. Fundacja została założona w 1957 roku w Belgii i zajmuje się przede wszystkim ochroną zagrożonych gatunków mieszkających na wyspach. Priorytetem są oczywiście gigantyczne żółwie. Co jakiś czas pracownicy fundacji przeszukują wyspy w poszukiwaniu jaj. Zabierają je do budynku fundacji, gdzie żółwie wykluwają się i spędzają pierwsze lata życia. Gdy są już wystarczająco duże i silne by przeżyć, zostają odniesione na rodzime wyspy. Dzięki temu zabiegowi liczba zagrożonych gatunków znacznie zmalała.

Wstęp na teren fundacji jest całkowicie darmowy a cały ośrodek został zaplanowany w taki sposób, by jak najlepiej ułatwić zwiedzanie. Każdy ma wstęp do kamiennych zagród, gdzie wylegują się żółwie. Do wszystkich osobników można podejść i przyjrzeć im się z bliska. Jest tylko jedna zasada: nie wolno ich dotykać ani torować im dojścia do jedzenia i picia. Oglądane tych gigantów z bliska to niezapomniane przeżycie. Żółwie słoniowe, bo to one zamieszkują Galapagos, od nich również wzięła się nazwa archipelagu, należą do największych na świecie. Ich waga przekracza 200 kg a wysokość dochodzi do 1 metra. Na ogół są bardzo spokojne, ale rozdrażnione potrafią nawet ugryźć.
Podchodzę blisko żeby zrobić zdjęcie. Żółw chyba wyczuwa zainteresowanie, bo zaczyna efektownie pozować, wstaje i unosi wysoko głowę. W takiej pozycji sięga mi powyżej bioder. Po całkiem udanej sesji zdjęciowej, idę do ostatniej zagrody, gdzie mieszka George, najstarszy żółw na wyspach. „160 lat, pewnie pamięta jeszcze samego Darwina”, śmieją się turyści. George prawie się nie rusza, olbrzymi pancerz leży na ziemi, tylko co pewien czas wychyla z niego głowę, ale zaraz szybko chowa ją w skorupie.

Na terenie fundacji, można również odwiedzić węże i iguany. Niech nikt ich jednak nie pomyli ze zwyczajnymi jaszczurkami. Tutejsze iguany mierzą ponad metr długości i ważą około 13 kg a ich kolorowa skóra, przepięknie mieni się w słońcu.

W drodze powrotnej spotykam trzy Angielki, które również postanowiły spełnić tutaj swoje marzenia. Od kilku miesięcy mieszkają na wyspach, w zamian za zakwaterowanie i jedzenie uczą dzieci angielskiego i pomagają w fundacji. „ Georga odwiedzamy prawie codziennie„ uśmiechają się, opowiadając mi o swoim życiu w tak niezwykłym miejscu.

P1010194

P1010146                        P1010080

Następnego dnia wybieram się na kolejną wyspę archipelagu, Floreana. W jednej z wielu lokalnych agencji podróży w Puerto Ayora, rezerwuję wycieczkę która ma się zacząć wcześnie rano. Oczywiście, podobnie jak w całej Ameryce Południowej, tak i tutaj wyrażenie „z samego rana” oznacza przynajmniej dwie godziny opóźnienia.

Czekając na statek przyglądam się prześmiesznej scenie na pobliskim targu. W kolejce po świeże ryby miedzy ludźmi ustawiają się… lwy morskie. Stoją grzecznie i czekają na swoją kolej, a gdy kolejka rusza do przodu, te prawie 300 kilogramowe zwierzęta, przesuwają się powoli wraz z nią, a potem głośnym rykiem próbują wymusić na rybakach trochę jedzenia. Miejscowi kompletnie nie zwracają na nie uwagi, turyści zanoszą się od śmiechu i prześcigają się w robieniu zdjęć.

Nareszcie wyruszamy. Nasz przewodnik Johnny, zabawny, młody chłopak urodził się tutaj na Galapagos, tu też studiował ochronę przyrody, tutaj się ożenił i założył agencję podróży i tutaj chce umrzeć. „Kocham to miejsce, te wyspy. Skoro tyle ludzi chce tu przyjechać, to chyba jestem szczęściarzem, że tutaj mieszkam” tłumaczy. Floreana otrzymała swoja nazwę na cześć pierwszego prezydenta Ekwadoru, który podczas swoich rządów dołączył archipelag do reszty kraju. Już na sam początek pobytu na wyspie, w porcie wita nas wylegujący się na kamieniach lew morski. Pozwala do siebie podejść, ale nie za blisko. Szybko dostaje ryczące ostrzeżenie gdy próbuję zbliżyć się z aparatem. Nagle nad moją głową przelatują różnobarwne ptaki. Na wyspach żyje aż 89 gatunków z czego 76, nie występuje nigdzie indziej na świecie. W pewnym momencie, między nogami przebiega mała, kolorowa iguana. To niesamowite, że tutejsze zwierzęta kompletnie nie czują strachu. Prawdopodobnie jesteśmy dla nich tylko kolejnymi dziwacznym gatunkiem, jakich pełno w tym zaczarowanym miejscu.

