Chiny, Chiny kulinarnie

Powoli podnoszę pałeczkami kawałek kurczaka i kieruję go w stronę ust. W ostatnim momencie mięso wyślizguje się i spada na stół. Automatycznie go podnoszę i kładę na rogu talerza.
– Bleeee, wy Europejczycy jesteście obrzydliwi – krzywi się mój Chiński towarzysz.
Całkowicie zaskoczona rozglądam się po sąsiednich stolikach. Jestem jedynym obcokrajowcem, dookoła sami tubylcy mlaskający i plujący wniebogłosy. Dodatkowo każdy rzuca oblizane kości kurczaka prosto na stół albo pod nogi. Nie wspominając już nawet, że nasz posiłek jemy na talerzu owiniętym plastikową reklamówką. Po skończeniu jedzenia siatka trafi do kosza a talerz do kolejnego klienta.
I to my jesteśmy obrzydliwi???…otwieram szeroko oczy i wpatruje się w mojego towarzysza.
– Przecież położyłaś brudny kawałek jedzenia obok tego dobrego, teraz Ci się pomyli i jeszcze przez przypadek go zjesz…

Próbowanie lokalnego jedzenia to chyba jedna z największych przygód w Chinach. Wśród tysiąca identycznie wyglądających znaczków, nigdy do końca nie wiadomo co się zamawia. Na szczęście wiele dań ma załączone w karcie zdjęcie, dzięki czemu mamy  jaką taką podstawową wizję tego, jak jedzenie będzie wyglądać. Wiele restauracji aby przyciągnąć zagranicznych gości tłumaczy dodatkowo menu na angielski. Robi to jednak na tyle nieudolnie, często używając podstawowego internetowego tłumacza, że często przy zagranicznym opisie potraw, można zobaczyć składniki takie jak: „opona” czy „okno” (??).
Z sokami nie ma takiego problemu, uliczni sprzedawcy przyrządzają je na naszych oczach z najbardziej kolorowych i soczystych owoców jakie można sobie wyobrazić. Ale żeby nie było zbyt normalnie, gotowy napój wlewają do  …plastikowej reklamówki. Idziemy więc sobie, trzymając siatkę za uszy i sącząc przez rurkę słodki nektar.

Skoro już jesteśmy na ulicy to warto rozejrzeć się dookoła, bo można tutaj znaleźć o wiele więcej skarbów niż tylko świeżo wyciśnięte soki. Stołowanie się na małych bazarach, tuż przy przejeżdżających obok samochodach, to unikalne i niezapomniane doświadczenie. Czego tam nie ma, najróżniejsze zupy, pikantne noodle, ryż przyrządzany na sto sposobów. No i oczywiście jedzenie „na kijku” czyli wszelkiego rodzaju szaszłyki z mięsa, z owoców, warzyw czy czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Nie można też zapominać o jogurcie. W Pekinie to świętość. Płynny, mocno schłodzony napój pije się przez słomkę wprost z glinianego kubeczka, które potem trzeba zwrócić sprzedawcy. Codziennie rano setki Chińczyków (dorośli i dzieci) stoją pod sklepami racząc się jogurtem, a wieczorem wszędzie można usłyszeć charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie naczyń, zbieranych przez sklepikarzy.

Pierogi! W smaku podobne do tych naszych, delikatne z soczystym nadzieniem. Kształtem odrobinę inne, bardziej okrągłe, przypominają małe saszetki. Gotowane są na parze w specjalnych drewnianych naczyniach. Można je kupić dosłownie wszędzie, nawet w Chińskich fast foodach, choć mi najlepiej smakują…oczywiście na ulicy.

Gdy już znudzi nam się jedzenie na bazarkach, trzeba rozejrzeć się za restauracją. Jest ich miliony. Od super ekskluzywnych i eleganckich po te wzorowane na Europejskie aż po tanie rodzinne przybytki. Chiny są olbrzymie a każdy zakątek specjalizuje się w innym jedzeniu. Warto odwiedzić restauracje z daniami regionalnymi, gdzie można spróbować pyszności z innych zakątków kraju (w Pekinie obowiązkowo słynna kaczka po pekińsku).

Jedzenie przeważnie serwowane jest w małych miseczkach. Każdy ma swoją porcję ryżu, pozostałe składniki rozłożone są po całym stole w osobnych naczyniach. Posiłki spożywa się przy pomocy pałeczek i podłużnych porcelanowych łyżek (do „siorbania” zup) chociaż sztućce są ostatnio coraz bardziej popularne.

Czy czegoś może brakować do szczęścia w tym kulinarnym raju? Na pewno produktów które w Polsce są popularne i łatwo dostępne (np. czekolada, żółty ser czy chleb. Chociaż pieczywo łatwo zastąpić bułkami pieczonymi na parze).

