Singapur

Jaki będzie Singapur, wiadomo od początku. Już od pierwszego kroku na hali lotniska wiem, że znalazłam się w miejscu nowoczesnym, czystym i zorganizowanym. Tutejszy port lotniczy uważany jest za jeden z najpiękniejszych na świecie, doskonale łączy w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla tego miasta-państwa. Azjatycką tradycję i wielokulturowość, która miksuje się z technologią przyszłości i świadomością ekologii i ochronny przyrody.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie drogo. Dlatego od razu decyduje się na hostel i łóżko w kilkunastoosobowym dormitorium. Cały pierwszy dzień spędzam właśnie w takim pokoju, lecząc się z przeziębienia które dopadło mnie jeszcze na Balii. Jak na ironię, nawet tutaj, z gorączką i potworną migreną mogę zaznać tej słynnej, singapurskiej wielonarodowościowi. Co jakiś czas, w kilkunastu językach słyszę bowiem ostrzeżenia, żebym wreszcie przestała kaszleć albo pociągać zatkanym nosem, bo inni chcą spać. To prawda, że w hostelach i dormach można znaleźć wielu współtowarzyszy podróży, ale gdy ma się akurat nieprzyjemne przeziębienie, można równie szybko znaleźć sobie też kilku wrogów.

Na szczęście już następnego dnia czuję się na tyle dobrze, że mogę wyruszyć na swoje pierwsze zwiedzanie. Hostel znajduje się w samym centrum, dlatego spacerkiem, na jeszcze lekko chwiejących się nogach, pierwsze kroki kieruję do pobliskiego Chinatown. Społeczność chińska jest tutaj olbrzymia, dlatego dzielnica jest jedną z najważniejszych w całym mieście. A ponieważ trafiłam akurat na zbliżające się obchody chińskiego nowego roku, mam okazję oglądać to miejsce w najpiękniejszej oprawie.

Wszystkie ulice przystrojone są kolorowymi ozdobami, czerwonymi lampionami i złotymi dzwonkami, co jakiś czas pojawiają się też parady z tańczącym smokiem w akompaniamencie głośnych bębnów. Z każdego zakamarka dobiega muzyka i odgłosy radosnego biesiadowania. Kierując się zapachami kadzidełek docieram do wielkiej świątyni z pięknym ogrodem na dachu.

Jednak, to co najlepszego ma do zaoferowania ta dzielnica, to bez wątpienia jedzenie. W okolicznych restauracjach można spróbować prawdziwych rarytasów kuchni państwa środka. Na niemal każdej ulicy rozstawione są prowizoryczne budki z przekąskami czy małe bary oferujące przepyszne zupy.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie smacznie. Tak naprawdę całe miasto słynie z wyśmienitej kuchni. Miksują się tu najróżniejsze smaki i aromaty, tworząc prawdziwie egzotyczną mieszankę wybuchową. Najlepiej się o tym przekonuję na przypadającym właśnie, corocznym wielkim festiwalu jedzenia. Na jednaj z ulic nad zatoką, ustawione są kolorowe kramy, dosłownie uginające się od potraw z całej Azji. Zza wielkiej góry Chińskich noodli aż ciężko jest dostrzec kucharzy. Wybór jest ogromny, na widok każdego specjału cieknie ślinka. Żeby nie przedłużać sobie cierpienia, gdy apetyczny zapach skutecznie pobudza żołądek, decyduje się na singapurskie noodle czyli smażony na aromatycznym oleju makaron z owocami morza, warzywami i  najróżniejszymi przyprawami.

Z pełnym brzuchem kończę ten niezwykle smakowity dzień w rozrywkowej części miasta, na Clarke Quay. Kilkanaście stylowych barów i nocnych klubów, ciągnie się wzdłuż zakola rzeki. Razem z poznaną w hostelu francuską Jen, planujemy kolejny dzień. Bo jutro zwiedzam już Singapur bez taryfy ulgowej czyli bez gorączki i kataru! 🙂

Na sam początek obieramy kurs na port, gdzie przybyszów wita statua Merlion’a. Wielki pomnik stwora z głową lwa i ciałem ryby jest symbolem miasta. Za jego plecami wznosi się prawdziwa betonowa dżungla, bo Singapur to po Japonii najbardziej rozwinięte państwo Azji. Wieżowce, drapacze chmur, nowoczesna architektura przypominają mi o tym niemal na każdym kroku. O czystości tego miejsca krążą już legendy. Za wyrzucenie śmieci na ulicy albo chociażby nawet niedopalonego papierosa grożą wysokie kary. Absolutnie nie wolno wnosić jedzenia do metra czy autobusu, a przechodzenie przez ulice w miejscu innym niż pasy, to ryzyko mandatu. Pomimo tych wszystkich zasad i reguł, mało kto decyduje się stąd wyjechać, bo Singapur to naprawdę doskonale miasto do życia. Ludzie dobrze zarabiają, jest czysto i zielono, nie ma korków (to za sprawą przepisu, który w dużej mierze utrudnia posiadanie samochodu, jeżeli nie posiada się miejsca parkingowego).

Tego dnia w spacerze po mieście towarzyszy nam Filipinka, Loranie, mieszkająca na stałe w Singapurze, którą poznałam jeszcze w Ubud na Bali. Loranie, prowadzi nas do Asian Civilisations Museum. Przy wejściu uśmiecha się do mnie szczęście bo okazuje się, że z  okazji obchodów Chińskiego Nowego Roku, wszyscy urodzeniu w roku szczura wchodzą za darmo (szczury górą!). W środku muzeum można spokojnie spędzić kilka godzin, zgromadzono tutaj imponująca liczbę eksponatów, a orientalna oprawa dźwiękowa tylko podkreśla niepowtarzalny klimat tego miejsca. Zwiedzający mają też do dyspozycji specjalne sale multimedialne, wszystko to w pięknie zaprojektowanych, minimalistycznych wnętrzach.

Na obiad zatrzymujemy się w jednej z wielu hinduskich restauracji w dzielnicy Little India. Hindusi to druga po Chińczykach, największa populacja miasta, dlatego naprawdę warto tutaj zajrzeć bo to co nas czeka po przyjeździe to prawdziwe Indie w pigułce. W sklepach kuszą aromatyczne przyprawy, kolorowe stroje, orientalna biżuteria. Plac targowy zapełniony jest egzotycznymi warzywami i owocami. W powietrzu unosi się specyficzny zapach curry bo niemal na każdym rogu można spróbować tradycyjnej kuchni indyjskiej. Pod koniec wizyty w lokalnym salonie piękności starsza Hinduska maluje mi na pamiątkę dłonie henną. Czarne kwiatuszki wiją się od nadgarstka aż po czubki palców – takie zdobienia są niezwykle popularne wśród tutejszych kobiet, szczególnie tych, które wychodzą za mąż.

Ostatnie godziny dnia spędzamy w jednym  z wielu gigantycznych domów handlowych, znajdujących się na obrzeżach miasta. Singapur słynie bowiem nie tylko z jedzenia ale przede wszystkim z zakupowego szaleństwa. Przez galerie handlowe codziennie przewijają się tysiące ludzi, dziś nie jest inaczej, pomimo późnej pory w sklepach są prawdziwe tłumy.

Jak będzie w Singapurze, wiadomo od początku, będzie punktualnie. Myślałam, że wyjadę stąd z samego rana… jednak nawet w tak idealnie zorganizowanym mieście zdarzają się niespodzianki. Z powodu awarii pociągu przyszło mi spędzić na dworcu kolejowym prawie cały dzień. Dopiero późnym popołudniem wyruszyłam w drogę do Kuala Lumpur. Na moje pytanie, jakim cudem w tak dokładnym, przemyślanym mieście jakim jest Singapur  zdarzają się takie opóźnienia, konduktor szybko udzielił konkretnej odpowiedzi: „Pociąg jest malezyjski”.

Australia, Plaże w Sydney

Pierwsza myśl po przebudzeniu, pójdę na plażę. Mam do szkoły na później, pójdę na plażę. Kończę pracę w południe, pójdę na plażę. Co robić w weekend, pójdę na plażę…

To co wyróżnia Sydney pośród innych metropolii  to zdecydowanie pięknie położenie geograficzne. Miasto znajduje się w zagłębiu jednego z największych naturalnych portów na świecie. Otaczający go od wschodu Pacyfik nie tylko uatrakcyjnia to miejsce, ale także nadaje mu specyficzny charakter. Bo czy najpopularniejsze powiedzenie w Australii „no worries” (nie ma sprawy, żaden problem, nic się nie stało, spoko) miałoby jakikolwiek sens bez tutejszych plaż i relaksującego szumu fal?

Celebrowanie plażowego życia to nierozerwalna cześć Sydney. Będąc tutaj nietrudno zarazić się atmosferą wiecznych wakacji. Nikogo nie dziwi, że ktoś biegnie do autobusu w centrum miasta w kostiumie kąpielowym, albo wytrzepuje piasek z plecaka na stacji metra. Bo w Sydney praktycznie każdy jest w drodze na plażę albo właśnie z niej wraca.

Jakże mogłoby być inaczej kiedy miasto otacza ponad 40 plaż, a najbliższa – Bondi,  jest zaledwie kilkanaście minut drogi autobusem od samego centrum. Bondi można śmiało nazwać wizytówką Sydney, to najpopularniejsza i najbardziej znana tutejsza plaża. Położona jest w pięknej dzielnicy z typowymi dla zabudowy miasta szeregowymi domkami jednorodzinnymi ciągnącymi się prawie nad samą wodę, ale można też tutaj znaleźć wielkie domy handlowe, liczne restauracje i bary. Doskonałe połączenie komunikacyjne ułatwia dojazd nawet z najbardziej odległych przedmieść.

