Brazylia, Salvador de Bahia

Na nadgarstku wiążę kolorowy supełek, a zaraz potem drugi i trzeci. Materiałowa wstążka powiewa na wietrze. Z każdą pętelką trzeba powtarzać w głowie jedno życzenie, a gdy po jakimś czasie bransoletka sama spadnie z ręki, życzenia się spełnią.

Ileż to takich „szczęśliwych” talizmanów jest na świecie… Kolorowe piórka, kamyczki, łapacze snów, wydaje się, że każde życzenie znajdzie swojego opiekuna. Chociaż szczęście w podróży to ważna sprawa i nie można go bagatelizować, zawsze staram się wierzyć, że sama jestem sprawcą swojej dobrej passy i że jest ona wynikiem moich decyzji i nastawienia do innych. Ale to nie zmienia faktu, że gdzieś w głębi duszy, w każdej wyprawie, liczę na dobrą pogodę i sporą dawkę szczęścia  🙂

Tak też podeszłam do mojej podróży po Brazylii. Nie zawiodłam się, bo szczęśliwy los towarzyszył mi już od pierwszych godzin po wylądowaniu w Rio de Janeiro i nie opuścił mnie przez cały kilkudniowy pobyt w mieście. Poznałam fantastycznych ludzi, zatrzymałam się (całkiem przypadkiem) w rewelacyjnym hostelu a na koniec spotkałam dwóch chłopaków, którzy okazali się bardzo pomocni podczas podróżny powrotnej na lotnisko.

Szczęście nie opuściło mnie też w Salwadorze, moim drugim przystanku w Brazylii. Na początku chciałam tutaj dojechać autobusem ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw, podliczeniu budżetu i czasu, postawiłam jednak na samolot. Salvador to miasto bez którego nie wyobrażałam sobie tej podróży: „To dusza mojego kraju”- zachwycała się Isabel, moja Brazylijska znajoma.

Po wyjściu z lotniska bucha we mnie chmura dusznego powietrza. Taksówki w równym rządku stoją na postoju. Zaraz za nimi metalowy, niepozorny przystanek autobusowy. Według czekających podróżnych, autobus przyjedzie „niedługo”, siadłam więc wygodnie na ławce i wyciągałam z plecaka przewodnik. Mam dwie rekomendacje noclegu. Pierwszy od Isabel, drugi od chłopaka którego poznałam podczas wycieczki do faveli. Ostateczna decyzję podejmę na miejscu. Autobus przyjeżdża dokładnie za godzinę. Proszę kierowce, żeby uprzedził mnie kiedy należy wysiąść i siadam przy oknie. Jest naprawdę gorąco, a kołyszący się pojazd przyjemnie lula do drzemki. Nawet nie wiem kiedy moja głowa osuwa się na szybę. Z przyjemnego półsnu wybudza mnie dopiero głos kierowcy, który krzyczy żebym wysiadała. Łapie za plecak i już za chwile błądzę po kolorowych uliczkach Salwadoru. Okazuje się, że obydwa polecone hostele znajdują się zaraz obok siebie. Zaglądam do pierwszego; fajna młodzieżowa atmosfera, dużo gości, przyjemny luz. Przechodzę na drugą stronę ulicy, żeby zajrzeć do hostelu poleconego przez Isabel. Ten jest zdecydowanie mniej efektowny, bardziej spokojny i skromny ale pomimo to jakiś wewnętrzny głos każde mi się tutaj zatrzymać. Przesympatyczny recepcjonista Marcel zakwaterowuje mnie w dormie z dziewczyną z Japonii. Przez chwilę rozmawiam jeszcze z innym przyjezdnym, Davidem, który podróżuje wraz z czwórką znajomych z Chile, i wyruszam na zwiedzanie.

Salwador jest trzecim największym miastem w Brazylii, dawną stolicą Portugalskiej kolonii, obecnie najważniejszym miastem stanu Bahia. „Na południu my ciężko pracujemy”- tłumaczyła mi kiedyś, pochodząca z Porto Alegre, Tatiana- „W Bahia wszyscy siedzą cały dzień na plaży”. Muszę przyznać, że coś w tym rzeczywiście jest. Powolne, leniwe życie to kwintesencja północnych stanów. Gorące słońce sprzyja długim rozmową w cieniu kolonialnych budynków, a pobliskie rajskie plaże przyciągają czystym piaskiem i orzeźwiającą wodą. Wydaje się, że mało kto zaprząta sobie tutaj głowę pracą i przyziemnymi obowiązkami. Kompletne przeciwieństwo do stylowego i trochę aroganckiego Rio.

       Olbrzymi wpływ na obecny charakter miasta miała jego historia. W XVII wieku Bahia była głównym ośrodkiem handlu cukrem a tutejszy port należał do największych ośrodków na świecie. Większą cześć mieszkańców stanowili czarni niewolnicy sprowadzani z Afryki, do pracy na plantacjach. Wraz z przybyszami z czarnego lądu do Brazylii przybył ich taniec, sztuki walki, muzyka, język i religia, czyli wszystko to, z czego słynie obecny Salwador.

