Filipiny, Palawan, El Nido

Na zielonym wzgórzu stoi chatka, a w tej chatce mieszkam ja. Codziennie rano przeciągam się w wygodnym łóżku, rozsuwam wielkie szklane drzwi i wychodzę boso na taras. Opieram się wygodnie o drewnianą barierkę i wciągam głęboko powietrze. Nigdy nie wiem, gdzie zaprowadzi mnie podróż. Po miesiącach tułaczki po brudnych hostelach i kilkuosobowych dormach wylądowałam właśnie tutaj, gdzie? Chyba w raju.

Na początku jak zwykle wybrałam tani hostel, taki naturalny wybór po dotarciu do nowego miejsca. Dodatkowo do miasteczka El Nido na Palawanie, jednej z wysp Filipin, przyjechałam w strugach deszczu, więc nie miałam ani siły, ani ochoty na szukanie czegoś innego. Już następnego dnia podczas spaceru poznałam wesołego Nowozelandczyka. Od słowa do słowa zapytałam go gdzie mieszka. „Tam”- wskazał palcem na zielone wzgórze górujące nad plażą, po czym dodał: „Słuchaj, ja jutro wyjeżdżam, jak chcesz możesz zająć domek”.

Pierwsza myśl-nierealne. Na pewno będzie kosztować mnóstwo pieniędzy, ale z ciekawości nazajutrz wybrałam się do właściciela.
-Masz szczęście, właśnie przed chwilą dostałem maila od Chińskich turystów, że odwołują dzisiejszy przyjazd więc domek będzie wolny.
Niestety cena jest zbyt wysoka, więc żegnam się grzecznie i powolnym krokiem kieruje do wyjścia, gdy nagle właściciel łapie mnie za ramię.
-Ok, dogadajmy się -w sezonie deszczowym, gdy turystów jest jak na lekarstwo, a całe El Nido jest wyludnione, ciężko mu będzie znaleźć chętnych. Po kilku minutach ostrych negocjacji, dochodzimy do porozumienia. A ja chyba po raz pierwszy w podróży, dostaje plik kluczy do swojego własnego domku.

Prawie sto kamiennych stopni prowadzi na wzgórze. Ukryta pomiędzy drzewami drewniana chatka znajduje się prawie na szczycie. Otwieram skrzypiące się drzwi i wchodzę do przestronnego salonu. Oprócz wielkiej kanapy i stolika nie ma tutaj innych mebli. Cała zewnętrzna ściana to w zasadzie przeszklone drzwi, które prowadzą na taras, skąd roztacza się oszałamiający widok na zatokę. Balkon dosłownie tonie w zieleni co daje poczucie kompletnego odseparowania i intymności. Z salonu po kilku schodach w górę można dostać się do niewielkiej sypialni z pięknym rzeźbionym łóżkiem i łazienką, a zaledwie kilka stopni w dół znajduje się przeszklona kuchnia z której wychodzi się na balkon, położony poziom niżej od tarasu.

Gdy wybierałam się na Filipiny w środku sezonu deszczowego, moi znajomi pukali się w głowę. Ale ja wiedziałam lepiej, pewnie popada kilkanaście minut w ciągu dnia, góra godzinę a potem już tylko piękne słońce, plaża i relaks. Gdy wylądowałam w Puerto Princesa, głównym mieście na Palawanie, pracownicy linii lotniczej po kolei podchodzili z parasolami do drzwi samolotu, odprowadzając pasażerów przez pas startowy do lotniska. Lało tak jakby ktoś odkręcił kurek z wodą. Na początku ja i znajomy francuz, który dołączył do mnie następnego dnia, planowaliśmy podróżować po całym Palawanie, ale przez zalane drogi nasz pomysł szybko stał się niemożliwy. Puerto Princesa nie jest zbyt atrakcyjne dlatego prywatnym busem postanowiliśmy przejechać wyspę i na całe dwa tygodnie osiąść w El Nido, małym miasteczku, o którym wcześniej słyszałam od znajomych same pozytywne opinie.

Podróż była udręką. Mały busik co chwile podskakiwał na błotnistych kałużach. Drogi były tak rozpulchnione wodą, że kilka razy byliśmy blisko wysiadki i przymusowego pchania samochodu. Na szczęście po prawie 9 godzinach dotarliśmy na miejsce a tam…jakże inaczej, pada deszcz. Wskoczyliśmy w tricycle czyli trójkołową motorową rikszę i udaliśmy się pod adres pierwszego lepszego hostelu z przewodnika. Z miejscem do spania nie było problemu, najwyraźniej inni podróżnicy mieli na tyle rozumu w głowie, żeby nie podróżować po Filipinach w środku największej ulewy w roku. Na szczęście następnego dnia spotkałam wspomnianego już Nowozelandczyka, który odmienił mój kiepsko zapowiadający się los w El Nido. A że szczęście przychodzi parami, wraz z domkiem na wzgórzu, wyszło słońce.

Od tej pory każdy dzień zaczynał się podobnie. Poranek w słonecznej sypialni a potem śniadanie z widokiem na tasie. Krótka rozmowa z właścicielem i spacer po miasteczku. Szybko odkryłam zalety podróży w sezonie deszczowym. Mało turystów znaczy więcej miejsca dla mnie. Już po kilku dniach znałam kelnerów z sąsiednich restauracji, właścicieli barów, okoliczne dzieciaki biegające na bosaka po plaży.