Mieszkańcy często wpadają tu tylko na chwilę, w drodze do pracy, albo wręcz przeciwnie, leniwie spędzają cały dzień. Wystarczy przejść przez promenadę, która oddziela plażę od reszty dzielnicy, żeby zrobić zakupy albo zjeść lunch, a potem wrócić na piasek. Kto nie przepada za kąpielą w otwartym morzu może skorzystać z wielkiego basenu wypełnianego słoną woda przez… sam ocean. Olbrzymie fale uderzają o ściany zbiornika i przelewają się do jego  środka. Poza tym plaża jest pięknie wkomponowana w krajobraz, otoczona z obu stron malowniczymi klifami. Wielką atrakcją jest spacer ścieżką wzdłuż urwistego brzegu z przepięknymi widokami. Bardzo łatwo można się nią dostać na sąsiednie plaże. Po godzinie drogi mija się malutką Tamarama – to jedno z najpopularniejszych miejsc do surfowania, by na końcu drogi wylądować na Bronte. To bardziej kameralne miejsce, uwielbiane przez rodziny z dziećmi. Bronte nie jest tak popularna jak Bondi ale ma to też swoje dobre strony. Jest tutaj zdecydowanie mniej restauracji i sklepów a co się z tym wiąże ludzi i hałasu.

Miano najpiękniejszej plaży w Sydney można śmiało przyznać Manly. Żeby się na nią dostać  trzeba skorzystać z promu kursującego po kilkanaście razy dziennie pomiędzy centrum miasta a dzielnicą. Podroż trwa pół godziny ale czas mija w mgnieniu oka, bo jest to zdecydowanie jedna z najatrakcyjniejszych tras na świecie. Z pokładu można bowiem podziwiać całą panoramę miasta ze słynną Operą i mostem Harbour Bridge na czele. Przy odrobinie szczęścia widać też wyskakujące z wody  delfiny. Manly to kolejna plażowa dzielnica miasta, zamieszkiwana głównie przez klasę średnią. Plaża leży na wąskim półwyspie, jest długa, czysta, przystosowana do uprawiania wielu sportów. Podobnie jak na Bondi, jest też tutaj duże zaplecze gastronomiczne i handlowe ale ceny są o wiele przystępniejsze niż w pozostałych częściach miasta.

Kolejnym bardzo popularnym miejscem jest Coogee. To właśnie tutaj zaczyna się malownicza ścieżka na klifach, która potem prowadzi na Bondi i Bronte.  Coogee oddalona jest 4 km od tej pierwszej i wydaje się jej lustrzanym odbiciem. Wiele osób krytykuje lokalizację za hałas, to wina pobliskiego lotniska, często zdarza się ze samoloty przelatują tuż nad leżącymi na piasku ludźmi, ale nawet pomimo to Coogee ma swoich wiernych fanów, spędzających tutaj każdą wolną chwilę.

Maroubra to doskonałe miejsce na weekendowe grillowanie. Plaża otoczona jest sporym parkiem, gdzie za kilka dolarów można wynająć grilla. Czasem ciężko jest znaleźć kawałek wolnego miejsca, żeby rozłożyć koc. Piknik połączony z barbecue (BBQ)  z rodziną i przyjaciółmi to po plażowaniu, ulubiona forma spędzania czasu mieszkańców Sydney.

Miłośnicy surfingu kochają za to Cronulla. Wokół plaży znajduje się mnóstwo szkółek i wypożyczalni sprzętu. Fale są niespokojne i wysokie ale też płaskie, dobre do nauki.

Gdy mieszkałam w Australii, moim absolutnym numerem jeden była La Perouse. Pusta, trochę dzika plaża oddalona od centrum ok. 40 minut jazdy autobusem. Wprawdzie duże fale utrudniają pływanie, ale za wszystko nadrabiają widoki. La Perouse znajduje się na przylądku Banks, jednym z najbardziej wysuniętych w stronę otwartego oceanu. Często przyjeżdżałam tutaj ze znajomymi, kolegami ze szkoły a gdy chciałam odpocząć i się wyciszyć, sama.

Mieszkanie nad morzem to fantastyczna przygoda. Daje poczucie wolności i przestrzeni, której tak często brakuje we współczesnych betonowych dżunglach. I za tym tęsknie chyba najbardziej. Za otwartym oceanem i za dniami kiedy pierwszą myślą po przebudzeniu było: „pójdę na plażę”.

Malezja, Pulau Penang

Na zapleczu sklepu z kolorowymi szalami i chustami działa kameralna pracownia. Klienci mogą się tutaj przyjrzeć procesowi tkania i barwienia materiałów. Na manekinach prezentowane są najróżniejsze wzory a sprzedawcy cierpliwie objaśniają jak zawiesić szal na biodrach albo stworzyć z niego efektowną plażową sukienkę. Od samego początku mam ochotę na barwny sarong, kolorów i wzorów są setki więc największym problemem będzie, wybór tego jedynego. Nim jednak zrobię zakupy, udaję się do stanowiska, gdzie młoda kobieta prezentuje tradycyjną technikę nakładania barw na tkaniny. Po kilkunastu minutach już wiem, że to nie są zwykłe kolorowe szale, a Batik, prawdziwa Malezyjska specjalność.

Najpiękniejsze i najbardziej oryginalne Batiki można znaleźć m.in na wyspie Pulau Penang, położonej na północno-zachodnim wybrzeżu półwyspu Malajskiego. Codziennie z Kuala Lumpur kursuje tutaj kilkanaście autobusów, od tanich, do super wygodnych i ekskluzywnych. Podróż trwa ok. 5 godzin. Na wyspę można dostać się na dwa sposoby, promem albo nowoczesnym, 13-kilometrowym, mostem Penang Bridge, jednym z najdłuższych w Azji. Jadąc od strony stolicy przeważnie korzysta się z tej drugiej opcji.

Mimo że Pulau Penang ma powierzchnię 1048 km kw., spokojnie może otrzymać miano Azji w pigułce. Jest to jeden z najbardziej zaludnionych i zróżnicowanych etnicznie i kulturowo obszarów w całym kraju. Przeplatają się tu wpływy malajskie, indonezyjskie, chińskie, indyjskie. W okolicy wciąż mieszka dużo emigrantów z Birmy, Tajlandii, Japonii, Europy. Dominujące religie to islam, buddyzm i hinduizm. Na ulicach miksują się różne języki; mandaryński, malajski, tajski, japoński, jednak uniwersalnym dialektem pozostaje i tak Manglish. Jest to potoczna nazwa języka angielskiego używanego przez mieszkańców całej Malezji. Cechą charakterystyczną tej swoistej mieszanki językowej jest m.in. dodawanie wyrażenia „lah” na końcu prawie każdego wypowiadanego po angielsku zdania, a także łączenie niektórych słów.

Wielokulturowość tego miejsca doskonale podkreślają różnorodne świątynie, architektura, czy też najróżniejsze restauracje, bo dla każdego Malezyjczyka, Pulau Penang to kulinarny raj, często nazywany jedzeniową stalicą kraju. Na niemal każdym zakątku czyhają specjały z całej Azji. A gdy znudzą nam się ryżowe dania, zawsze można wyskoczyć do jednego z wielu lokali żydowskich, które są pozostałością po niewielkich żydowskich społecznościach zamieszkujących wyspę jeszcze kilkanaście lat temu.

Największym miastem Pulau Penang, a także stolicą całego stanu Penang, jest Georgetown, położone na północo-wschodnim krańcu wyspy. To druga największa metropolia kraju; doskonale rozwinięta, duża, nowoczesna, niezwykle różnorodna kulturowo. Malezja już dawno przestała się kojarzyć z biednymi wioskami i Azjatyckim chaosem.

Po spędzeniu kilku dni w Georgetown udaje się na krótką wycieczkę po wyspie. Najpierw zaglądam do pobliskiego miasta Air Itam, gdzie znajduje się jedna z największych świątyń buddyjskich w Azji południowo-wschodniej, Kek Lok Si Temple.
Potem małą kolejką górską dostaje się na szczyt Penang Hill (Wzgórze Penang), skąd rozchodzi się piękny widok na całą okolicę. Na koniec dnia odwiedzam Snake Temple (Świątynia węży). To chyba jedyne takie miejsce na świecie, buddyjska świątynia wypełniona aromatem palących się kadzidełek, zamieszkiwana jest przez jadowite żmije. Węże wiją się po podłodze, zwisają z ołtarzy. Podobno święty dym działa na nie uspokajająco, dlatego gady nie atakują ludzi, mimo to absolutnie nie wolno ich dotykać czy drażnić. Legenda głosi że świątynia została zbudowana przez chińskiego buddyjskiego mnicha który dawał schronienie wężom z dżungli, a po jego śmierci gady nadal tu przychodziły i już w niej zostawały.

 Na Na Penang znajduje się też kilkanaście ładnych plaż i przyjemnych kurortów. Tym razem rezygnuje jednak z piasku i słońca bo za kilka godzin wyruszam promem na kolejną, rajską wyspę, Langkawi (czytaj: TUTAJ). Tuż przed wyjazdem, zaglądam jeszcze do lokalnego sklepu z tkaninami, w poszukiwaniu plażowej chusty…

Kobieta krok po kroku objaśnia etapy powstawania tkanin. Za pomocą wosku na materiale malowane są różne wzory. Przeważnie przedstawiają kwiaty, liście albo figury geometryczne. Motywy zwierzęce pojawiają się rzadko ponieważ islam zabrania ukazywania zwierząt w formie dekoracji, wyjątek stanowi motyl, który występuje na tkaninach dość często. Po dokończeniu woskowania cały materiał zanurzany jest w zimnej kąpieli barwiącej, miejsca pokryte woskiem pozostają niezabarwione. Po wysuszeniu nakładana jest kolejna warstwa wosku i ponownie płuka się tkaninę w barwniku. Takie czynności powtarzane są kilkakrotnie, za każdym razem dodając inny kolor. Na koniec, materiał prasowany jest przez specjalny biały papier, dzięki czemu można pozbyć się wosku.
Z tkanin barwionych metodą Batiku powstają nie tylko oryginalne szale ale również ciuchy, suknie czy koszule. Wybieram niebieską chustę, tam gdzie był wosk są teraz gęste, białe kwiaty.

