Surinam, Paramaribo

Francuz Jean zatrzymał się jako pierwszy gdy łapałyśmy z Leną stopa. „Mogę was zawieść na rozwidlenie dróg za miastem, ale najpierw muszę odebrać dzieciaki ze szkoły”. Szkoła w tropikalnej Gujanie Francuskiej różni się od tych „normalnych”. Nie ma zabudowanych korytarzy, a do klas wchodzi się prosto z podwórka na którym rosną palmy i drzewka cytrusowe. Okien jako takich też nie ma, są za to siaki na komary i inne liczne insekty. Stołówka jest na świeżym powietrzu, przykryta jedynie dachem, który chroni w czasie sezonu deszczowego a w łazienkach znajdują się specjalne prysznice, gdzie można się schłodzić w przypadku upałów. Za to na dźwięk dzwonka w każdej szkole na świecie, dzieciaki reagują tak samo entuzjastycznie, i już za chwilę z klas wybiega tłum rozkrzyczanych maluchów.

W samochodzie panuje istny chaos. Dwa blondwłose aniołki przepychają się na tylnym siedzeniu i kłócą się wniebogłosy o to, kto zje ostatni kawałek czekoladowej babeczki. Na nieszczęście dzielę z nimi fotel i co jakiś czas obrywam „przez przypadek”. Zgodnie z obietnicą Jean podrzuca nas na rozwidlenie dróg. Przez następny kwadrans łapiemy kolejnego stopa. Pierwsze dwa samochody odrzucamy bo Lena ma ‚„złe przeczucie” a „przeczucie jest najważniejsze w autostopie”. W końcu zatrzymuje się rodzeństwo Monika i Jan, które jedzie prosto do Paramaribo, stolicy Surinamu. Przed nami około 5 godzin wspólnej jazdy. Brat i siostra w średnim wieku wydają się całkiem sympatycznymi ludźmi. Zagadują, pytają skąd jesteśmy i dlaczego podróżujemy. Czas szybko płynie i nim się obejrzeliśmy dojechaliśmy do granicy. Podobnie jak w przypadku przejścia granicznego Gujana Francuska -Brazylia wpierw musimy pokonać rzekę. Obie z Lena gramolimy się z wielkimi plecakami po brzegu a w tym czasie Jan odstawia samochód na parking (ponieważ jeździ na trasie Kajenna – Paramaribo praktycznie co tydzień, całą podróż ma perfekcyjnie zaplanowaną).

Małą łodzią pokonujemy rzekę i po drugiej stronie pierwsze kroki kierujemy do straży granicznej. Obskurny budynek sąsiaduje ze… sklepem bezcłowym i kilkoma polowymi restauracjami. W pobliżu kręci się też paru podejrzanych typów, oferujących transport do stolicy. Trochę się niepokoję, bo moja wiza do kraju jest ważna dopiero od jutro, ale na szczęście urzędnik nie zawraca sobie głowy datą i wbija pieczątkę do paszportu. Jeszcze tylko szybka kontrola bagażu i wychodzimy. Przed budynkiem czeka już na nas Jan w nowym samochodzie. Na straganie kupujemy kurczaka z ryżem i pakujemy się do pojazdu. I w tym momencie zaczynają się kłopoty. Jan daje siostrze poprowadzić, a ta najwyraźniej dawno (albo nawet wcale) nie jeździła. Co jakiś czas zjeżdżamy z drogi na krawężnik albo na sąsiedni pas. Za każdym razem gdy mija nas samochód, obie z Leną drżymy. Szybko okazuje się, że może być jeszcze gorzej, małomówna do tej pory Monika zaczyna nawijać o kościele, Biblii i miłości do Jezusa. Zaś kolejną część podróży obydwoje z bratem dyskutują ile powinniśmy im zapłacić za przejazd, kompletnie ignorując fakt, że siedzimy na tylnym siedzeniu.

Do Paramaribo docieramy wieczorem. Rodzeństwo pyta nas gdzie chcemy wysiąść i ile im zapłacimy za transport. Razem z Leną oświadczamy, że nie mamy pieniędzy, na to przedsiębiorcza Monika proponuje podwózkę do bankomatu. W końcu dajemy im po 20 dolarów a jakiekolwiek głosy sprzeciwu ucinamy krótko, mówiąc, że tylko tyle mogłyśmy dzisiaj wybrać. Nasza pewność siebie jest jednak bardzo wątła, dlatego szybko chwytamy za plecaki i łapiemy taksówkę na ulicy. Z serca spada mi olbrzymi kamień, że nie muszę już przebywać z tymi dziwacznymi ludźmi.

Taksówkarz to wesoły Hindus (olbrzymią część populacji Surinamu stanowią właśnie Hindusi sprowadzeni przez Holendrów jako tanią siłę roboczą). Każemy się zawieść do hostelu Casablanca, który polecił Lenie pewien Niemiec, którego poznała podróżując po Brazylii. Samochód sunie przez pustą ulicę i całkowicie opuszczone miasto. Wygląda zupełnie jakby nikt tutaj nie mieszkał.

„Szukamy Jose”- zagadujemy dwóch mężczyzn siedzących na podwórku.
„To ja”- wstaje z krzesła zaciekawiony.
Lena tłumaczy mu skąd mamy jego adres, Jose pamięta Niemieckiego turystę ale niestety dzisiaj nie ma wolnych pokoi. „Przyjdźcie jutro” – macha nam na do widzenia.
Trudno, łapiemy kolejną taksówkę i jedziemy do następnego miejsca poleconego, tym razem przez poznanego w Kajennie Francuza, Jeroma. Jest już po północy gdy dzwonimy do drzwi małego pensjonatu. Maja wolne pokoje ale niestety hotel jest drogi, więc postanawiamy zostać tylko na jedną noc, a potem wrócić do Jose.

