Kajmany, George Town

Jak się dostać z Kuby do Miami? Przez Jamajkę! Jak się dostać z Kuby na Jamajkę? Przez Kajmany! Nocny postój w George Town, stolicy kraju to doskonała okazja żeby rozejrzeć się po okolicy.

Z czym kojarzą mi się Kajmany? Z luksusem, z bankami, z eleganckimi hotelami. Pierwsze co przychodzi mi więc do głowy do nocleg na couchsurfingu. Szybko znajduje sympatycznego Edda i już w spokoju mogę planować dalszą część mojej podróży po Ameryce Środkowej.

Na Kubie ciężko o internet dlatego nie mam jak przypomnieć Eddowi szczegółów mojego przylotu. Siedzę w samolocie z Hawany jak na szpilkach, trzymając mocno kucki, żeby mój dzisiejszy host pamiętał o mojej wizycie. W międzyczasie zagaduje do mnie dwóch Amerykanów którzy mieszkają na Kajmanach. „Jak się nie zjawi, możesz zatrzymać się u mnie” – proponuje mi nieznajomy- „Mieszkamy z żoną niedaleko lotniska więc mogę cię rano podrzucić na samolot”.

Zabieram plecak z taśmy i podchodzę do Amerykanina. „Jadę teraz do biura, ale za godzinę będę tędy przejeżdżać, jak wciąż tu będziesz, zapraszam do siebie”. Siadam na ławce przed lotniskiem i wypatruje Edda. Na szczęście już po 15 minutach zjawia się znajoma twarz. Szczuplutki Filipińczyk z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, mocno mnie przytula: „Witaj na Kajmanach!”.

Pierwszy przystanek, restauracja. Dobrze się składa bo umieram z głodu. Na kolacje dołącza do nas przyjaciółka i współlokatorka Edda, Reko. Mój gospodarz wybiera typową Amerykańską restaurację których tutaj jest na pęczki. Amerykanie stanowią większą część populacji Kajmanów. A już szczególnie tej nocy, gdy w telewizorach leci transmisja z Super Bowl, największego amerykańskiego święta football’u.

„Przyjmujemy couchsurferów z nudów”- tłumaczy mi Edd – „Na wyspie niewiele się dzieje, to jedna z rozrywek” . Rozglądam się dookoła. Nawet krzyczący wniebogłosy kibice nie są w stanie zakłócić panującego w okolicy spokoju.

Po posiłku kierujemy się na słynną Siedmiomilową plażę. Słońce będzie zaraz zachodzić, więc siadamy na piasku i wpatrujemy się przed siebie. Wczorajszy zachód słońca na Kubie, jutrzejszy gdzieś na Jamajce, dzisiejszy na Kajmanach….jak tutaj nie kochać podróży.

Jest już całkiem ciemno gdy znowu wsiadamy do samochodu Edda. Jedziemy teraz do miasta, chociaż Georgetown, stolica kraju, to w zasadzie mała wioska. Zwiedzanie zaczynamy od….domu handlowego czyli centrum towarzyskiego wyspy. W kilku budynkach znajdują się kino, ekskluzywne sklepy i kilkanaście luksusowych restauracji ulokowanych wzdłuż sztucznej laguny. Potem powoli spacerujemy po opuszczonych ulicach miasta.

Wszystkie budynki wyglądają prawie identycznie jak na Arubie czy Amerykańskim Key West. Dwupiętrowe domy obite są kolorowym saidingiem, z przodu znajdują się drewniane werandy a przed wejściem zadbane ogródki. Wzdłuż portu ciągnie się kilka restauracji i sklepów. Bardziej w głębi ustawione są słynne banki. Dalej są już tylko osiedla mieszkalne. Przy czym na wyspie próżno szukać wysokich budynków, wszystkie domy maja około dwa, trzy piętra. Niewiele się tu dzieje. Całe miasto można obejść dosłownie w 15 (!) minut.

Ponieważ mój samolot na Jamajkę stratuje o 6 rano, a wszystkie lokale w okolicy powoli zbliżają się do zamknięcia, udajemy się do domu Edda.
„Gdybyś miała więcej czasu, pojechalibyśmy na okoliczne plażę, ponurkowali z rurką”- zachęca Edd – „Bo w mieście naprawdę nie ma co robić”.

Mój pierwszy i ostatni wieczór na Kajmanach upływa nam więc na rozmowach o… Filipinach, skąd pochodzi Edd i Reko, a mi tym samym  świta już w głowie pomysł kolejnej podróży: (czytaj: TUTAJ) 😉

O 4 rano razem z Eddem zbieramy się z łóżka i jedziemy na lotnisko. Po drodze mijamy miasto i szereg osiedli z identycznie wyglądającymi domami. Kajmany to najczęściej cel wycieczek bogatych Amerykanów, Brytyjczyków i wielkich statków pływających po Karaibach. To popularne miejsce plażowych ślubów i nurkowania. To również doskonała miejscówka na przystanek w wyprawie. Wystarczająco długi żeby odpocząć od podróży, wystarczająco krótki żeby się zbytnio nie znudzić.