Ta piękna, ręcznie barwiona chusta towarzyszy mi do dzisiaj. Używałam jej nie tylko na plażach Langkawi, ale też we wszystkich moich późniejszych wyjazdach. W Azji zakrywałam nią ramiona i gołe nogi przed wejściem do świątyń. W Ameryce Południowej służyła mi jako ochrona przed silną klimatyzacją w nocnych autobusach. Na Karaibach spisywała się doskonale jako plażowy ręcznik czy luźne pareo zarzucone na kostium.

Za każdym razem gdy na nią patrzę przypominają mi się tamte dni w Malezji i moja pierwsza wyprawa z plecakiem, gdy jeszcze trochę niepewna i przestraszona jeździłam po Azji południowo-wschodniej. Wtedy nie miałam pojęcia, że ten niepozorny Batik przetrwa taką ilość czasu i te wszystkie, szalone podróże… to są właśnie najpiękniejsze pamiątki z wyjazdów, te które jadą ze mną dalej zwiedzać świat.

Holandia. Presja depresji

Nie wiem zbyt wiele o Holandii. Tak naprawdę nigdy się nią jakoś specjalnie nie interesowałam. Gdy byłam nastolatką, dużo podróżowałam po Europie, ale Niderlandy nie były na mojej liście. Bo przecież Francja ciekawsza, Włochy ładniejsze, Grecja cieplejsza. Do Holandii pojechałam dopiero parę lat temu, na wycieczkę z rodzicami. Czego się spodziewałam….wiatraków na łąkach, drewnianych butów i obrazów Van Gogha czyli wybierałam się w stereotypową podróż po nieznanym kraju.

I taki też był cały wyjazd. Z rodzicami zahaczyliśmy o najważniejsze atrakcje, odwiedziliśmy najbardziej turystyczne miejsca, spróbowaliśmy poleconych dań i wróciliśmy do domu. W swoich podróżach wielokrotnie udało mi się zakochać w jakimś kraju od pierwszego wejrzenia. W kilka minut poczuć atmosferę i przesiąknąć klimatem. Z Holandią tak niestety nie było. Wróciłam zadowolona, podróż się udała, kraj zapisał się w mojej pamięci jako ładny i interesujący. Może mój wyjazd był bardzo stereotypowy i powierzchowny, ale też od samego początku taki właśnie miał być. Na pewno jeszcze kiedyś się tam wybiorę, ale niestety w dalszym ciągu, Holandia nie robi na mnie większego wrażenia.

Inaczej było z autorem książki „Holandia. Presja depresji”. Marka Orzechowskiego od dawna fascynował odległy, wietrzny kraj na krańcu Europy. Już w dzieciństwie podróżował palcem po mapie Amsterdamu, oczami wyobraźni gubiąc się w zaułkach tego niezwykłego miasta. Po studiach marzenie się spełniło i Holandia stała się nareszcie rzeczywistością.

Ta książka zrodziła się z wielkiej ciekawości Niderlandami, jej kulturą, historią, mieszkańcami. To nie jest reportaż ani tym bardziej przewodnik turystyczny chociaż autor bardzo dokładnie opisuje kolejne regiony Holandii, ukształtowanie terenu, budowę miast, zwyczaje Holendrów, ich podejście do życia i tradycje narodowe. Marek Orzechowski po prostu zabiera nas ze sobą w podróż po kraju i pokazuje go nam swoimi oczami. Pomimo, że jest przyjezdnym, osobą z zewnątrz, to doskonale rozumie mentalność Holandii i dostrzega codzienne niuanse, przy okazji wplątując w swoją opowieść wątki historyczne, polityczne i osobiste.

Książka doskonale obrazuje, jaki proces przeszła Holandia aby stać się dzisiejszą Holandią, krajem niezwykle zróżnicowanym, tolerancyjnym, wielokulturowym, nowoczesnym a równoczesne ceniącym tradycje i historię.

„Presja depresji” to nie jest opowieść o kilkumiesięcznej podróży i wielkich przygodach, to książka o Holandii i każdy wielbiciel tego kraju poczuje się usatysfakcjonowany tą pozycją. Znajdzie w niej wiele interesujących faktów, historii, informacji i anegdot. To prawdziwa skarbnica wiedzy na temat Niderlandów, która z pewnością przyda się w planowaniu podroży, a już na pewno pomoże lepiej zrozumieć ten europejski kraj.

Przed zachodem słońca cz. III

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto trzecia i ostatnia odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Pekin (Chiny)

Po przyjeździe do Pekinu pociągiem (czytaj TUTAJ)  szybko wskoczyłam w drugi pociąg (tym razem metro), żeby odnaleźć mój hostel. Na początku zadanie wydawało się banalnie proste ale po dotarciu na miejsce, błądziłam kilka godzin po malutkich, identycznych uliczkach wokół Zakazanego Miasta i wciąż nie mogłam znaleźć noclegu. W końcu zrezygnowana zdjęłam ciężki plecak, rozmasowałam bolące ramiona i siadłam na krawężniku. Duszne, pekińskie powietrze kleiło się do mojej skóry a po czole spływał pot.  Musiałam wyglądać bardzo biednie bo nagle zatrzymał się koło mnie pewien starszy Chińczyk na rowerze i doskonałą angielszczyzną zapytał, co mi się stało. Nie wiem co uszczęśliwiło mnie bardziej, to że oto spotkałam kogoś kto mówi po angielsku, czy że nareszcie ktoś mi pomorze.  Po krótkiej wymianie zdań, okazało się, że hostel którego szukam jest już zamknięty ale Chińczyk od razu polecił mi inny, zaledwie kilka ulic dalej, a na koniec zamówił mi taksówkę i poinstruował kierowcę gdzie ma mnie zabrać.

Po zameldowaniu, rozpakowaniu plecaka i dwóch prysznicach, wybrałam się w okolice Zakazanego Miasta. Nim jednak tam dostałam, na ulicy zaczepiło mnie dwóch młodych Chińczyków. „Skąd jesteś?, co tutaj robisz?, jesteśmy studentami angielskiego z Szanghaju, może pójdziemy na herbatę, porozmawiamy po angielsku, damy Ci jakieś rady.”- zagadywali a ja nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, drugi raz w ciągu jednego dnia poznaje mówiących po angielsku Chińczyków. Musiałam jednak odmówić bo nad Zakazanym Miastem zachodziło już słońce a ja bardzo chciałam to zobaczyć. Rozczarowani studenci odeszli więc usiadłam na ławce i w spokoju przyglądałam się  przepięknemu końcowi dnia.

Po powrocie do hostelu dowiedziałam się, że najczęstszym oszustwem w Pekinie, jest ten „na studenta”. Młodzi Chińczycy zagadują obcokrajowców pod pretekstem praktyki języka, zapraszają ich na herbatę do zaprzyjaźnionego lokalu. Zamawiają napoje i jedzenie a potem tylnym wyjściem wymykają się z lokalu zostawiając swoje ofiary z gigantycznym rachunkiem… Dzięki Bogu za zachód słońca, bo ten dzień mógł skończyć się dla mnie całkiem inaczej.

 Dolina księżycowa, San Pedro de Atacama (Chile)

Czy na księżycu można podziwiać zachody słońca? W Dolinie Księżycowej w północnym Chile można. Razem z grupą innych turystów wybrałam się na wycieczkę do Doliny Księżycowej, jednego z najsuchszych miejsc na świecie. Cały dzień spędziłam w towarzystwie Ralfa, młodego Niemca który akurat odbywał praktyki lekarskie w jednym ze szpitali w Santiago. Gdy dzień zbliżał się ku końcowi, wyskrobaliśmy się na szczyt wydmy i w skupieniu czekaliśmy na wielkie widowisko. Tym razem słońce nie zachodziło nad morzem i nie gasło w wodzie, a chowało się za górami. Krajobraz dookoła nas był dość monotonny; bezchmurne, niebieskie niebo, szare skały i żółty piasek. Jasna kula niczym diament rozświetlała tą surową okolicę i na ten jeden krótki moment, Dolina Księżycowa stała się złotą doliną.

Treasure Beach (Jamajka) 

Ktoś może powiedzieć: „Ileż można oglądać zachód słońca?”. Na Jamajce można to robić nieskończoną ilość razy.  Na czas pobytu na wyspie zaszyłam się w malutkiej wiosce rybackiej Treasure Beach (czytaj TUTAJ)która okazała się najlepszą miejscówką do podglądania zachodów słońca w całym kraju. Mieszkałam w lokalnym guesthousie a oprócz mnie nie było prawie w ogóle innych turystów.  Pod koniec każdego dnia siadałam razem z młodym Niemcem Julianem, na drewnianych ławach w Eggy’s Bar. Wprawdzie ta mała szopa ustawiona na plaży, wygląda jakby zaraz miała przewrócić się do morza, ale to tutaj koncentrowało się całe (bardzo ubogie) życie towarzyskie miasteczka. Woda podmywała siedzących gości, a nogi zapadały się w mokrym piasku. W Eggy’s Bar serwowane jest tylko piwo i rum, nie ma toalety ani eleganckich stołów, ale zawsze można spotkać tutaj miłych i wesołych ludzi. O zachodzie słońca wszystkie rozmowy nagle cichły, a z głośników rozbrzmiewał tylko melodyjny głos Marleya. Na chwilę niebo stawało się różowo-pomarańczowe, a na wodzie pojawiała się złota droga. Wydawało mi się wtedy, że jestem w kinie. Na niezwykle pięknym filmie z cudowną ścieżką dźwiękową.