To miasto to prawdziwy teatr, nie jednego a stu, tysięcy aktorów. Po ulicach krążą wysocy, smukli mężczyźni, unoszą potężne bębny nad głowę i wybijają rytm, połączenie Brazylijskiej samby i afrykańskich rytmów. To członkowie kultowej Salwadorskiej grupy muzycznej Olodum (do współpracy zaprosił ich Michael Jacskon podczas kręcenia teledysku „They do not care about us”). Na plaży kilku chłopców podskakuje w rytm bębnów, od wschodu słońca ćwicząc Capoeire (z obawy przed buntem, kolonizatorzy zabronili niewolnikom trenować jakiekolwiek sztuki walki. Ci przemycili je wiec do tańca, tworząc Capoeire, która charakteryzuje się niezwykłą płynnością i wręcz akrobatycznymi ruchami). Starsze kobiety przechadzają się po mieście w charakterystycznych kolorowych turbanach i szerokich sukniach na kole. Te tradycyjne kostiumy, również nawiązują do czasów niewolnictwa. Oczywiście najlepiej podglądać ten niezwykły teatr podczas corocznego karnawału. Jest to jedna z największych tego typu imprez na świecie. Przez sześć dni przez ulice przetacza się tysiące ogarniętych szaleństwem tańca, ludzi.

Kolorowe, stare miasto Pelourinho, jest prawdziwym rajem dla spacerowiczów. „Górne” miasto to kolonialna perełka kraju, do „dolnych” dzielnic można dosrać się m.in za pomocą windy, Elevador de Lacerda. Władze dopiero od niedawna doceniły potencjał tego miejsca. Jeszcze kilkanaście lat temu dzielnica była synonimem nędzy i nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w te okolice. Dzisiaj w kolorowych kamienicach otwarte są stylowe hotele, restauracje i sklepy oferujące brazylijskie rękodzieło.

Na jednym z placów wpadam na moją japońską współlokatorkę i jej znajomą, a że jest akurat pora lunchu, udajemy się razem na obiad. W małej restauracji zmawiamy jedno z najbardziej charakterystycznych dań regionu, Moqueca. Jest to gęsta zupa z rożnymi rodzajami ryb, owoców morza i warzyw, wszystko obficie zalane mlekiem kokosowym i olejem palmowym.

Po obiedzie zostaje jeszcze na chwilę w restauracji, zamawiam orzeźwiającą Caipirinką i rozglądam się po ulicy. Pierwsze słowo które przychodzi mi do głowy to „kolor”. Wszystko jest tutaj kolorowe; jedzenie, muzyka i język, nie wspominając już nawet o soczystych barwach budynków i pstrokatych ubraniach przechodniów. Kolorowe są też wstążki powiewające na bramach kościoła. Czasem jest ich tak wiele, że tworzą barwny dywan.

Wstążki życzeń „Lembrança do Senhor do Bonfim da Bahia” to długowiekowa tradycja Salwadoru. Kolorowe bransoletki wiążę się tu na przegubie ręki albo na bramie kościoła od początku XIX wieku. Z czasem stały się one wizytówką stanu i chętnie kupowaną przez turystów pamiątką. Każdy kolor oznacza coś innego, pomarańczowy to radość, żółty- sukces, niebieski- zdrowie, różowy – przyjaźń, biały – mądrość….

Podczas wcześniejszego spaceru wielu tubylców próbowało mi sprzedać, a raczej natrętnie wcisnąć, ten szczęśliwy talizman, zawsze jednak grzecznie odmawiałam. Ale gdy wróciłam do hostelu znowu wpadłam na Dawida i Chilijczyków: „Nie masz bransoletki”- krzyknął zaskoczony Victor i szybko zawiesił na moim nadgarstku żółtą wstążkę. Podczas zaplatania trzech pętelek, pomyślałam trzy życzenia: jedno dotyczyło szczęśliwiej podróży, drugie dobrych przygód a trzecie mojego życia. Jeszcze tego samego wieczoru poszliśmy wszyscy na kolacje. Od słowa do słowa okazało się, że Chilijczycy wynajęli samochód którym chcą pojechać aż do Fortalezy. Samochód miał być mały ale w wypożyczalni mieli tylko wielkie terenówki, i tak zyskali jedno wolne miejsce. W ten sposób dostałam darmowy transport i świetne towarzystwo na kolejny tydzień.

„Nie wierzę, że te bransoletki przynoszą szczęście”- zagadał do mnie na pożegnanie Marcel, gdy zauważył żółtą wstążkę na mojej ręce – „Nie uważam, że spełnią one marzenia. Ale wierzę w ich szczególną moc… przypominania”.

Coś w tym jest, bo za każdym razem gdy spoglądałam na żółtą wstążkę, wracałam myślami do tych życzeń i staram się korzystać z każdej nadarzającej się szansy, aby spróbować je spełnić. Moja wstążka spadła z ręki w okolicach Amazonki. Cała podróż upłynęła wyjątkowo szczęśliwe, była pełna pozytywnych przygód i w dużym stopniu miała olbrzymi wpływ na moje obecne życie.

Reklamy

One thought on “Brazylia, Salvador de Bahia

  1. Brazylia – kto by nie chciał się tam znaleźć… Ludzie znają się z rodzimych telenowel, ale to wystarczy, żeby zechcieć stanąć własną stopą na tym kontynencie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s