Warto się również przygotować na specyficzne maniery jakie panują przy stole. Siorbanie, mlaskanie, bekanie i inne podobne odgłosy, są w Chinach na porządku dziennym, a zwracanie na nie uwagi jest niepowszechne i niegrzeczne. Stół po skończonym posiłku wygląda czasem jak pobojowisko, wszędzie walają się kawałki jedzenia, kości z kurczaka, kawałki warzyw. W tańszych restauracjach często brakuje talerzy dlatego powszechną patyką jest jedzenie na reklamówkach.

Patrzę zdumiona na mojego Chińskiego towarzysza i zastanawiam się nad tym co właśnie powiedział. Spoglądam na swój talerz przykryty jednorazową siatką i nie mogę powstrzymać śmiechu. Siorbiący i plujący mężczyzna, właśnie zwrócił mi uwagę, że zachowałam się nieodpowiednio przy jedzeniu. Ale jestem w Chinach, kraju którego kompletnie nie rozumie, biorę  więc „brudny” kawałek mięsa i wyrzucam z powrotem na środek stołu, i muszę przyznać, że w tym momencie, ma to jakiś swój sens.

Przed zachodem słońca cz. III

Trochę sentymentalnie, trochę kiczowato i ckliwie…ale takie są też przecież zachody słońca. Najbardziej banalna historia to ta, która kończy się wraz z malowniczym zachodem słońca, najmniej oryginalne zdjęcie jest wykonane na tle złotej kuli wpadającej do oceanu… A pomimo to wciąż oglądamy i fotografujemy. Moje zachody słońca zawsze poprzedza jakaś przygoda, jakieś mijesce lub jakaś osoba i to czyni je wyjątkowymi. Oto trzecia i ostatnia odsłona cyklu „Przed zachodem słońca” 🙂

Pekin (Chiny)

Po przyjeździe do Pekinu pociągiem (czytaj TUTAJ)  szybko wskoczyłam w drugi pociąg (tym razem metro), żeby odnaleźć mój hostel. Na początku zadanie wydawało się banalnie proste ale po dotarciu na miejsce, błądziłam kilka godzin po malutkich, identycznych uliczkach wokół Zakazanego Miasta i wciąż nie mogłam znaleźć noclegu. W końcu zrezygnowana zdjęłam ciężki plecak, rozmasowałam bolące ramiona i siadłam na krawężniku. Duszne, pekińskie powietrze kleiło się do mojej skóry a po czole spływał pot.  Musiałam wyglądać bardzo biednie bo nagle zatrzymał się koło mnie pewien starszy Chińczyk na rowerze i doskonałą angielszczyzną zapytał, co mi się stało. Nie wiem co uszczęśliwiło mnie bardziej, to że oto spotkałam kogoś kto mówi po angielsku, czy że nareszcie ktoś mi pomorze.  Po krótkiej wymianie zdań, okazało się, że hostel którego szukam jest już zamknięty ale Chińczyk od razu polecił mi inny, zaledwie kilka ulic dalej, a na koniec zamówił mi taksówkę i poinstruował kierowcę gdzie ma mnie zabrać.

Po zameldowaniu, rozpakowaniu plecaka i dwóch prysznicach, wybrałam się w okolice Zakazanego Miasta. Nim jednak tam dostałam, na ulicy zaczepiło mnie dwóch młodych Chińczyków. „Skąd jesteś?, co tutaj robisz?, jesteśmy studentami angielskiego z Szanghaju, może pójdziemy na herbatę, porozmawiamy po angielsku, damy Ci jakieś rady.”- zagadywali a ja nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, drugi raz w ciągu jednego dnia poznaje mówiących po angielsku Chińczyków. Musiałam jednak odmówić bo nad Zakazanym Miastem zachodziło już słońce a ja bardzo chciałam to zobaczyć. Rozczarowani studenci odeszli więc usiadłam na ławce i w spokoju przyglądałam się  przepięknemu końcowi dnia.

Po powrocie do hostelu dowiedziałam się, że najczęstszym oszustwem w Pekinie, jest ten „na studenta”. Młodzi Chińczycy zagadują obcokrajowców pod pretekstem praktyki języka, zapraszają ich na herbatę do zaprzyjaźnionego lokalu. Zamawiają napoje i jedzenie a potem tylnym wyjściem wymykają się z lokalu zostawiając swoje ofiary z gigantycznym rachunkiem… Dzięki Bogu za zachód słońca, bo ten dzień mógł skończyć się dla mnie całkiem inaczej.

 Dolina księżycowa, San Pedro de Atacama (Chile)

Czy na księżycu można podziwiać zachody słońca? W Dolinie Księżycowej w północnym Chile można. Razem z grupą innych turystów wybrałam się na wycieczkę do Doliny Księżycowej, jednego z najsuchszych miejsc na świecie. Cały dzień spędziłam w towarzystwie Ralfa, młodego Niemca który akurat odbywał praktyki lekarskie w jednym ze szpitali w Santiago. Gdy dzień zbliżał się ku końcowi, wyskrobaliśmy się na szczyt wydmy i w skupieniu czekaliśmy na wielkie widowisko. Tym razem słońce nie zachodziło nad morzem i nie gasło w wodzie, a chowało się za górami. Krajobraz dookoła nas był dość monotonny; bezchmurne, niebieskie niebo, szare skały i żółty piasek. Jasna kula niczym diament rozświetlała tą surową okolicę i na ten jeden krótki moment, Dolina Księżycowa stała się złotą doliną.