Jericoacoara (Brazylia)

Każdego dnia, dokładnie o siedemnastej, w malutkim miasteczku Jericoracoara, setki ludzi udaje się na wielką wydmę piaszczystą by podziwiać najpiękniejszy spektakl dnia. Nigdzie indziej w Brazylii słońce nie tonie tak widowiskowo w wodzie. Na szczycie wydmy stoją małe wózki na których barmani przyrządzają orzeźwiającą Caipirinhe, brazylijski koktajl na bazie cachaca. Z plastikowym kubeczkami w dłoni siadamy na piasku i w skupieniu czekamy na godzinę zero. A gdy słońce już zniknie za linią horyzontu wokoło rozchodzą się oklaski. Wtedy trzeba pomyśleć  życzenie, podobno wszystkie się spełniają. Rosjanka Olga, którą tutaj poznałam, przyjechała w te okolice kilka lat temu w tzw. kryzysowym momencie życia. Zakończyła długi związek i wybrała się w podróż po Brazylii. Jericoracoara tak ją zauroczyło, że podczas pierwszego zachodu słońca pomyślała marzenie, żeby zostać tutaj na zawsze. Następnego dnia gdy spacerowała po okolicy, zobaczyła malutki hotel wystawiony na sprzedaż. Kupiła go i od tego czasu mieszka i pracuje w Brazylii. Zachody słońca w Jericoracoara są więc nie tylko piękne ale też magiczne.

Mój faworyt!  Wyspa Wielkanocna

Absolutny numer jeden wśród wszystkich zachodów słońca jakie widziałam. Coś tak pięknego, że aż przeszywają mnie dreszcze na samo wspomnienie. A pomyśleć, że tak mało brakowało, a bym go przeoczyła. Tego dnia nic nie zapowiadało spektakularnego końca dnia. Parę godzin wcześniej wylądowaliśmy na Wyspie Wielkanocnej. Niebo było mocno zachmurzone, dlatego podjęliśmy decyzję, że idziemy do miasta na kolacje. Gdy odchodziliśmy od platformy z kamiennymi Moai, poczułam na plecach gorące promienie. Odwróciłam się i zobaczyłam przebijające się przez szare chmury, słońce. Na początku spokojnie by po chwili rozpalić  niebo.

Podobno przed śmiercią przed oczami przemyka nam całe nasze życie. Momenty które mocno nas poruszyły, twarze które utkwiły nam w pamięci….Gdy siedziałam na trawie na  przeciwko potężnych Moai na Wyspie Wielkanocnej, a moją twarz rozświetlały czerwone promienie słońca, nagle zobaczyłam swoje życie. Kraje które udało mi się zobaczyć, ludzi którzy stanęli na mojej drodze, przygody które mnie zmieniły i ukształtowały. Te wszystkie momenty które zaprowadziły mnie do miejsca w którym jestem teraz, dzięki którym znalazłam się tutaj i mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy a potem zapisać w swoich wspomnieniach.

Filipiny, Palawan, El Nido

Na zielonym wzgórzu stoi chatka, a w tej chatce mieszkam ja. Codziennie rano przeciągam się w wygodnym łóżku, rozsuwam wielkie szklane drzwi i wychodzę boso na taras. Opieram się wygodnie o drewnianą barierkę i wciągam głęboko powietrze. Nigdy nie wiem, gdzie zaprowadzi mnie podróż. Po miesiącach tułaczki po brudnych hostelach i kilkuosobowych dormach wylądowałam właśnie tutaj, gdzie? Chyba w raju.

Na początku jak zwykle wybrałam tani hostel, taki naturalny wybór po dotarciu do nowego miejsca. Dodatkowo do miasteczka El Nido na Palawanie, jednej z wysp Filipin, przyjechałam w strugach deszczu, więc nie miałam ani siły, ani ochoty na szukanie czegoś innego. Już następnego dnia podczas spaceru poznałam wesołego Nowozelandczyka. Od słowa do słowa zapytałam go gdzie mieszka. „Tam”- wskazał palcem na zielone wzgórze górujące nad plażą, po czym dodał: „Słuchaj, ja jutro wyjeżdżam, jak chcesz możesz zająć domek”.

Pierwsza myśl-nierealne. Na pewno będzie kosztować mnóstwo pieniędzy, ale z ciekawości nazajutrz wybrałam się do właściciela.
-Masz szczęście, właśnie przed chwilą dostałem maila od Chińskich turystów, że odwołują dzisiejszy przyjazd więc domek będzie wolny.
Niestety cena jest zbyt wysoka, więc żegnam się grzecznie i powolnym krokiem kieruje do wyjścia, gdy nagle właściciel łapie mnie za ramię.
-Ok, dogadajmy się -w sezonie deszczowym, gdy turystów jest jak na lekarstwo, a całe El Nido jest wyludnione, ciężko mu będzie znaleźć chętnych. Po kilku minutach ostrych negocjacji, dochodzimy do porozumienia. A ja chyba po raz pierwszy w podróży, dostaje plik kluczy do swojego własnego domku.

Prawie sto kamiennych stopni prowadzi na wzgórze. Ukryta pomiędzy drzewami drewniana chatka znajduje się prawie na szczycie. Otwieram skrzypiące się drzwi i wchodzę do przestronnego salonu. Oprócz wielkiej kanapy i stolika nie ma tutaj innych mebli. Cała zewnętrzna ściana to w zasadzie przeszklone drzwi, które prowadzą na taras, skąd roztacza się oszałamiający widok na zatokę. Balkon dosłownie tonie w zieleni co daje poczucie kompletnego odseparowania i intymności. Z salonu po kilku schodach w górę można dostać się do niewielkiej sypialni z pięknym rzeźbionym łóżkiem i łazienką, a zaledwie kilka stopni w dół znajduje się przeszklona kuchnia z której wychodzi się na balkon, położony poziom niżej od tarasu.

Gdy wybierałam się na Filipiny w środku sezonu deszczowego, moi znajomi pukali się w głowę. Ale ja wiedziałam lepiej, pewnie popada kilkanaście minut w ciągu dnia, góra godzinę a potem już tylko piękne słońce, plaża i relaks. Gdy wylądowałam w Puerto Princesa, głównym mieście na Palawanie, pracownicy linii lotniczej po kolei podchodzili z parasolami do drzwi samolotu, odprowadzając pasażerów przez pas startowy do lotniska. Lało tak jakby ktoś odkręcił kurek z wodą. Na początku ja i znajomy francuz, który dołączył do mnie następnego dnia, planowaliśmy podróżować po całym Palawanie, ale przez zalane drogi nasz pomysł szybko stał się niemożliwy. Puerto Princesa nie jest zbyt atrakcyjne dlatego prywatnym busem postanowiliśmy przejechać wyspę i na całe dwa tygodnie osiąść w El Nido, małym miasteczku, o którym wcześniej słyszałam od znajomych same pozytywne opinie.

Podróż była udręką. Mały busik co chwile podskakiwał na błotnistych kałużach. Drogi były tak rozpulchnione wodą, że kilka razy byliśmy blisko wysiadki i przymusowego pchania samochodu. Na szczęście po prawie 9 godzinach dotarliśmy na miejsce a tam…jakże inaczej, pada deszcz. Wskoczyliśmy w tricycle czyli trójkołową motorową rikszę i udaliśmy się pod adres pierwszego lepszego hostelu z przewodnika. Z miejscem do spania nie było problemu, najwyraźniej inni podróżnicy mieli na tyle rozumu w głowie, żeby nie podróżować po Filipinach w środku największej ulewy w roku. Na szczęście następnego dnia spotkałam wspomnianego już Nowozelandczyka, który odmienił mój kiepsko zapowiadający się los w El Nido. A że szczęście przychodzi parami, wraz z domkiem na wzgórzu, wyszło słońce.

Od tej pory każdy dzień zaczynał się podobnie. Poranek w słonecznej sypialni a potem śniadanie z widokiem na tasie. Krótka rozmowa z właścicielem i spacer po miasteczku. Szybko odkryłam zalety podróży w sezonie deszczowym. Mało turystów znaczy więcej miejsca dla mnie. Już po kilku dniach znałam kelnerów z sąsiednich restauracji, właścicieli barów, okoliczne dzieciaki biegające na bosaka po plaży.

       

El Nido to malutkie miasteczko ukryte w naturalnej zatoce. Główna ulica opanowana jest przez turystyczne atrakcje, salony masażów, manicure, tatuaży, restauracje serwujące świeże owoce morza, i soki wyciskane z owoców. Im bardziej na zachód tym bardziej lokalnie. Chociaż i tak porównując Palawan do innych Filipińskich wysp, turystów jest tutaj w dalszym ciągu bardzo mało. Wielkie hotele nie wybudowały jeszcze plastikowych kurortów ani tłocznych parków rozrywki. Dalej jest więc spokojnie, lokalnie i rajsko.

Pomimo przebijającego się nieśmiało słońca, wciąż trwa sezon deszczowy a przez niebo od czasu do czasu przetaczają się tajfuny. Dożo czasu spędzam więc w moim domku, gotując naleśniki, czytając lub po prostu nadrabiając pisarskie zaległości. W całym mieście od rana do wieczoru nie ma prądu, co wprawdzie pomaga w koncentracji ale za to dostanie czegoś zimnego lub z lodem (o samych lodach nie wspominając) w środku dnia graniczy z cudem. Nie ma też tutaj bankomatów ani banków, co skutecznie pomaga w oszczędzaniu gotówki na resztę podróży 😉

Całe El Nido to w zasadzie zaledwie kilka ulic, ale w okolicach można znaleźć wiele atrakcji. Pobliskie piękne plaże i ukryte w lesie wodospady znajdują się w niewielkiej odległości i można tam z łatwością dojechać trójkołowymi rikszami. Jednak zdecydowanym numerem jeden tego miejsca jest niezwykły archipelag Bacuit. Setki małych (często bezludnych) wysepek rozrzuconych na turkusowej wodzie. Każda agencja w mieście oferuje cztery różne formy zwiedzania archipelagu (tour A, B, C i D). Można zdecydować się na całodniową wycieczkę po plażach, jaskiniach i lagunach, wybrać ofertę połączoną z nurkowaniem głębinowym, pływaniem z rurką lub kajakiem. W cenę wliczony jest lunch na plaży.

