Wietnam, Hue, plaża Thuan An

W recepcji hotelu w Wietnamskim mieście Hue, rozmawiam z dwoma chłopakami, Laurent jest z Belgii a Mauricio ze Stanów. Od kilku tygodni podróżują razem po Azji Południowo- Wschodniej. Obaj chcą jutro wynająć skutery i pozwiedzać okolice na dwóch kółkach. Gdy pada pytanie, czy mam ochotę dołączyć, nie zastanawiam się nawet przez chwilę.


Naszym celem jest położona poza miastem, plaża Thuan An. Bez mapy i zbytniego przygotowania (dostajemy jedynie kilka wskazówek od recepcjonistki typu „jedźcie prosto a potem skręćcie w prawo”) wskakujemy na dwa skutery i ruszamy w drogę.

Z Hue wydostajemy się zaskakująco łatwo, potem zgodnie z radą, „skręcamy w prawo” i właśnie wtedy zaczynają się kłopoty. Przez około 40 minut jedziemy przed siebie a plaży ani słychu ani widu. W pewny momencie wjeżdżamy na wiejską dróżką która prowadzi przez mokre pola ryżowe. Znad zielonej trawy, wystają tylko trójkątne kapelusze pracujących Wietnamczyków. Zaraz potem trafiamy do małej wioski i wpadamy (dosłownie) w sam środek odbywającego się na głównej ulicy targu. Kury uciekają z piskiem spod naszych kół a siedzący na krawężniku Wietnamczycy podskakują z ziemi, próbując uchronić swoje miski z ryżem.

Kilkakrotnie zagadujemy też napotkanych tubylców o drogę,  ale każdy macha ręką przed siebie, co przez pierwsze kilkanaście kilometrów interpretujemy jako „jeździe prosto”, a dopiero potem dociera do nas, że chodzi bardziej o „dajcie mi spokój” niż wskazanie kierunku jazdy. Gdy nareszcie wydostajemy się z labiryntu ścieżek, wijących się wśród pól ryżowych, i skręcamy z powrotem na główną drogę, Laurent daje znak abyśmy zatrzymali się na poboczu. Odkąd opuściliśmy hotel minęło dobrych parę godzin, a plaży nie ma, tak jak benzyny w baku jego skutera.

Bezskutecznie próbujemy zatrzymać przejeżdżające samochody i rowerowe riksze. Dookoła nas nie ma żadnych domów, jedynie w oddali dostrzegamy małe gospodarstwo z którego dochodzi złowrogie szczekanie psa. Pomimo sprzeciwu chłopaków, postanawiam tam pójść i poprosić o pomoc. Na szczęście głośne ujadanie wywołało właściciela z domu, więc nie muszę zastanawiać się jak obejść nieprzyjemnie wyglądającego zwierzaka.

Zaczynam tłumaczyć co nam się przytrafiło, mocno gestykulując rękami. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy młody Wietnamczyk odpowiada piękną angielszczyzną. Okazuje się, że jest studentem angielskiego z Hanoi, akurat odwiedza rodziców, którzy prowadzą tutaj gospodarstwo. Gdy wspominam o pustym baku, wraca się do domu i po chwili wychodzi z….butelką Smirnoff, wypełnioną benzyną.

Jesteśmy uratowani! Cieszymy się jak dzieci, gdy wskazówka z zera rusza w górę. Chyba dopiero teraz uświadamiamy sobie jak wielkie mamy szczęście, ponieważ w promieniu kilku kilometrów nie ma żadnego domu, a i spotkanie kogoś kto mówi po angielsku nie jest tutaj łatwe. Oprócz benzyny, dostajemy również dokładne wskazówki jak trafić na plażę i już za dwadzieścia minut parkujemy skutery pod palmą i wybiegamy na piasek.

Thuan An położona jest u wybrzeża Morza Południowochińskiego i ciągnie się na kilkanaście kilometrów. Poza nami jest tylko kilka kobiet i dzieci sprzedających lokalne dania, więc prawie cała plaża należy do nas. Niestety większą część dnia błądziliśmy po wiejskich drogach, dlatego zostajemy w okolicy jedynie przez godzinę i znowu odpalamy skutery.

Tuż przed powrotem poznajemy Amerykanina Miles’a, który przyjechał na chwilę na Thuan An. A, że orientuje się on w terenie o wiele lepiej niż my,  postanawiamy razem wrócić do miasta. Po drodze zahaczamy jeszcze o pobliskie wzgórza, gdzie mieści się jeden z największych cmentarzy w kraju. W czasach wojny Wietnamskiej komuniści dokonali w Hue zbiorowych mordów. Szacuje się, że w tym krwawym okresie zginęło nawet 4000 ludzi. Masowe, zniszczone grobowce zajmują olbrzymią przestrzeń, bardzo często zdarza się, że wybudowane są wprost na małych wysepkach, otoczonych dookoła podmokłymi polami ryżowymi.

Do Hue wracamy już po zmroku. Właściciel skutera od razu zarzeka się, że to nie jego wina, że zabrakło benzyny. Miało wystarczyć na drogę na plażę i z powrotem. Nikt nie kazał nam „błąkać się” po okolicy. A poza tym przecież tłumaczył, jak się tam dostać…

„Jedź prosto i skręć w prawo”, oto sprawdzony przepis na niezapomnianą przygodę w Wietnamie.

Reklamy

4 thoughts on “Wietnam, Hue, plaża Thuan An

  1. Czytam regularnie i muszę przyznać, że masz czasem niesamowite szczęście. Ale jak to mówią: „śmiałym szczęście sprzyja”. Serdecznie pozdrawiam 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s