Treasure Beach (Jamajka) 

Ktoś może powiedzieć: „Ileż można oglądać zachód słońca?”. Na Jamajce można to robić nieskończoną ilość razy.  Na czas pobytu na wyspie zaszyłam się w malutkiej wiosce rybackiej Treasure Beach (czytaj TUTAJ)która okazała się najlepszą miejscówką do podglądania zachodów słońca w całym kraju. Mieszkałam w lokalnym guesthousie a oprócz mnie nie było prawie w ogóle innych turystów.  Pod koniec każdego dnia siadałam razem z młodym Niemcem Julianem, na drewnianych ławach w Eggy’s Bar. Wprawdzie ta mała szopa ustawiona na plaży, wygląda jakby zaraz miała przewrócić się do morza, ale to tutaj koncentrowało się całe (bardzo ubogie) życie towarzyskie miasteczka. Woda podmywała siedzących gości, a nogi zapadały się w mokrym piasku. W Eggy’s Bar serwowane jest tylko piwo i rum, nie ma toalety ani eleganckich stołów, ale zawsze można spotkać tutaj miłych i wesołych ludzi. O zachodzie słońca wszystkie rozmowy nagle cichły, a z głośników rozbrzmiewał tylko melodyjny głos Marleya. Na chwilę niebo stawało się różowo-pomarańczowe, a na wodzie pojawiała się złota droga. Wydawało mi się wtedy, że jestem w kinie. Na niezwykle pięknym filmie z cudowną ścieżką dźwiękową.

Jericoacoara (Brazylia)

Każdego dnia, dokładnie o siedemnastej, w malutkim miasteczku Jericoracoara, setki ludzi udaje się na wielką wydmę piaszczystą by podziwiać najpiękniejszy spektakl dnia. Nigdzie indziej w Brazylii słońce nie tonie tak widowiskowo w wodzie. Na szczycie wydmy stoją małe wózki na których barmani przyrządzają orzeźwiającą Caipirinhe, brazylijski koktajl na bazie cachaca. Z plastikowym kubeczkami w dłoni siadamy na piasku i w skupieniu czekamy na godzinę zero. A gdy słońce już zniknie za linią horyzontu wokoło rozchodzą się oklaski. Wtedy trzeba pomyśleć  życzenie, podobno wszystkie się spełniają. Rosjanka Olga, którą tutaj poznałam, przyjechała w te okolice kilka lat temu w tzw. kryzysowym momencie życia. Zakończyła długi związek i wybrała się w podróż po Brazylii. Jericoracoara tak ją zauroczyło, że podczas pierwszego zachodu słońca pomyślała marzenie, żeby zostać tutaj na zawsze. Następnego dnia gdy spacerowała po okolicy, zobaczyła malutki hotel wystawiony na sprzedaż. Kupiła go i od tego czasu mieszka i pracuje w Brazylii. Zachody słońca w Jericoracoara są więc nie tylko piękne ale też magiczne.

Mój faworyt!  Wyspa Wielkanocna

Absolutny numer jeden wśród wszystkich zachodów słońca jakie widziałam. Coś tak pięknego, że aż przeszywają mnie dreszcze na samo wspomnienie. A pomyśleć, że tak mało brakowało, a bym go przeoczyła. Tego dnia nic nie zapowiadało spektakularnego końca dnia. Parę godzin wcześniej wylądowaliśmy na Wyspie Wielkanocnej. Niebo było mocno zachmurzone, dlatego podjęliśmy decyzję, że idziemy do miasta na kolacje. Gdy odchodziliśmy od platformy z kamiennymi Moai, poczułam na plecach gorące promienie. Odwróciłam się i zobaczyłam przebijające się przez szare chmury, słońce. Na początku spokojnie by po chwili rozpalić  niebo.

Podobno przed śmiercią przed oczami przemyka nam całe nasze życie. Momenty które mocno nas poruszyły, twarze które utkwiły nam w pamięci….Gdy siedziałam na trawie na  przeciwko potężnych Moai na Wyspie Wielkanocnej, a moją twarz rozświetlały czerwone promienie słońca, nagle zobaczyłam swoje życie. Kraje które udało mi się zobaczyć, ludzi którzy stanęli na mojej drodze, przygody które mnie zmieniły i ukształtowały. Te wszystkie momenty które zaprowadziły mnie do miejsca w którym jestem teraz, dzięki którym znalazłam się tutaj i mogę to wszystko zobaczyć na własne oczy a potem zapisać w swoich wspomnieniach.