My decydujemy się popłynąć z zaprzyjaźnioną rodziną, która na El Nido prowadzi swój niewielki biznes. Przez kiepski sezon, dostajemy naprawdę okazyjną cenę a także nie musimy trzymać się sztywno wyznaczonych miejsc sugerowanych przez biura turystyczne, sami możemy zdecydować które wyspy chcemy odwiedzić. Wypływamy łódką po śniadaniu. Kapitan to syn właściciela agencji, ma piętnaście lat, ale świetnie sobie radzi. Pierwszy przystanek to Helicopter Island, wyspa która zawdzięcza swoją dziwną nazwę, kształtowi zbliżonemu do helikoptera. Następnie płyniemy na Secret Lagoon. Wyskakujemy do wody i przechodzimy po mieliźnie do otworu w ścianie. Zgodnie z instrukcją mojego piętnastoletniego kapitana czekam aż fala uderzy w kamienne okno i oczyści drogę przez małą jaskinie. Wchodzę do środka, opierając się o ostre skały. Korytarz jest wąski i bardzo krótki i już po chwili jestem po drugiej stronie w sekretnej lagunie. Otoczone wysokimi skałami tajemnicze jezioro, wypełnia transparentna, zielonkawa woda. Jest jasno chociaż prawie w ogóle nie dociera tu słońce. Przepiękne miejsce, z chęciom zostałabym tutaj na dłużej ale z oddali słyszę rozmowę, a to znaczy, że ktoś zaraz wejdzie przez kamienną jaskinię. Przepuszczamy przybyszów a sami wracamy na łódkę. Opływamy wyspę dookoła by po przeciwnej stronie zatrzymać się na Małej Lagunie. Z przyjemnością schodzę z powrotem do wody i pływam wokół strzelistych skał. Nadchodzi pora obiadu. Na Cadlao Lagoon mój młody kapitan przygotowuje grillowanego kurczaka, gotuje ryż i kroi ananasa. Ja w tym czasie spaceruję po malutkiej plaży otoczonej laguną. To miejsce podoba mi się najbardziej, jest opuszczone i ciężko dostępne. Prawdziwa bezludna wyspa, jak z książki o rozbitkach. Posiłek jem siedząc wygodnie na żółtym piasku, wpatrując się w spokojnie falującą wodę.

Mam ochotę jeszcze popływać ale zbliża się tajfun. Niebo w sekundę robi się granatowe niczym atrament rozlany na chmurach. Wskakujemy na łódź ale od razu wiemy, że nie uciekniemy przed deszczem. Chowam swoje rzeczy w plastikowe torby i wkładam do schowku pod pokład. Otwieram parasolkę, jakby miała coś pomóc i obserwuje zbliżającą się w naszym kierunku zasłonę deszczu. Przez chwilę walczymy z wiatrem i potężną ulewą. Daje słowo, jeszcze nigdy nie byłam tak mokra. Czułam jakby deszcz przenikał przez moją skórę i uderzał w kości. Całe moje ciało było po prostu przesiąknięte wodą.

Gdy tylko dotarliśmy do brzegi wyskoczyłam z łódki jak z procy.
-Zapłacicie jutro, a teraz biegnijcie się przebrać- krzyknął do mnie właściciel agencji a sam razem z synem próbowali zacumować łódź.
Jak powiedział tak tez zrobiłam. Gdy tylko wbiegłam do mojego domku wyskoczyłam z mokrych ciuchów. Po prysznicu zakopałam się w koc i do wieczora słuchałam deszczu uderzającego w dach.

Następnego dnia gdy szliśmy zapłacić za wycieczkę, miałam już gotowy plan w głowie, chce wrócić na Lagunę Cadlao i chcę zostać tam na noc.
-Nie ma problemu- usłyszałam.
Wypływamy nazajutrz, znowu odwiedzamy różne plaże i jaskinie by na koniec wylądować na lagunie. Mój piętnastoletni kapitan i jego równie młody kolega, rozbijają na piasku namiot. Plaża ma może z pięć metrów, otoczona jest wysokimi na kilkanaście metrów skałami po których skaczą małpki.

Namiot rozbity, kolacja zjedzona. Na wszelki wypadek, jakby coś się stało, łódź z kapitanem zacumowana będzie po drugiej stronie wyspy, wystarczy, że nadamy sygnał latarką. Chłopaki odpływają zostawiając nas samych na wyspie. Przed zachodem słońca idę popływać w zielonkawej wodzie a potem siedzimy na niewielkiej plaży. Jest absolutnie cicho i absolutnie pięknie…

W środku nocy budzi nas silny deszcz. Rozsuwam drzwi a tam woda praktycznie podlewa namiot. Szybko postanawiamy przenieść się do chatki na balach, która znajduje się na krańcu plaży. Takie opuszczone domki występują niemal na każdej wyspie i służą przeważnie do obserwacji terenu. Chatka jest mocno dziurawa dlatego prędko przenosimy do środka namiot. I tak znowu ląduję w domku, może tym razem bez pęku kluczy ale za to z własną laguną.

Kapitan jest bardzo zaskoczony widząc rano namiot ustawiony na drewnianych balach. Śmieje się słuchając o naszych nocnych przygodach, gdy w kompletnych ciemnościach z latarką w zębach przenosiliśmy nasze legowisko, a ja dodatkowo piszczałam bo zobaczyłam jaszczurkę, którą pomyliłam z wężem. Gdy jemy śniadanie, on próbuje uruchomić łódź, która ani drgnie. Prawdopodobnie nocny deszcz zalał silnik. Jeden telefon i za godzinę na wsypie zjawiła się prawie cała familia do pomocy.
-Jakby co, ja mogę zostać tutaj na kolejną noc- deklaruje z uśmiechem na ustach, i w tym czasie słyszę ryk maszyny. Wracamy szybko, by znowu zdążyć przed ulewą.

Noc na bezludnej wyspie była moim przedostatnim dniem w El Nido. Ciężko było się pożegnać z tym pięknym miasteczkiem, jego spokojem i autentycznym urokiem. Z ludźmi których zdążyłam polubić a przede wszystkim z moją chatką na wzgórzu. Czy uda mi się jeszcze kiedyś mieszkać w tak pięknym miejscu?

Gdy idę z plecakiem w kierunku przystanku autobusowego mijam małą restauracje na której wywieszona jest kartka: „Praca! szukamy kelnerów, barmanów”. Przez chwile przed oczami przemyka mi obrazek a w nim nieskomplikowane, bezstresowe życie na Filipinach, spokojna praca, domek na wzgórzu i tyle nocy na bezludnych wyspach ile zechcę. Uśmiecham się do siebie i poprawiam plecak. W życiu zawsze warto mieć jakiś plan B, może akurat to będzie kiedyś mój.

Australia, Canberra

Legenda głosi, że stolicą Australii pragnęły zostać zarówno Sydney jak i Melbourne. Konkurencja była na tyle zacięta, że w końcu, w drodze kompromisu, podjęto decyzję która miała usatysfakcjonować oba miasta. Gdzieś pośrodku drogi (320 km od Sydney i 480 km od Melbourne) zaplanowano i zbudowano stolicę kraju. Tak powstała Canberra, miasto które nigdy nie przeszło ewolucji innych metropolii. Nie było najpierw mała wioską, by z biegiem lat przekształcić się w wielki ośrodek miejski. Zostało wymyślone, skrupulatnie zaplanowane przez architektów, a tysiące robotników przez kolejne lata urzeczywistniało te projekty.

Canberra położona jest w najmniejszym stanie kraju, Australijskim Terytorium Stołecznym. Powstała w miejscu dawniej zamieszkiwanym przez plemiona Aborygenów, a jej nazwę zaczerpnięto z ich oryginalnego języka, gdzie słowo „Kanberra” oznaczało „miejsce spotkań”. To jedno z niewielu miast na świecie, które zostało całkowicie zaplanowane od podstaw. Międzynarodowy konkurs na projekt urbanistyczny wygrali architekci z Chicago tworząc przejrzystą, synchronizowaną i doskonale zorganizowaną metropolie. Ulice równolegle rozchodzą się od placów i przecinają się pod kątem prostym, każdy dom, budynek znajduje się w prawie identycznej odległości. Wszystkie skwerki, parki, place zabaw są integralną, przemyślaną częścią miasta. Nie ma tutaj miejsca na improwizację, chaos czy nieład. Dodatkowo z prawie każdego zakątka roztacza się przepiękny widok na otaczające miasto góry.

W 1927 roku Canberra oficjalnie stała się stolicą kraju i niemal od razu otrzymała swój niechlubny przydomek…najnudniejszego miasta Australii. Metropolie zamieszkują głównie urzędnicy z rodzinami, pracujący w siedzibach rządu. W ciągu dnia, gdy większość ludzi jest w pracy, miasto jest praktycznie wymarłe a puste ulice bardziej odstraszają niż zachęcają do spacerów. Pomimo, że bezrobocie jest tutaj najmniejsze na całym kontynencie, a zarobki są bardzo wysokie, Canberra dla Australijczyków nie jest  wymarzonym miejscem do zamieszkania. Jest to jedno z niewielu miast w kraju, które nie leży na wybrzeżu, dodatkowo klimat jest tu zbliżony bardziej do europejskiego niż do typowego australijskiego, gorące lata ale też zimne i śnieżne zimy.

       

Największą tutejszą atrakcją (właściwie jedyną), jest gmach parlamentu. Niski, rozłożysty budynek znajduje się na zielonym wzgórzu, skąd roztacza się przepiękny widok na całe miasto i okolice. Parlament jest otwarty dla turystów, co kilka godzin można wziąć udział w bezpłatnym, grupowym zwiedzaniu z przewodnikiem. Już przy wejściu wita nas godło Australii, przestawiające kangura i emu trzymających tarczę, na której widnieje sześć herbów poszczególnych stanów kraju. W dalszych częściach zwiedzania można zobaczyć m.in. zieloną salę posiedzeń Izby Reprezentantów, różową salę posiedzeń Senatu, małe muzeum, oraz specjalne pomieszczenie, w którym przyjmowane są zagraniczne delegacje.

