Urugwaj, Colonia Del Sacramento

Na Urugwaj czekałam prawie pięć lat. Gdy po raz pierwszy odwiedziłam Amerykę Południową, w planach miałam kilkudniowy wyskok do Montevideo i w okolice. Niestety pech chciał, że będąc w Buenos Aires bardzo się pochorowałam i tak zamiast na Urugwajskiej plaży wylądowałam w łóżku. W stolicy Argentyny z planowych trzech dni byłam zmuszona zostać cały tydzień. A gdy nareszcie poczułam się lepiej, trzeba było ruszyć przed siebie i na Urugwaj nie zostało czasu. W kolejnych latach odwiedzałam Amerykę Południową jeszcze kilka razy ale Montevideo jakoś nigdy było na mojej drodze.
Aż w w końcu, pewnego dnia decyzja została podjęta, trzeba do Urugwaju nareszcie się wybrać. Wpierw zablokowałam lot do Buenos Aires a prom do Urugwajskiej Colonii. Następnie szybko skontaktowałam się ze znajomymi ze stolicy Argentyny i mniej więcej w godzinę, cała podróż była dopięta (może nie na ostatni ale na przedostatni) guzik.


W Argentynie czas minął bardzo szybko, rewelacyjnie było się spotkać z dawnymi znajomymi, Tito (który przed pięcioma laty straszył mnie argentyńskimi taksówkami CZYTAJ TUTAJ) czy Loreną, ale przecież nie to było głównym celem wyjazdu. Dlatego późnym popołudniem ruszyłam na przystań, skąd odpływa prom do Urugwaju. Hala Seacat, jednej z trzech firm organizacyjnej promy do Urugwaju, znajduje się blisko centrum miasta. Odprawa paszportowa i nadanie bagażu, idzie bardzo sprawnie i nim się obejrzałam siedziałam wygodnie w fotelu na pokładzie statku. Godzinny rejs mija szybko, zważywszy na to, że widoków nie ma żadnych a na pokładzie jest dość nudno (jeden bar i sklep bezcłowy). Około godziny 20 ląduje na Urugwajskiej ziemi.

Colonia Del Sacramento bo tak brzmi cała nazwa miasteczka, to wyjątkowe miejsce, jakby wyrwane z innej bajki, senne i spokojne, zupełnie różne od potężnych miast-molochów Ameryki Południowej. Założone przez Portugalczyków, przez kolejne wieki było przedmiotem sporów z hiszpańskimi osadnikami, którzy po drugiej stronie rzeki założyli Buenos Aires. Pomimo burzliwej historii udało się Colonii zachować swoją historyczną starówkę i dziś pozostaje jednym z najpopularniejszych i najpiękniejszych miast Urugwaju.


Na sam początek spacerkiem wybieram się nad zatokę. Brązowa woda rzeki Rio de la Plata wygląda jak niekończące się morze, a przecież gdzieś tam po drugiej stronie ulokowane jest głośne i chaotyczne Buenos Aires. Ruszam w kierunku centrum starego miasta, który parę lat temu został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kolorowe domy otaczają wiekowe, kamienne plazy. Przy jednej z nich stoi kościół z dwoma wieżami, najstarszy w całym kraju. Tuż przed budynkiem zaparkowane są dwa stare garbusy. Zupełnie jakbym cofnęła się w czasie…. Ludzi jest też jak na lekarstwo, chyba wszyscy zostali w domach albo wyjechali na weekend. Pomimo, że to już pierwsze dni jesieni, drzewa intensywnie kwitną, pokryte różowymi i białymi kwiatami. Często zielony bluszcz wije się po kamiennej ścianie tworząc piękny żywy obraz.


Latarnia morska góruje nad całą Colonią. Kilku turystów wychodzi na górę żeby zrobić zdjęcie panoramie miasta. Nic więcej tu się nie dzieje, ale spokój tego miejsca jest zaraźliwy i co chwile przysiadam na drewnianej ławce aby złapać trochę promieni jesiennego słońca. Wygląda na to, że leniwie płynący czas, to coś co dostajemy w gratisie, po przyjeździe do Urugwaju.

Zatrzymuje się w kawiarni która znajduje się na tyłach kolonialnego domu. Właścicielka ustawiła kilka leżaków w ogródku porośniętym palmami. Zamawiam gorącą herbatę i przeglądam strony przewodnika. Starówka zaliczona, latarnia też, kościół odhaczony…i to by było na koniec. Za parę godzin rusza mój autobus do Montevideo (około 2 godziny drogi) a póki co chyba prześpię się na tym leżaku i zrobię to co w Colonii wychodzi najlepiej, zrelaksuję się 😉