Chiny, Datong

Na początku plan był taki: razem z Jarkiem jedziemy pociągiem do Datong, Jarek mówi trochę po Chińsku, więc łatwo znajdziemy jakiś nocleg i autobus, żeby dostać się do położonych poza miastem atrakcji. W rzeczywistości wygląda to tak: Jarek dostaje nagły telefon i musi szybko wracać do swojego miasta, zostawia mnie na ulicy z biletem. Przez 6 kolejnych godzin jazdy, siedzę ściśnięta w pociągu, a jakiś podstarzały, irytujący Chińczyk robi mi zdjęcia i nagrywa na swoją komórkę film, jak czytam książkę. Na miejscu leje jak z cebra, a ja nie mam bladego pojęcia gdzie będę spała. Co robię?

Na dworcu w Datong wypatruje parę Europejczyków, pytam gdzie będą nocować a potem proponuję wspólną taksówkę. Szwajcarzy mają adres hostelu ale za nic nie możemy go znaleźć. W końcu po kilkunastu minutach błądzenia w strugach deszczu okazuję się, że żeby dostać się do hostelu trzeba najpierw przejść przez sklep…z ubrankami dla dzieci. Jesteśmy na miejscu. Ale niestety nie ma dla mnie pokoju, wszystko zabukowane. Zaraz, zaraz coś się jednak znajduje, jedno wolne łóżko. „Biorę”- krzyczę do recepcjonisty nim zdąży dokończyć zdanie. Przemoczona i wyczerpana wchodzę do pokoju….pełnego małych dzieci. Okazuje się, że dzisiejszą noc spędzę z wycieczką szkolną z Korei. Wiek 8-12 lat, ale wszystkie są przemiłe i jako jedyna z całego hostelu mam współlokatorów, którzy mówią choć trochę po angielsku.

Wieczorem sprawdzam jak dojechać do Wiszącego Klasztoru. Po chwili zagaduje do mnie chłopak z Holandii, Bastien, szybko dołącza się dziewczyna z Irlandii i poznani wcześniej Szwajcarzy. Taką liczbą możemy spokojnie wynająć taksówkę i zobaczyć więcej i taniej….i po co komu plan, skoro wszystko tak dobrze się układa 🙂

Wyruszamy wcześnie rano, choć nie obywa się bez kłopotów. Żaden z bankomatów nie przyjmuje mojej karty. Żeby nie marnować więcej czasu Bastein proponuje mi pożyczkę. Najpierw obieramy kurs na Wiszący Klasztor, oddalony jakieś 80 km od Datong. Pomimo, że w mieście było ciepło i słonecznie, tutaj temperatura zmienia się drastycznie. W skalistym wąwozie w którym znajduję się świątynia panuje przeszywający chłód i mroźny wiatr. Kilku Chińczyków przygotowanych na przybywających, wyletnionych turystów, ma do wypożyczenia wielkie futrzane kurtki i czapki. Razem z całą grupą, zaciskamy jednak zęby i ostro idziemy do przodu, chociaż z każdym krokiem wydaje się, że jest coraz zimniej.

Wiszący Klasztor to niesamowita budowla powstała za czasów dynasto Qing. Znajduje się na wysokości 50-60 metrów, na zboczu Heng Shan, jednej z pięciu świętych gór Chińskich.

                     

                     

W naturalnych jaskiniach wydrążono ponad 40 pawilonów a następnie dobudowano do nich drewniane fasady, całość połączono kładkami i wiszącymi mostami. Najważniejsze pomieszczenie w Świątyni, to zdecydowanie Pawilon Trzech Religii, gdzie tuż obok siebie znajdują się posągi Konfucjusza, Buddy i Laozi, reprezentujące trzy najważniejsze nurty religijne w kraju: konfucjanizm, buddyzm i taoizm. W pozostałych pawilonach można zobaczyć ponad 80 glinianych i kamiennych figur a także wielobarwne malowidła ścienne.

Choć chęci są olbrzymie, pogoda nas pokonuje. Przemarznięci do szpiku kości biegniemy z powrotem do samochodu. „Gdzie teraz?” pyta, złamanym angielskim nasz kierowca. „Do jaskiń Yungang” odpowiadamy jednogłośnie.

Groty Yungang to jedna z największych atrakcji w północno-zachodnich Chinach. W potężnych, bogato zdobionych jaskiniach wykuto ok. 50.000 posągów Buddy, z czego największy mierzy prawie 17 metrów wysokości. Jaskinie powstały pomiędzy rokiem 460-525  za czasów dynastii Wei. Wszystkie figury wykonane są z piaskowca, który poddawany działaniu niekorzystnych warunków atmosferycznych, jest szczególnie narażony na zniszczenie, dlatego od lat przeprowadzane są tutaj zabiegi, w celu ochrony tego niezwykłego miejsca. Na terenie obiektu spokojnie można spędzić cały dzień, odwiedzając po kolei kolejne jaskinie.  Na szczęście tutaj pogoda dopisuje i od samego początku towarzyszy nam przyjemne słońce a otaczający groty park jest doskonałym miejscem na chwilę relaksu przed powrotem do Datong.