Innych atrakcji, brak. Aby przyciągnąć gości na obrzeżach miasta otworzono kilka parków tematycznych, ale i te wysiłki nie przysporzyły Canberze fanów. Australijczycy nie zaglądają tutaj w ogóle, turyści przyjeżdżają niezwykle rzadko i przeważnie zaraz po zwiedzeniu parlamentu, natychmiast stąd wyjeżdżają.

Canberra miała być miastem na miarę przyszłości. Idealnie zaplanowane, czyste, bezpieczne. W dokładnych planach architektonicznych nie uwzględniono jednak jednego bardzo ważnego pierwiastka: życia. Canberra, może i doskonała na papierze w rzeczywistości, jest niestety martwa.

Brazylia, Amazonka, Belem-Macapa

Jestem na brzegu rzeki, aby kontynuować podróż muszę dostać się na drugą stronę. Nie ma mostu, więc trzeba wziąć łódź. Brzmi prosto i nieskomplikowanie? Aha, zapomniałam dodać, że nie mowa tutaj o zwykłej rzece a największej rzece na ziemi, Amazonce, a ja jestem w Brazylii, najmniej zorganizowanym i najbardziej nieprzewidywalnym kraju świata. Jak więc przekracza się rzekę po Brazylijsku?

Już od samego początku wiem, że będzie ciężko, niewygodnie, może niebezpiecznie, ale lubię takie podróżnicze wyzwania. Do Belem, miasta z którego odpływa większość statków, przyjeżdżam nocnym autobusem z Sao Luis. Potwornie wymęczona kilkunastogodzinną trasą, do tego chora z gorączką i zatkanym nosem decyduje się na tani hostel w centrum miasta. Jadę taksówką pod wskazany adres zerkając przez okno na niebo. Granatowe chmury rozświetlają błyskawice, w Amazonii trwa właśnie sezon deszczowy co nie sprzyja podróżom. Powietrze jest duszne i parne, niedługo zacznie padać. Chce zostać w Belem tylko ten jeden dzień a jutro z samego rana złapać łódź do Macapa, miasta po drugiej stronie Amazonki. Recepcjonista w hotelu tłumaczy mi jak dostać się na wybrzeże. Gorączka coraz mocniej daje mi popalić, ale nie mam czasu na leżenie, zbieram się zaraz po prysznicu żeby zdążyć przed ulewą. Po dotarciu na miejsce, krążę wzdłuż ulicy bezskutecznie szukając wejścia na ogrodzoną wysokim murem przystań. Na pobliskim przystanku autobusowym pytam kilka osób o statek i bilety na podróż ale oczywiście nikt nie mówi po angielsku. Zrezygnowana i zmęczona siadam na ławce gdy podchodzi do mnie mężczyzna.

-Macapa?- pyta

Aż podskakuje z ulgi.

-Si, tak! – cieszę się.

Mężczyzna ruchem dłoni, pokazuje mi żeby szła za nim. Przekręca klucz w kłódce i wchodzimy za mur. Budynek jest pusty, siadamy w zaciemnionej poczekalni i nagle przez głowę przechodzi mi myśl, czy oby dobrze robię, bo chyba nie tak powinna wyglądać sprzedaż biletów. Mężczyzna bierze kopie mojego paszportu i spisuje dane, na małym bloczku, po czym mi go wręcza.

-Jutro, w tym miejscu o 8 rano – tłumaczy

-Ale proszę mi coś powiedzieć o podróży – protestuje – jak wygląda łódź, ile trwa rejs…

-Łódź, dobra – odpowiada spokojnie – inne łodzie złe, ta dobra.

-Mam coś ze sobą zabrać? Jedzenie, wodę? – nie odpuszczam

-Można kupić na statku – po czym dodaje – I przynieś hamak.

-Zaraz zaraz, po co hamak?

-Do spania – po czym na małym kalkulatorze pokazuje mi kwotę do zapłacenia.

Ryzyk fizyk, jestem zbyt zmęczona żeby szukać innej firmy, w myślach zaciskam kciuki żebym nie została jutro na lodzie. Wręczam mężczyźnie pieniądze i na koniec dorzucam:

-Ok, gdzie kupie hamak?

Według wskazówek, hamak można dostać na lokalnym markecie. Gorączka nie odpuszcza więc zamiast spaceru decyduję się na motorową taksówkę. Targ dobiega już prawie końca, w pośpiechu chodzę od straganu do straganu, ale nigdzie nie mogę znaleźć tego czego szukam, na dodatek bardzo szybko zapominam jak powiedzieć „hamak” po portugalsku. Pokazuję więc dłońmi kształt hamaku a następnie układam dłonie jak do spania. Zaskoczona sprzedawczyni pyta zatroskana jak nazywa się mój hotel. A ja z jeszcze większym zdziwieniem, dochodzę do wniosku, że może chcą mi dostarczyć hamak do pokoju. Gdy sytuacja się wyjaśnia okazuje się, że sprzedawczyni kompletnie nie zrozumiała czego potrzebuje, a po mojej gestykulacji doszła do wniosku, że chce mi się spać tylko nie wiem gdzie jest mój hotel (!?!).

W końcu na skraju targu dostrzegam stragan z hamakami. Są piękne, kolorowe, ręcznie tkane, z niektórych zwisają frędzelki, inne zdobią hafty. Podczas zakupów poznaję, Brazylijkę Anę, która również jutro płynie do Macapa, tylko, że na innej łodzi. Przez chwilę rozmawiamy, kobieta zaprasza mnie nawet na obiad, ale z przykrością muszę odmówić, czuje że moje przeziębienie powoli mnie wykańcza, czas wrócić do łóżka, zwłaszcza, że następną dobę spędzę w niewygodnym hamaku.

W drodze powrotnej do hotelu, wstępuje jeszcze do sklepu, gdzie kupuje jedzenie i wodę na podróż. Dosłownie kilka ulic przed hostelem, łapie mnie zapowiadana od rana ulewa.

Wieczorem, gdy przestaje padać, idę na krótki spacer do centrum Belem. Tam na ulicznym festynie jem kolację i przechadzam po głównym parku. Miasto mnie jednak rozczarowuje, jest brudne i zaniedbane. Dlatego szybko wracam do hostelu i rozgrzana od gorączki, kładę się spać.

Punkt ósma stawiam się na przystani. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy dostrzegam twarz znajomego mężczyzny. Punktualność w Ameryce Południowej to dla mnie nowość. Mój początkowy entuzjazm bardzo szybko zostaje jednak zabity. Mężczyzna kieruje mnie do samochodu i każe czekać… W ciągu następnych dwóch godzin, do auta wsiadają kolejni pasażerowie a ja czuję się coraz gorzej, katar rozsadza mi głowę a gorączka rozpala od środka. Nareszcie ruszamy, kolejne czterdzieści minut zajmuje dojazd do brzegu. Po wejściu na drewnianą promenadę, mamy znowu…zaczekać. Osuwam się na plecak i czuję, jak moje siły powoli odpływają. Jestem słaba i wyczerpana i po raz pierwszy zaczynam myśleć, że nie dam rady. W tym momencie podchodzi do mnie młody Brazylijczyk, który płynie do Macapa razem z mamą i babcią.

Pyta po portugalsku skąd jestem, po czym podnosi mój przewodnik i zaczyna dokładnie oglądać każdą stronę. Otwiera mapę Brazylii a ja pokazuję mu skąd przyjechałam. Na końcu książki znajduje mini rozmówki. Zaczyna szukać odpowiedniego zdania i pokazuje mi je palcem: „Miło mi cię poznać”. Odpowiadam to samo. Pokazuje kolejne zdanie” „Ile masz lat?” Odpowiadam w ten sam sposób. Zerkam na jego rękę w gipsie a on szybko przeszukuje rozmówki: „Wypadek na motorze”, przesuwa palcem po zdaniu w książce. Zaskakujące ale po tej krótkiej i zabawnej rozmowie, czuje się o wiele lepiej i z radością przystępuje na propozycję chłopaka, żeby mu towarzyszyć w spacerze na pobliski targ. Kupuje banany, zapas chusteczek, jem grillowaną kanapkę i z nowymi siłami wracam na przystań, a tam nareszcie czeka już na nas statek, a przynajmniej coś co miało przypominać statek: niewielka, drewniana, dwupiętrowa łódź z której odpryskuje farba.

Na górnym pokładzie znajduje się hala gdzie wiesza się hamaki, toaleta, prysznic i mały sklepik z przekąskami. Na dole obok hamaków ulokowany jest silnik i kuchnia. Raz dziennie serwowany jest tutaj posiłek, za który trzeba dodatkowo zapłacić a także  darmowa kawa. Biorę plecak i od razu idę na górny pokład, to rada którą wczoraj dała mi Ana. Na dole hałas od silnika jest nie do zniesienia. Z siatki wyciągam hamak, a mój nowy znajomy szybko pomaga mi go zawiesić. Od razu się na nim kładę i już nie mogę się doczekać, żeby położyć się spać. Na całym statku jest około 40 osób, w większości to starsi ludzie, odwiedzając rodzinę po drugiej stronie rzeki. Oprócz mnie jest tylko jedna turystka, młoda Niemka Lena.