Tuż przed południem wychodzimy na zwiedzanie i po raz kolejny zastajemy całkiem opuszczone miasto. Spacerujemy po ulicach rozglądając się na boki, ale wciąż jesteśmy same. Zupełnie jak w scenie z filmu o Dzikim Zachodzie gdy nadchodzi godzina pojedynku i wszyscy chowają się w domach.

Surinam przez długie lata był Holenderską kolonią i wciąż można tutaj poczuć namiastkę Niderlandów. Choć mi osobiście Paramaribo na początku skojarzyło się z miniaturowym miasteczkiem takim jakie można zobaczyć w Legolandzie. Piętrowe domy obite białym sidingiem lub pomarańczową cegłą ciągną się wzdłuż każdej ulicy. Parków jest tylko kilka i bardziej przypominają małe skwerki. W centrum znajduje się budynek rządu i ratusz. Poza tym działa parę restauracji (przeważnie z kuchnią Chińską lub Indyjską), barów typu fast-food (McDonald’s jest wszędzie) i sklepów (prawie zawsze prowadzonych przez Chińczyków). No i w dalszym ciągu prawie zero ludzi. Po południu wracamy z plackami do Jose, i dostajemy mały, obskurny pokoik graniczący chyba z nocnym klubem, bo przez pół nocy muzyka gra nam jak szalona.

Pozbawione złudzeń o jakichkolwiek atrakcjach w mieście, następnego dnia wybieramy się do agencji podróży zapytać o treekingi. Większą część kraju porośnięta jest dżunglą więc mamy nadzieję na kilkudniowy tour. Niestety tutaj też musimy obejść się smakiem, ponieważ Surinam nie należy do krajów bardzo turystycznych, wszystkie atrakcje są dość drogie, do tego brakuje na nie chętnych. Mimo to pracownik namawia żebyśmy zapisały się na listę oczekujących, na razie widnieje na niej… jedno nazwisko (żeby wycieczka się opłacała potrzeba minimum 8 osób). Podróż na własną rękę też nie wchodzi w rachubę, do puszczy nie jeździ żaden transport (czasem trzeba skorzystać nawet z samolotu) a kilkudniowy treeking wymaga specjalistycznego sprzętu.

Na pocieszenie lądujemy w restauracji znajdującej się w sąsiedztwie agencji, gdzie serwowane są chyba najlepsze gofry na świecie. Kto by przypuszczał….

Kolejny dzień ciągnie się w nieskończoność. Zdarzyłyśmy już przejść prawie całe miasto, odwiedzić dwukrotnie kafejkę internetową, prowadzoną przez dziwaczną Chinkę, zahaczyłyśmy o doki rzeki, miejsca pełnego drewnianych budek z rumem sprzedawanym w małych „samolotowych” buteleczkach. Przy okazji odkryłyśmy w pobliżu rewelacyjną restaurację z pięknym rustykalnym wystrojem i przepysznymi kanapkami. A z poznaną tam parą Amerykanów, poszłyśmy na koniec na deser do „ulubionej” miejscówki z goframi, tym razem próbując też naleśników (pychota!).

                    

Ostatni dzień przypadł na niedzielę więc z tej okazji zaplanowałyśmy obejść najważniejsze miejskie świątynie. Zróżnicowanie etniczne tego miejsca (Hindusi, Chińczycy, Kreole, biali stanowią jedynie 1% populacji) daje się odczuć niemal na każdym kroku, także w religii. To chyba jedyne tak małe miasto na świecie, gdzie obok siebie stoi kościół katolicki, meczet i synagoga, a gdzieś na przedmieściach Paramaribo również świątynia Hinduska.

Wieczorem Jose otwiera specjalnie dla nas przyhotelowy bar i częstuje darmowym piwem. Właściciel Casablanca urodził się w Kolumbii, ale całe dorosłe życie mieszka tutaj. Jego ojciec jest Holendrem, po ogłoszeniu niepodległości zachował Holenderski paszport i wyjechał do Amsterdamu. On sam próbuje rozkręcić biznes ale na razie słabo mu idzie. Turystów nie ma, bo i kraj nie za bardzo popularny, drogi, ciężko dostępny (latają tutaj tylko samoloty ze Stanów i z Holandii).

O 5 rano dzwoni alarm w telefonie. Między Paramaribo a George Town, stolicą Gujany kursuje prywatny bus który zbiera po kolei pasażerów z domów. Zaspana żegnam się z Leną, ona wraca do Brazylii, ja kontynuuje moją podróż przez Gujany. Czekam na puściutkiej ulicy przed wejściem do hotelu. Nie ma zbyt wielkiej różnicy pomiędzy dniem a nocą, okolica jest zawsze tak samo pusta. Przez chwilę zastanawiam się czy wytrzymałabym dłużej w takim kraju; odseparowanym, pustym i tak dziwacznym… Chociaż gofry, trzeba im przyznać, mają wyśmienite 🙂

Reklamy

5 thoughts on “Surinam, Paramaribo

  1. Straszne pustki na tych zdjęciach. Jeżeli faktycznie tak tam przebiega życie, to chyba nie mogłabym tam zakotwiczyć na dłużej. Aż strach gdzieś wyjść. 😛

  2. Dokładna relacja z bardzo urokliwego miejsca. Podróżowanie znacząco wzbogaca życie, czytając takie blogi zaczyna się to lepiej zauważać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s