                        

Na koniec dnia zostaje nam jeszcze jedno miejsce do odwiedzania, może nie tak historyczne, ale równie ważne dla współczesnego podróżnika….bankomat. Po kolei odwiedzamy kolejne banki, żeby za każdym razem przekonać się, że nasze europejskie karty nie działają. Nareszcie, po kilkunastu próbach udaje nam się w końcu wybrać gotówkę. Teraz mogę już spokojnie wrócić do hostelu i zacząć planować podróż do kolejnego miejsca…chociaż po co planować, skoro wszystko tak dobrze się układa.

Chiny, Xi’an, Terakotowa Armia

Razem z Gagą, młodą Chińską przewodniczką stoimy przy bramie do Muzeum Terakotowej Armii, w pobliżu miejscowości Xi’an w prowincji Shaanxi. Żeby wejść do środka muszę wylegitymować się dokumentem, o czym wspomniała mi dziś rano Gaga a  ja oczywiście beztrosko o tym zapomniałam.

– Nie martw się Anna  – Gaga każe mi chwilę poczekać a sama znika w tłumie ludzi.

„Jestem Gaga, jak Lady Gaga”- tak przedstawiła mi się parę godzin temu.  W hostelu polecono mi ją jako przewodniczkę po muzeum. Szybko ten wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Gaga jest zabawna, energiczna, cały czas się uśmiecha i przede wszystkim, jest bardzo pomysłowa.

Po chwili wraca z dowodem osobistym ….jakiejś Kanadyjki.

-Ale ona nie jest w ogóle do mnie podobna! – próbuje się tłumaczyć.

-Nie martw się Anna – uspokaja mnie Gaga i prowadzi do bramek – Wy Europejczycy, często mi mówicie, że nie potraficie, nas Chińczyków od siebie odróżnić. Pocieszę Cię, dla większości z nas, wy wszyscy też jesteście tacy sami! 😉

Pięć złotych (10 yuan’ów), dokładnie tyle otrzymał Yang Xinman, za odnalezienie Terakotowej Armii. W latach 70 ubiegłego wieku, wraz z kilkoma innymi chińskimi rolnikami poszedł wykopać studnie a dokopał się do prawdziwego skarbu.  Głęboko pod powierzchnią ziemi, prawie 8 tysięczna armia żołnierzy wykonanych z terakoty (wypalonej gliny), przez wieki  strzegła  grobowca cesarza Qin Shi.  Legenda głosi, że na trzydzieści lat przed swoją śmiercią, władca sprowadził 700000 robotników ze wszystkich stron Chin i zlecił im wykonanie potężnej arami, która będzie go chronić i pomoże mu uzyskać władzę w życiu pozagrobowym. Zgromadzeni artyści i rzemieślnicy z najdrobniejszą precyzją rzeźbili naturalnej wielkości posągi mężczyzn i koni. A gdy skończyli swoje dzieło, cesarz nakazał ich oślepić i zamurować żywcem w mauzoleum, by nigdy już nie mogli stworzyć czegoś równie pięknego.

Qin Shi zwany Pierwszym Cesarzem Chin był jednym z najważniejszych władców w historii kraju. To on zjednoczył podzielone królestwo, rozkazał wybudowanie Wielkiego Muru, zreformował pismo i prawo. Po swojej śmierci wraz z konkubinami, spoczął w wypełnionym skarbami grobowcu. Sarkofag zabezpieczony był szeregiem samo zwalniających się pułapek i klątwą, której po dzień dzisiejszy obawiają się Chińczycy. Chroniąca cesarza armia, ustawiona była w głębokich na kilka metrów i ubitych z twardej jak beton gliny, dołach. Podłoga wybrukowana była wypalonymi cegłami a dachy z maty trzcinowej, podpierały drewniane belki. Wszystko to zostało przykryto ziemią a  na górze usypano ponad 50-metrowy kopiec na którym zasadzono drzewa sosnowe.

Od lat 70 ubiegłego wieku, znalezisko było stopniowo udostępnione do zwiedzania, a w 1994 roku powstało tutaj Muzeum Xi’an Terakotowej Armii Pierwszego Cesarza Qin, składającego się z trzech olbrzymich baraków. W każdym z nich, ze specjalnych platform można podziwiać żołnierzy.

                      

Zwiedzanie muzeum zaczyna się przeważnie od trzeciego, najmniej widowiskowego  pomieszczenia. W głębokich na kilka metrów kryptach stoi 72 wojowników z końmi.  Prawdopodobnie była to armia dowódców i wysoko postawionych oficerów. Znaleziono tu również wiele wojennych rydwanów.

Drugi barak jest wciąż w fazie odkopywania. Prace archeologiczne nie są tutaj jeszcze aż tak zaawansowane, dodatkowo  kilka lat temu zawalił się dach, ponownie grzebiąc w ziemi, dopiero co odkryte znaleziska. Można tutaj zobaczyć około 1300 żołnierzy z końmi, głównie jednostki piechoty i kawalerii.  Wielu z nich brakuje głów, inni wciąż czekają na kompletną rekonstrukcję. To również tutaj w przeszklonych gablotach można stanąć oko w oko z niektórymi pojedynczymi figurami i przyjrzeć im się z bliska.