Ruszamy, statek płynie powoli, rzeka jest spokojna a słońce przyjemnie przypieka. Hamak kołysze się na wietrze, jest zaskakująco wygodnie, więc nie mija nawet chwila a ja już śpię. Budzę się po kilku godzinach. Z głośników leci teraz głośne disco. Kilku pasażerów przeciąga się w swoich legowiskach, ktoś czyta książkę, ktoś inny je posiłek, słucha muzyki. Siadam na ławce na tyłach i wpatruję się w brudną rzekę. Mur bujnej zieleni szczelnie otacza koryto, co jakiś czas pojawiają się domki na balach, a czasem nawet całe miasta. Ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, wiele budynków przystrajają kolorowe lampki choinkowe. Domy bardzo się różnią, niektóre przypominają szałasy, które wyglądają jakby zaraz miały osunąć się do wody, inne to pięknie wykończone, pływające rezydencje z których wystają anteny satelitarne. W pewnym momencie mijamy nawet kościół na balach. Małe dzieci pływają na łodziach z taką wprawą, jak ich rówieśnicy w innych częściach świata, jeżdżą na rowerze. Zaczynam rozmowę z Leną i bardzo szybko jestem zafascynowana. Oto poznałam dziewczynę, która pomimo, ze jest ode mnie młodsza to zwiedziła już więcej niż ja. Razem oglądamy zachód słońca nad Amazonką. Gdy jest już całkiem ciemno, podpływają do nas na łódkach mieszkańcy okolicznej wioski. Dosłownie „w biegu” podłączają się do statku i szybko wrzucają na pokład owoce. To taki rodzaj handlu, kto chce coś kupić, odsyła im pieniądze w wiaderku na linie. Po tym wszystkim bardzo sprawnie „odczepiają się” i odpływają. Jakim cudem w tych ciemnościach znajdują drogę, nie mam pojęcia.

Ranek wita mnie pięknym słońcem, lekka bryzą, muzyką disco i najważniejsze udrożnionym nosem i brakiem gorączki. Wstaje z hamaka i kieruje się pod prysznic. Z cienkiej rury leci zimna, orzeźwiająca woda a ja czuje się jak nowo narodzona. Razem z Leną wspinamy się na dach statku, gdzie załoga maluje pokład. Szybko zostajemy poczęstowane zimnym piwem.

Rzeka co jakiś czas jest wąska, by zaraz stać się szeroka jak morze. Na wodzie nie ma zbytniego ruchu. Jedynie lokalni mieszkańcy gonią nas swoimi małymi łódkami.
Przypominają mi się przerażające historie o tym rejsie, które słyszałam gdy podróżowałam po Brazylii. O niebezpiecznych, niesprawnych łodziach, pijanych ludziach, kradzieżach. A tymczasem ja wylądowałam na najbardziej zrelaksowanym, spokojnym statku jaki można sobie wyobrazić. Nawet nie ma komarów, które teraz, w sezonie deszczowym powinny być prawdziwą plagą. Jest…idealnie. Leżę w hamaku i kołyszę się na wietrze a moje myśli ogarnia niesłychany spokój.

Rejs powoli dobiega końca. Prawie 25 godzin minęło jak pstryknięcie palcami. Normalnie podróż przez Amazonkę nie zajmuje aż tyle czasu, ale na odcinku z Belem do Macapa trzeba przy okazji okrążyć wyspę Ilha de Marajó, co wydłuża całą trasę o kilkadziesiąt mil.

Dalszą drogę będę kontynuować razem z Leną, bo okazuje się jedziemy w te same miejsca, wpierw na równik w Macapa (czytaj: TUTAJ) a potem do Gujany Francuskiej (czytaj: TUTAJ)

Po wyjściu na pokład, żegnam się z moim Brazylijskim znajomym, jego mamą i babcią a także paroma innymi osobami z którymi zdarzyłam się poznać i polubić. Stoję teraz na brzegu i wpatruję się w drugą stronę. W plecaku leży zrolowany hamak, w reku ściskam podejrzany bilet a przede mną zacumowany jest rozklekotany statek. Największa rzeka na świecie do czegoś zobowiązuje, trzeba ja przekroczyć stylowo, niepowtarzalnie…po prostu, po Brazylijsku.

 

Jamajka, Treasure Beach

-Ya Man – uśmiecha się do mnie czarnoskóry mężczyzna, odsłaniając krzywe zęby. Jestem na lotnisku w Montego Bay. Na moje pytanie, czy bezpiecznie podróżować po Jamajce lokalnym autobusem, mężczyzna uśmiecha się szerzej:

-Ya Man, bezpiecznie, jak cię okradną, to don’t worry, najprawdopodobniej okradziony został cały autobus – Na koniec dorzuca – No problem, this is Jamaica!

Swój pobyt zaczęłam planować w samolocie z Kajmanów na Jamajkę (zważywszy, że lot trwa ok. godziny, plan ograniczył się do „przylecę i zobaczę co dalej”). Na wstępie mój portfel stał się lżejszy o 20 dolarów – musiałam opłacić wizę, mimo że prawie żaden kraj UE nie musi uiszczać opłaty.

W przewodniku po Jamajce umieszczono mapę z zaznaczonymi miejscowościami turystycznymi: Kingston, Montego Bay, Negril. Mój wzrok przykuło Treasure Beach na południu, opisane jako mała wioska rybacka z kilkoma guesthouse’ami i ładnymi plażami. Czemu nie… Na hali przylotów pierwsze kroki kieruję do informacji turystycznej.

– Ya Man, w którym hotelu masz rezerwację?

– W żadnym, chcę jechać do Treasure Beach.

– Ya Man, no problem, mogę ci zamówić taksówkę. To będzie 200 dolarów.

– Ile?! Nie ma mowy, nie mam tyle. Można tam dojechać lokalnym autobusem?

Z lotniska łapię „dzieloną taksówkę” na dworzec autobusowy. Nie ma na nim poczekalni, peronów, informacji. Przypomina plac handlowy. Okazuje się, że mimo niedużej odległości, nie ma bezpośredniego autobusu do Treasure Beach. Najpierw muszę jechać do Savana la Mar. Na szczęście jest wolne miejsce w minibusie.

Siedzę w przejściu na desce zawieszonej między siedzeniami. Ścisk i duchota, ale za to jest bilet śmiesznie tani, a z radia leci reggae. Kierowca pędzi, wyprzedzając inne pojazdy z prawej i z lewej strony (Jamajka jest w czołówce krajów z największą liczbą wypadków drogowych). W końcu docieram do Savana la Mar – małego miasteczka z nieciekawą reputacją. W czasie podróży poznaję Jamajczyka Joe, który tłumaczy mi, co mam dalej zrobić – złapać autobus do Black River. Autobus przyjedzie… wkrótce (na wyspie nie ma rozkładów jazdy, a nawet jak są to nikt nie zaprząta sobie nimi głowy).

Joe pyta skąd jestem, opowiada też o sobie. Rozmowie przysłuchuje się kierowca autobusu Sam. Wypytuje o Polskę, pytania są specyficzne: ile osób ginie w Polsce w strzelaninach? Ile jest wypadków śmiertelnych na drogach?

Po serii pytań rozmawiamy o Jamajce. – Ya Man, jest tu trochę niebezpiecznie, trzeba wiedzieć z kim nie zadzierać. Ya Man, nikt tu nie przestrzega przepisów drogowych. Ya Man, Jamajka to najpiękniejsze miejsce na ziemi.
Mężczyźni nie ukrywają radości, że zdecydowałam się na podróż komunikacją publiczną:  -Turyści tu siedzą w kurortach. W hotelach mówią im: nie wychodź na ulicę, bo cię zastrzelą! Fajnie, że podróżujesz po wyspie, zobaczysz prawdziwą Jamajkę.

Po godzinie czekania na autobus niecierpliwię się.

– Ya Man, przyjedzie wkrótce, no problem- Sam częstuje mnie jerk chicken, narodowym daniem Jamajczyków – grillowanym, pikantnym kurczakiem z ryżem.

Po dwóch godzinach przyjeżdża wyczekiwany transport. Sam wita się z kierowcą:

– To moja koleżanka, zawieź ją do Black River.

Mężczyzna bierze mój plecak i prowadzi do pojazdu, całego w zdjęciach Boba Marleya.

-Musimy chwilę poczekać – mówi i… idzie kupić na ulicznym straganie porcję jerk chicken.

Kolejna godzina czekania ciągnie się w nieskończoność. W końcu ruszyliśmy. Po czterdziestu minutach dojechałam do Black River. Po znalezieniu autobusu, który jechał do Treasure Beach, znów usłyszałam „musimy chwilę poczekać”.

Zaczęłam tracić nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się dojechać do celu. David, mój najnowszy kierowca, zabawiał mnie rozmową. Sprawiało mu to niemały ubaw, ponieważ rozumiałam zaledwie połowę tego, co do mnie mówił. Jamajczycy posługują się specyficzną odmianą angielsko-karaibskiego, trudnego do zrozumienia nawet przez anglojęzycznych. Gdy zebrało się pięć osób, ruszyliśmy. Kilka minut po 17.00 autobus zatrzymał się pod bramą guesthouse’u w Treasure Beach.

– Ya Man, no problem, mam jeden wolny pokój – objaśnia mi właściciel kilku małych, kolorowych domków na plaży.

Po rozpakowaniu plecaka wychodzę na werandę. Obok mój sąsiad, 30-letni Niemiec Julian, sączy Red Stripe, najpopularniejsze piwo na wyspie. Jest spokojnie, pusto i ciemno… – Ya Man, no problem, this is Treasure Beach.

„Rise up this mornin’,
Smiled with the risin’ sun”

Pisząc tę piosenkę, Marley na pewno myślał o porankach w Treasure Beach. Słońce budzi do życia wioskę powoli, tu nikt się nie spieszy. Wieś to kilka domów otoczonych drewnianymi płotami, garstka kameralnych hoteli i guesthouse’ów oraz Kingfisher Plaza, czyli kilka sklepików i kafejka internetowa.
Skromne życie towarzyskie skupia się w Eggy’s Bar (znanym także jako najlepsza miejscówka na podziwianie zachodów słońca), gdzie morze dosłownie podmywa siedzących przy stolikach gości, oraz „klubie nocnym” Fisherman, gdzie co wieczór gra głośna muzyka, ale nie oznacza to dzikiej imprezy (jedyni klienci to przeważnie rybacy przysypiający po ciężkim dniu przy stolikach).

Po kilku leniwych dniach na plaży, wraz z poznanymi tu kilkoma osobami, wynajmujemy łódkę, sterowaną przez Jamajczyka Justina. Black River to jedna z najdłuższych rzek Jamajki. Wzdłuż rzeki ulokowane jest miasteczko o tej samej nazwie. Mijamy domy mieszkalne, przed którymi wygrzewają się krokodyle.