Krajobraz Floreany jest bardzo płaski, drzew też jest niewiele, zewsząd widać otaczającą wodę. Wyspa zamieszkała jest w większości przez rolników, jest tutaj tylko kilka domów, malutka szkoła i kościół. Docieramy do miejsca karmienia żółwi, i akurat trafiamy na porę jedzenia. Ponad setka osobników w swoim sławnym tempie kroczy na obiad. Tutaj również nad zwierzętami czuwają pracownicy i wolontariusze z fundacji Darwina.

Kontynuując spacer, wzdłuż stromego urwiska docieramy do niezwykłego kamiennego labiryntu. Na jednym z kamieni wyrzeźbiono oczy, usta, a rosnący na czubku mech przypomina włosy. To stara rzeźba, zrobiona jeszcze przez piratów, którzy prawdopodobnie w tak charakterystyczny sposób oznaczyli to miejsce, żeby nie zabłądzić. „Tutaj kiedyś było dużo drzew owocowych, pewnie chcieli wrócić żeby zrobić zapasy” wyjaśnia Johnny. Kilka osób z naszej grupy nie wierzy jednak takiemu tłumaczeniu i przeszukuje krzaki, w poszukiwaniu zaginionego skarbu.

Na koniec odwiedzamy jeszcze najdziwniejszą pocztę, jaką chyba kiedykolwiek widziałam. Ludzie z całego świata, zostawiają tutaj kartki z adresami, ale bez znaczków. Gdy przeglądając korespondencję natrafi się na coś ze swojego miejsca zamieszkania, można zabrać kartkę i zawieźć ją do adresata.

Jakby mało mi było emocji dzisiejszego dnia, w trakcie drogi powrotnej na Santa Cruz, dostrzegam jeszcze parę delfinów wyskakujących co jakiś czas z wody, a także grupę maleńkich pingwinów, odpoczywających na skalnym brzegu Floreany. Wydaję się, że na Galapagos nie warto zamykać oczu nawet na sekundę, w obawie że można przegapić kolejny, tutejszy cud natury.

Niestety moja przygoda powoli dobiega końca i przyszedł czas na ostatni dzień na wyspach. Decyduję się odwiedzić kolejną darmową atrakcję Santa Cruz, przepiękną plażę Bahia Tortuga.
Po pół godzinnym spacerze od miasteczka docieram do bramy wejściowej parku narodowego. Strażnik ostrzega, że na terenie plaży nie ma żadnego sklepu, restauracji ani toalety, nie wolno też śmiecić, ani straszyć  zwierząt. Kamienna ścieżka prowadzi wzdłuż potężnych kaktusów i wyschniętych krzaków. Pomimo monotonii i surowości, krajobraz zachwyca jednak swoją prostotą i pięknem. Po godzinie nareszcie trafiam na plażę. Tak jak się spodziewałam, jest olbrzymia i pusta. Biały jak śnieg piasek ciągnie się aż po horyzont. Niestety, z kąpieli nici, fale są olbrzymie, idealne dla surferów, jednak zabójcze dla przeciętnego pływaka. Kieruję się więc w stronę zatoki gdzie woda jest spokojniejsza i płytsza. Gdy w końcu decyduję się na kąpiel, tuż obok mnie w wodzie, jak gdyby nigdy nic, krąży wokół wielki żółw, w tym czasie na lądzie, legwana zdążyła już się rozłożyć na moim ręczniku.

Przez te kilka dni na Galapagos, zobaczyłam chyba więcej dzikich zwierząt niż w całym swoim życiu. Pobyt tutaj to była wielka lekcja biologii, geografii, a przede wszystkim tolerancji i wrażliwości. Jesteśmy ze sobą, z naturą, nierozerwalnie połączeni. To właśnie zachwyciło tutaj Darwina, to właśnie zachwyciło tutaj mnie. Jestem w samym środku kanału przyrodniczego, najlepszego jaki można sobie wyobrazić, bo takiego co pachnie, rusza się, czuje…żyje.