Każda z glinianych twarzy nosi indywidualne rysy, oparte na żywych  żołnierzach z tamtych czasów, pochodzących z najróżniejszych części cesarstwa. Dlatego też w szeregach armii można znaleźć postacie charakterystyczne dla regionów mongolskich, z  północnych czy południowych Chin.  Z podobną szczegółowością oddano ubranie i akcesoria. Terakotowi wojownicy prowadzą konie i wozy, mają na sobie starannie wykonane mundury, dzięki którym z łatwością można zakwalifikować  ich do odpowiedniego stopnia w armii (oficerowie, piechurzy, jeźdźcy, łucznicy itp.) Posągi koni oddano z nie mniejszą starannością, zwierzęta mają otwarte pyski, postawione uszy, a po wielkości i kształcie można się dowiedzieć z jakiej części kraju pochodziły ich żywe odpowiedniki.

          

Najbardziej imponujący jest jednak barak numer jeden, gdzie można zobaczyć niekończącą się armię, stojących ramie w ramie  żołnierzy. Odkryto tutaj ponad 6000 wojowników, z czego jedynie 2000 jest wystawionych na widok publiczny (wiele z nich często również podróżuje po wystawach po świecie). Figury ustawione są w rzędach w wąskich, głębokich korytarzach. Niestety kolory armii zachowały się „jedynie” do czasu odkrycia, po wydobyciu na powietrze barwy zaczęły stopniowo zanikać.

Uważa się, że do tej pory odnaleziono jedynie część posągów. Od lat prowadzone są tutaj nieustanne prace archeologiczne, w celu odkrycia pozostałych tajemnic cesarza Qin Shi.

Na koniec, razem z Gagą udajemy się jeszcze do małego muzeum/sklepu.  W budynku przepycha się kilkadziesiąt osób. Stoję naprzeciwko długiego stołu i wpatruję się w zagubionego mężczyznę, siedzącego po drugiej stronie. Otoczony przez ochroniarzy Yang Xinman ma nisko pochyloną głowę i wygląda na zmęczonego całym tym zamieszaniem. Co jakiś czas mężczyzna nieśmiało składa autografy, na podsuwanych mu pod nos książkach z fotografiami. Niestety nie wolno mu robić zdjęć, ani z nim rozmawiać. A szkoda, bo chciałabym go zapytać na co wydał, te bezcenne 10 yuan’ów.

Chiny, Pekin, kaczka po pekińsku

W małej restauracji w Pekinie, pomiędzy trzema osobami, toczy się zaciekła rozmowa na temat wyższości kuchni Chińskiej, nad wszystkimi innymi.

-Na przykład, takie pierogi, narodowe Polskie danie- tłumaczy Jarek, który od kilku lat mieszka w Państwie Środka – pochodzą z Chin.

-A Włoski makaron to nic innego jak Chińskie noodle – dodaję.

Meksykanin Armando kreci z niedowierzaniem głową i z wszystkich sił, broni swojej narodowej kuchni. Nagle naszą rozmowę przerywa kelnerka, a na stole ląduje słynna kaczka po pekińsku.  Kobieta wykłada mięso, przyprawy, składniki poboczne i cieniutkie placki/naleśniki. Potem powoli objaśnia jak należy prawidłowo spożywać danie. Nie jest to bardzo skomplikowane, na placku kładzie się najpierw kaczkę, potem według upodobania, przyprawy słodkie bądź ostre, a na końcu, składa się cały naleśnik na pół. Finalny kształt tego słynnego dania, od razu nasuwa mi pewne skojarzenia.

-No widzisz Armando –rozbawiona zwracam się do mojego Meksykańskiego znajomego –burrito też pochodzi z Chin!;)

Kaczka po pekińsku to chyba najbardziej znane danie, z całej, niezwykle różnorodnej kuchni Chińskiej. Przed wyjazdem do Azji próbowałam ją kilkakrotnie w lokalnych „Polskich” restauracjach Chińskich.  Szczerze mówiąc, nie potrafiłam wtedy zrozumieć fenomenu tego słodkawego dania podawanego z ryżem. Żeby w pełni  pojąć, co w tej Chińskiej kaczce dziwaczce jest niezwykłego, musiałam dopiero zawitać do małej Pekińskiej restauracji, w pobliżu placu Tiananmen.

Miejsce wybrał Jarek. Był już wieczór a cała nasza trójka, po długim dniu zwiedzania, dosłownie umierała z głodu. Lokal znajduje się w małej alejce, i podobnie jak wszystkie okoliczne restauracje specjalizuje się w tym popularnym daniu. Już od wystawy wiemy, że trafiliśmy do właściwego miejsca, w witrynie na hakach wiszą bowiem, nie wyglądające jeszcze za smakowicie, obdarte z piór kaczki.