Reklamy

Przed zachodem słońca cz. I

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto pierwsza odsłona nowego cyklu na blogu i pierwsze zachody słońca 🙂

Archipelag San Blas (Panama)

Na archipelag San Blas w Panamie dotarłam po kilkudniowej, wycieńczającej podróży jachtem z Kolumbii (czytaj TUTAJ). Pierwszy zachód słońca na wyspie był ukojeniem tych kilku dni na morzu. Wprawdzie ziemia wciąż nieprzyjemnie falowała co było pozostałością po okropnej  chorobie morskiej, obolały żołądek odmawiał jakiejkolwiek kolacji a ciepły rum w plastikowych kubeczkach ledwo nadawała się do picia, to i tak wszyscy siedzieliśmy na piasku jak zaczarowani, wpatrując się w zmieniające się kolory na niebie. Nad San Blas słońce zachodziło powoli, rzucając długie, gorące promienie a gdy w końcu utonęło w morzu, cała okolica natychmiast pogrążyła się w ciemności. Po chwili wszyscy wbiegliśmy do wody, żeby popływać pod gwiazdami. Po powrocie położyłam się na materacu, tuż pod palmą i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w usypiające fale morza.

Busan (Korea Południowa)

Podróżując po Korei Południowej odwiedziłam moją koleżanką Dianę, która specjalnie na mój przyjazd wzięła wolne w pracy i razem ze mną zwiedzała swój kraj. Z uwagi na to, że Korea jest odrobinę droższa starałyśmy się oszczędzać i spałyśmy głównie w hostelach….do czasu przyjazdu do nadmorskiego miasta Busan. Wtedy to ojciec Diany poinformował nas, że dzięki swojej pracy załatwił nam…apartament w czterogwiazdkowym hotelu, tuż nad zatoką. Cały dzień spędziłyśmy z Dianą na spacerze po mieście, m.in na wizycie na słynnym targu rybnym, zaś wieczorem rozkoszowaliśmy się luksusowym pokojem z widokiem na zachodzące słońce tuż nad mostem Gwangan. To był piękny koniec, pełnego niespodzianek, równie pięknego dnia.

Kajmany

Mój samolot wylądował na Kajmanach na kilka godzin przed zachodem słońca. Z lotniska odebrał mnie Ed, chłopak u którego miałam spać na coutchsurfingu. Razem ze swoją przyjaciółką Reko, szybko obwiózł mnie po całej wyspie, zaprosił na kolację do lokalnej restauracji a wieczorem wszyscy udaliśmy się w kierunku najsłynniejszej plaży w kraju: Seven Mile Beach. Zdążyliśmy idealnie tuż na zachód słońca. Plaża była prawie pusta, siedzieliśmy więc na piasku i w trójkę wpatrywaliśmy się przed siebie, a gdy słońce zginęło za horyzontem jeszcze długo rozmawialiśmy o podróżach, życiu i Filipinach (zarówno Ed jak i Reko pochodzą z tego kraju). Następnego dnia, na kilka godzin przed świtem Ed odwiózł mnie na lotnisko. Samolot wzbił się w powietrze wraz ze wschodem słońca, wtedy jeszcze nie wiedziałam jak wspaniały dzień na mnie czeka i gdzie będę podziwiać kolejny zachód słońca.

Cienfuegos (Kuba)

Na Kubie od pięknych zachodów słońca można dostać zawrotu głowy. Każdy pobyt na plaży kończył się późnym wieczorem, bo obowiązkowo musiałam poczekać do zmierzchu. Podczas pobytu w Cienfuegos koniec dnia zaskoczył mnie podczas zwiedzania dzielnicy Punta Gorda. Spacerowałam wzdłuż nadmorskiego deptaka Malecon, gdy słońce powoli  schodziło coraz niżej i niżej. Początkowo żółte niebo stało się pomarańczowe, potem czerwone a złota droga na wodzie wiodła wprost do rozjarzonej kuli na niebie.

Aruba

Co można robić na Arubie? Karaibska rajska wysepka to raj dla amatorów plażowania ale poza tym nie ma tam zbyt wielu atrakcji. Z Aruby miałam samolot do Europy, to tam spędziłam ostatnie pięć dni podczas mojej podróży po Ameryce Południowej. Znowu bez pieniędzy i znajomości ale za to z kolejną niesamowitą przygodą. Moja wiara w dobrych ludzi, odrobina szczęścia i karma po raz kolejny postawiły na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Zamieszkałam u małżeństwa które poznałam na lotnisku w Wenezueli (ale to już historia na inny cykl: The kindness of strangers czyli życzliwość w podróży). Codziennie rano Frank wiózł mnie na plażę skąd odbierał mnie wieczorem po pracy. Każdy dzień wyglądał tak samo, leżakowanie, leniuchowanie i zachody słońca. Ciepłe, jasne światło było jak przyjemna kołderka która otula przed snem. Za kilka dni miałam wracać do polski, w sam środek zimy, z mrozem, śniegiem i krótkim dniem. Każdy zachód słońca zapisywałam więc w pamięci, razem z szumem fal, piskiem mew i zapachem mokrego piasku.