– Ya Man, patrzcie, Jesus birds – mówi kapitan, pokazując maleńkie ptaszki biegające po wodzie.

Po półgodzinnym dryfowaniu Justin zatrzymuje się w zakolu rzeki. Według jego zapewnień to jedno z niewielu miejsc na Black River, gdzie można popływać bez obawy spotkania krokodyla. Jest gorąco, chłodna woda kusi, więc wszyscy wyskakujemy z łodzi. Justin rozdaje po butelce Red Stripe, na zawieszonej na drzewie linie można skakać do wody.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na jeszcze jednego Red Stripe. Wyjątkowego, bo w wyjątkowym miejscu. Łódka podpływa do rozpadającej się chatki na środku morza. To Pelican Bar, adres – Morze Karaibskie. Dawniej było to ulubione miejscem rybaków wracających z połowów. Obecny Pelican Bar to bardziej przystań turystów niż Jamajczyków. Po wcześniejszej rezerwacji można tam zjeść owoce morza. Cały lokal obwieszony jest zdjęciami Boba Marleya i flagami różnych państw. Drewnianymi schodami można zejść wprost do wody.

Ostatniego dnia na Treasure Beach, razem z Julianem, postanawiamy wynająć skuter i pojeździć po okolicy. Właściciel pojazdu tłumaczy jak go odpalić: „zielony kabelek przykładasz do czerwonego”.

Po godzinie jesteśmy w YS Falls. Mamy szczęście, bo trafiamy na „wolniejszy dzień”, kiedy nie ma tłumów. Przed wejściem mijamy tablicę „Żadnego niszczenia roślin, nie zostawiaj dzieci bez opieki, uważaj na śliskie kamienie, nie pal ganja! Dziękujemy za współpracę”. Wodospad nie jest wielki, ale za to bardzo szeroki, a wszystko otacza bujna zieleń.

Wracamy na wybrzeże wzdłuż pięknej Bamboo Avenue i kierujemy się na Lover’s Leap. Legendę o klifie zna tu każdy. Dwójka kochanków – niewolników na wieść, że mają zostać rozdzieleni, rzuciła się ze skały w otchłań wody. Pomimo sławy znalezienie klifu jest trudne. Po kilkunastu minutach błądzenia i przedarciu się przez gęste krzaki naszym oczom ukazuje się widok jak z bajki. Błękit nieba spotyka się z turkusem wody, delikatnie zarysowując linię horyzontu. Potężne skalne urwisko i wielkie fale, rozbijające się o surowy brzeg, zapierają dech w piersiach.

Wieczorem udajemy się do Eggy’s Bar na nasz ostatni zachód słońca nad Treasure Beach. Czerwono-złota kula zbliża się do tafli wody, rozświetlając morze wszystkimi kolorami a z głośników rozchodzi się wibrujący głos Marleya.

„Singin’: „Don’t worry about a thing,
‘Cause every little thing gonna be all right.
Singin’: „Don’t worry (don’t worry) about a thing,
‘Cause every little thing gonna be all right!”

Pzed zachodem słońca cz. II

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto druga odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Marrakesz (Maroko)

Pewnego dnia na jednej z ulic Marrakeszu spotkałam wycieczkę z Polski. Po krótkiej rozmowie okazało się, że przyjechali tutaj tylko na jeden dzień z Agadiru, teraz spacerują po okolicy a za kilka godzin zbierają się z powrotem do kurortu. „Ale jak to?”- pytam zdziwiona – „Przecież najważniejszy spektakl na głównej scenie kraju, placu Dżemaa el Fna, zaczyna się tuż po zachodzie słońca??”. Przyjechać do Marrakeszu i nie poczekać do zmroku to jakby nie odwiedzić tego miasta w ogóle. Dżemaa el Fna to hałaśliwe, gwarne, jedyne w swoim rodzaju, serce całego kraju. Gdy słońce chowa się za budynkami, a gorący żar, który płynie z nieba, nareszcie staje się do wytrzymania, plac zapełniają  kramy z jedzeniem, polowe restauracje, treserzy małpek i wężów, muzycy, tancerze. Dla każdego znajdzie się miejsce w tym kolorowym bałaganie. Razem z dwoma Chinkami, które poznałam poprzedniego dnia, siedzimy w małej restauracyjce na pietrze. Popijamy miętową herbatę i wpatrujemy się w powoli zachodzące słońce, które w Marrakeszu wcale nie zwiastuje końca dnia a właściwie rozpoczyna jego najciekawszy fragment.

Trynidad i Tobago

Po koszmarnej podróży na Trynidad i Tobago (czytaj TUTAJ) przyszedł czas na relaks i odpoczynek. Pigen Point, bajkowa plaża była moim pierwszym przystankiem na Tobago. Poszłam tam na piechotę, chociaż cały teren znajduje się w dość dużej odległości od drogi. Od początku wiedziałam, że zostanę na zachód słońca i nie rozczarowałam się. Cały spektakl wyglądał jak wycięty z pocztówki. Szałas na drewnianym molo, srebrna woda i złote słońce tonące w morzu. Trochę się martwiłam o późny powrót do miasta, ale po drodze zatrzymał się samochód i kierowca sam zaproponował mi podwózkę. W kolejnych dniach wpadliśmy na siebie jeszcze dwa razy, to właśnie John polecił mi Charlotteville, małą wioskę rybacką po przeciwnej stronie wyspy, która okazała się jednym z najpiękniejszych miejsc w kraju.

Gdzieś na Syberii (Rosja)

W pociągu kolei Transsyberyjskiej nie ma zbyt wielu atrakcji. Czas biegnie od posiłku do posiłku, od drzemki do drzemki, od rozdziału w książce do kolejnego rozdziału (czytaj TUTAJ). Czasem urozmaiceniem tej rutyny jest rozmowa ze współtowarzyszami podróży, a czasem skandale które co jakiś czas wybuchają w przedziale obok. Czteroosobowa rodzina zaprawiona w na długich Syberyjskich trasach zabrała ze sobą w drogę laptop i przedłużacz. Sprytnie podłączyli urządzenie do kontaktu na korytarzu i non stop oglądają filmy. Kontakty są dwa na cały wagon, a każdy chce naładować komórkę czy baterię w aparacie, także kłótni jest co niemiara. Coraz więcej wzburzonych pasażerów urządza sobie pielgrzymki ze skargami do przedziału prowadnicy. Ta na początku ignoruje zażalenia ale w końcu obiecuje ingerować. Gdy puka do zamkniętego przedziału z którego wystaje tylko kabel od przedłużacza, pozostali pasażerowie stoją za jej plecami czekając na przebieg rozmowy. Ja też stoję, ale bardziej z nudów niż ciekawości. W trakcie gdy wszyscy zażarcie dyskutują, mnie nagle przeszywa ciepło które przebija się przez szybę pociągu. Odwracam się do okna a tam, nad torami kolejowymi zachodzi słońce. W pociągu okna na korytarzu są zablokowane, dlatego przytulam się do ściany i pstrykam zdjęcie. Nie wiem ile stałam tej pozycji, ale wzburzony tłum zdarzył już rozejść się do swoich przedziałów a zachłanna rodzina zabrała przedłużacz. Korzystając z szansy szybko podłączyłam baterię aparatu do kontaktu…po czym leniwie wróciłam do pociągowej rutyny.

 Wyspa Langkwai (Malezja)

Siedzę sobie na tarasie małego domku na plaży i czytam książkę. Nagle słyszę…polski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jestem właśnie na małej wyspie Langkawi w Malezji. Odkładam lekturę na bok i wsłuchuje się jeszcze raz. Tak, uszy mnie nie mylą, słyszę mój ojczysty język. Idę w kierunku skąd dobiega rozmowa. Za domkiem, na plastikowych krzesełkach na piasku siedzi kilka osób i żartując, śmieją się co sił w płucach. To Polscy emeryci podróżujący po Azji, bez planów, bez rezerwacji i …bez znajomości angielskiego. Tym większe jest moje zdziwienie gdy okazuje się, że wynegocjowali lepszą cenę za domek niż ja. Przysiadam się do grupy i zaczynamy rozmowę. O wszystkim, o podróżach, planach na przyszłość, moim życiu w Australii. W tym czasie za nami zachodziło słońce. Na chwilę cała okolica rozświetliła się na pomarańczowo, by zgasnąć i pogrążyć nas w ciemności. Teraz słychać już tylko szum wody i roznoszące się wokoło echo śmiechu i chichotania z dobrych, polskich żartów.

 Playa Blanca, Cartagena (Kolumbia)

Ohhh ciężko było się dostać na tą plażę. Oczywiście można było wybrać łatwiejszą drogę, zapłacić za autobus turystyczny w agencji, popłynąć promem ale nam się zachciało przygody. Razem z poznanym w hostelu Amerykaninem Chrisem, wsiedliśmy najpierw w autobus podmiejski, potem złapaliśmy okazję i przejechaliśmy na pace dobrych kilkanaście kilometrów a na koniec pewien Kolumbijczyk podrzucił nas na motorze. Warto było się męczyć Playa Blanca śmiało można umieścić w rankingu najpiękniejszych plaż Karaibów. Wystarczyło kilka godzin, żebym zrozumiała, że nie chce dzisiaj stąd wracać. I tak spontanicznie postanowiliśmy zostać na noc. Wynajęliśmy namiot za kilka dolarów i rozbiliśmy go tuż nad brzegiem wody. Na całej plaży jest tylko jedna toaleta, do tego płatna, za prysznic służy wiaderko z zimną wodą i dziurawy parawan, a w nocy nie ma prądu. Ale wszystkie te niewygody wynagradza przepiękny zachód słońca. Gdy złota kula zbliża się do morza, większość plażowiczów pakuje swoje ręczniki, by zdążyć na ostatni prom do Cartageny. Statek odpływa a wraz z nim kilkadziesiąt ludzi, nagle Playa Blanca pustoszeje. Słońce zachodzi tutaj w kompletnej ciszy, jedynie z kilkoma osobami, które tak jak my zdecydowały się zostać na noc.