Przyrządzenie słynnej kaczki po pekińsku wymaga dużo czasu i precyzji. Cały proces tworzenia dania zaczyna się z chwilą zabicia ptaka. Starannym ruchem noża podcina się mu gardło, równocześnie zostawiając  w całości przytwierdzoną do ciała głowę. W kolejnym  etapie, kaczki są dokładnie skubane, patroszone i myte. Następnie przez otwór w szyi wpompowane zostanie  powietrze. Zabieg ten ma na celu oddzielenie skóry od tłuszczu, następstwem czego jest wyjątkowa w smaku, kruchość mięsa. Po tym wszystkim kaczki moczone są przez chwilę we wrzątku i zostają odwieszone na hakach do całkowitego wyschnięcia. Kolejnym etapem jest pokrycie mięsa glazurą z syropu maltozowego i pozostawione na kolejne  24 godziny. Po upływie doby, kaczki wiesza się w ceglanym piecu i piecze nad ogniem z drewna drzew owocowych (najczęściej brzoskwiń i gruszy), aż staną się złocisto-brązowe, lśniące i chrupiące.

Dopiero wtedy kaczka ląduje na stoliku kucharza, który ostrym nożem oddziela mięso  z chrupką skórką od kości. Z pozostałych, nienadających się do spożycia części, przygotowana jest zupa. Dodatkowo na stole układane są dania poboczne, które każdy może sobie wybrać według własnych upodobań. Przeważnie są to warzywa w smacznych, lekkich sosach; podłużne chińskie brokuły, małe ogórki czy pokrojone w kostki tofu w pikantnym sosie. Na oddzielnych naczyniach ułożone jest mięso kaczki. Oprócz tego dostajemy również kwadratowe talerze na których znajdują się m.in. dymki, cukier i słodki, aromatyczny sos Tian Mian Jiang. Każdemu przydzielona jest też miska ryżu, zupy i drewniany pojemnik z plackami. Do popijania zamawiamy pyszną zieloną herbatę.

Całość smakuję jak poezja. Mięso kaczki jest bardzo delikatne, lekko słodkawe, a składniki poboczne nadają mu przyjemnej ostrości. Warzywa są niezwykle aromatyczne i świeże. Na koniec dostajemy od kelnerki, dwie nóżki do obgryzienia i solidną dolewkę zielonej herbaty. Całe danie znika z talerzy w mgnieniu oka. Po tym kulinarnym raju, najedzeni i szczęśliwi, idziemy jeszcze na spacer rozświetlonym latarniami, placem Niebiańskiego Spokoju.

Pierogi, herbata, ryż, po dzisiejszym posiłku odkryłam jeszcze jedną rzecz, która przywędrowała do nas z Chin. Po spróbowaniu tutejszej kaczki po pekińsku, jestem niemal pewna, że określenie ‘”rozpływać się w ustach” padło również po raz pierwszy, właśnie w Państwie Środka.

Chiny, Qi Xian

Nigdy nie wiem skąd nadejdzie inspiracja do kolejnej podróży. Czasem wystarczy jakiś bodziec, wyjątkowe doznanie, które popchnie mnie w kolejne miejsce. Mogą to być poznani w szkole ludzie (wyprawa do Ameryki Południowej), przeczytany w dzieciństwie artykuł w National Geographic (podróż pociągiem Transsyberyjskim), czy nawet jakiś niezwykły film.

Lubię kino, szczególnie to międzynarodowe, a kameralne dzieło chińskiego reżysera Yimou Zhang „Zawieście czerwone latarnie” jest jednym z moich ulubionych.

Akcja filmu rozgrywa się na chińskiej prowincji, w latach 20 ubiegłego wieku. Songlian (Li Gong) to młoda, inteligentna chińska dziewczyna, która by pomóc finansowo rodzinie, rzuca studia i wychodzi za maż za starszego, zamożnego pana Chena. Nagle ląduje w olbrzymiej posiadłości, której wąskie korytarze oddzielą od siebie cztery domy, zamieszkałe przez jego trzy żony. Songlian zostaje czwartą konkubiną, dzięki czemu otrzymuje majątek, służbę i wielkie przywileje. Ale tym samym, zostaje wplątana w grę pozorów i intryg, jakie toczą się pomiędzy pozostałymi żonami.

Początkowo Songlian zdaje się nie rozumieć wielkiego znaczenia komendy „zawieście czerwone latarnie”,  która co wieczór obwieszcza w którym z domów, z którą żoną pan Chen spędzi noc. Przed drzwiami wybranki zawieszane są wtedy czerwone lampiony a kobieta otoczona służbą, przygotowywana jest na spotkanie z mężem. Najważniejszą częścią tego conocnego rytuału, wydaje się z pozoru niewinny masaż stóp, wykonywany drewnianą kołatką przez starszą chińską służącą. Charakterystyczny dźwięk urządzenia, rozchodzi się wtedy echem po korytarzach posiadłości, podjudzając tylko zazdrość i złość pozostałych konkubin.

Songlin bardzo szybko orientuje się jak wielkie przywileje spływają na żonę, nad domem której, tlą się czerwone latarnie. W ten sposób, niewinna dziewczyna przystępuje do niebezpiecznej, zawziętej rywalizacji o uwagę męża, która stopniowo prowadzi do tragicznego końca.

Podczas mojej podróży po Chinach, nie wyobrażam sobie, nie odwiedzić rezydencji rodziny Qiao (oryginalna Chińska nazwa to Zai Zhong Tang), w której kręcony był film Yimou Zhang.

Do zwiedzenia tego miejsca namawiam, poznanego dzień wcześniej Kolumbijczyka, Cristiana. Tuż przed południem wyruszamy podmiejskim autobusem z zabytkowego Pinqyao, w którym zatrzymałam się na kilka dni. Bilet jest bardzo tani a dojazd prosty (zaledwie 30 kilometrów), chociaż na wszelki wypadek, poprosimy wcześniej kierowcę, żeby uprzedził nas, kiedy mamy wysiąść. To bardzo dobry pomysł, ponieważ autobus zatrzymuje się szybko, bez przystanka na ulicy i jedzie dalej. Przechodzimy przez plac pełen straganów z lokalnym jedzeniem, mijamy targ handlowy i dochodzimy do potężnych murów posiadłości na których oczywiście, tlą się czerwone latarnie.

 

Rezydencja  zamieszkiwana była przez rodzinę znanego finansisty Qiao Zhiyong. Budowa domu rozpoczęła się w czasie panowania dynastii Qing, za cesarza Qianlong, w 1756 roku. Pomimo swoich imponujących, pierwotnych rozmiarów, budynek był jeszcze dwukrotnie powiększany, co doprowadziło do powstania jednego z największych, prywatnych domów w Chinach,  zajmującego powierzchnie prawie 9000 metrów kwadratowych. W jego wnętrzach mieści aż 313 pokoi, 6 dużych dziedzińców i 19 mniejszych. Patrząc na posiadłość z lotu ptaka, jego rozłożenie oraz układ budynków przypominają podwójny chiński symbol „Xi” co oznacza szczęście i powodzenie.

Cały dom podzielony jest na kilka sekcji, oddzielonych od siebie długimi korytarzami i dziedzińcami. Dachy poszczególnych budynków są ze sobą połączone, co dawniej ułatwiało straży sprawowanie kontroli bezpieczeństwa nad całym obiektem. Pomimo, że budynek położony jest w centralnej części miasta  Qi Xian (prowincja Shanxi), jego wnętrze jest oazą spokoju i ciszy, a to za sprawą wysokich na 10 metrów, potężnych murów, otaczających całą rezydencję. Jedna z legend głosi, że młode dziewczęta pochodzące z dużych, majętnych rodzin, nie mogąc oprzeć się pokusie świata zewnętrznego, wspinały się na mur, aby spojrzeć co kryje zakazane dla ich oczu życie poza rezydencją. Dlatego taki rodzaj  muru zyskał nazwę „Nv’er” (córka).

Dziś rezydencja Qiao uważana jest za przykład wspaniałej chińskiej architektury, nie tylko ze względów na swój imponujący rozmiar, ale również przez wyjątkowe, liczne zdobienia; rzeźbione cegły i złote malowidła ścienne. Obecnie znajduje się tutaj muzeum, gdzie do dyspozycji zwiedzających oddana jest duża część budynku. Wstęp kosztuje 50 CNY i podobnie jak w przypadku innych wejściówek na obiekty zabytkowe w całych Chinach,  bilet wstępu jest równoznacznie kartką pocztową (w tym przypadku z malowniczym zdjęciem głównego budynku, obwieszonego czerwonymi latarniami) z wydrukowanym znaczkiem, gotową do wysłania.

Jadąc do rezydencji, trochę naiwnie myślałam, że skoro dzieło Yimou Zhang, nie jest aż tak popularne na świecie, będzie to kameralne, spokojne miejsce. Jednak z chwilą gdy reżyser zdecydował zawiesić czerwone latarnie właśnie tutaj, rezydencja Qiao stała się niemal obowiązkowym punktem na turystycznej mapie Chin. Dom, praktycznie całkowicie został upodobniony do swojego filmowego wizerunku. Wewnątrz budynku dominuje kolor czerwony, a charakterystyczne latarnie wiszą w  każdym miejscu. Co kilka godzin przybywają tutaj zorganizowane wycieczki chińskich turystów, i nawet pomimo olbrzymiej powierzchni, jest bardzo tłoczno. W środku, za opłatą można zrobić sobie zdjęcie w filmowych kostiumach, zjeść lody, napić się kawy i kupić kiczowatą pamiątkę. I w tym całym marketingowym chaosie, nasuwa się tylko pytanie; czy tak naprawdę czerwone latarnie pomogły czy zaszkodziły rezydencji Qiao.