       

El Nido to malutkie miasteczko ukryte w naturalnej zatoce. Główna ulica opanowana jest przez turystyczne atrakcje, salony masażów, manicure, tatuaży, restauracje serwujące świeże owoce morza, i soki wyciskane z owoców. Im bardziej na zachód tym bardziej lokalnie. Chociaż i tak porównując Palawan do innych Filipińskich wysp, turystów jest tutaj w dalszym ciągu bardzo mało. Wielkie hotele nie wybudowały jeszcze plastikowych kurortów ani tłocznych parków rozrywki. Dalej jest więc spokojnie, lokalnie i rajsko.

Pomimo przebijającego się nieśmiało słońca, wciąż trwa sezon deszczowy a przez niebo od czasu do czasu przetaczają się tajfuny. Dożo czasu spędzam więc w moim domku, gotując naleśniki, czytając lub po prostu nadrabiając pisarskie zaległości. W całym mieście od rana do wieczoru nie ma prądu, co wprawdzie pomaga w koncentracji ale za to dostanie czegoś zimnego lub z lodem (o samych lodach nie wspominając) w środku dnia graniczy z cudem. Nie ma też tutaj bankomatów ani banków, co skutecznie pomaga w oszczędzaniu gotówki na resztę podróży 😉

Całe El Nido to w zasadzie zaledwie kilka ulic, ale w okolicach można znaleźć wiele atrakcji. Pobliskie piękne plaże i ukryte w lesie wodospady znajdują się w niewielkiej odległości i można tam z łatwością dojechać trójkołowymi rikszami. Jednak zdecydowanym numerem jeden tego miejsca jest niezwykły archipelag Bacuit. Setki małych (często bezludnych) wysepek rozrzuconych na turkusowej wodzie. Każda agencja w mieście oferuje cztery różne formy zwiedzania archipelagu (tour A, B, C i D). Można zdecydować się na całodniową wycieczkę po plażach, jaskiniach i lagunach, wybrać ofertę połączoną z nurkowaniem głębinowym, pływaniem z rurką lub kajakiem. W cenę wliczony jest lunch na plaży.

My decydujemy się popłynąć z zaprzyjaźnioną rodziną, która na El Nido prowadzi swój niewielki biznes. Przez kiepski sezon, dostajemy naprawdę okazyjną cenę a także nie musimy trzymać się sztywno wyznaczonych miejsc sugerowanych przez biura turystyczne, sami możemy zdecydować które wyspy chcemy odwiedzić. Wypływamy łódką po śniadaniu. Kapitan to syn właściciela agencji, ma piętnaście lat, ale świetnie sobie radzi. Pierwszy przystanek to Helicopter Island, wyspa która zawdzięcza swoją dziwną nazwę, kształtowi zbliżonemu do helikoptera. Następnie płyniemy na Secret Lagoon. Wyskakujemy do wody i przechodzimy po mieliźnie do otworu w ścianie. Zgodnie z instrukcją mojego piętnastoletniego kapitana czekam aż fala uderzy w kamienne okno i oczyści drogę przez małą jaskinie. Wchodzę do środka, opierając się o ostre skały. Korytarz jest wąski i bardzo krótki i już po chwili jestem po drugiej stronie w sekretnej lagunie. Otoczone wysokimi skałami tajemnicze jezioro, wypełnia transparentna, zielonkawa woda. Jest jasno chociaż prawie w ogóle nie dociera tu słońce. Przepiękne miejsce, z chęciom zostałabym tutaj na dłużej ale z oddali słyszę rozmowę, a to znaczy, że ktoś zaraz wejdzie przez kamienną jaskinię. Przepuszczamy przybyszów a sami wracamy na łódkę. Opływamy wyspę dookoła by po przeciwnej stronie zatrzymać się na Małej Lagunie. Z przyjemnością schodzę z powrotem do wody i pływam wokół strzelistych skał. Nadchodzi pora obiadu. Na Cadlao Lagoon mój młody kapitan przygotowuje grillowanego kurczaka, gotuje ryż i kroi ananasa. Ja w tym czasie spaceruję po malutkiej plaży otoczonej laguną. To miejsce podoba mi się najbardziej, jest opuszczone i ciężko dostępne. Prawdziwa bezludna wyspa, jak z książki o rozbitkach. Posiłek jem siedząc wygodnie na żółtym piasku, wpatrując się w spokojnie falującą wodę.

Mam ochotę jeszcze popływać ale zbliża się tajfun. Niebo w sekundę robi się granatowe niczym atrament rozlany na chmurach. Wskakujemy na łódź ale od razu wiemy, że nie uciekniemy przed deszczem. Chowam swoje rzeczy w plastikowe torby i wkładam do schowku pod pokład. Otwieram parasolkę, jakby miała coś pomóc i obserwuje zbliżającą się w naszym kierunku zasłonę deszczu. Przez chwilę walczymy z wiatrem i potężną ulewą. Daje słowo, jeszcze nigdy nie byłam tak mokra. Czułam jakby deszcz przenikał przez moją skórę i uderzał w kości. Całe moje ciało było po prostu przesiąknięte wodą.

Gdy tylko dotarliśmy do brzegi wyskoczyłam z łódki jak z procy.
-Zapłacicie jutro, a teraz biegnijcie się przebrać- krzyknął do mnie właściciel agencji a sam razem z synem próbowali zacumować łódź.
Jak powiedział tak tez zrobiłam. Gdy tylko wbiegłam do mojego domku wyskoczyłam z mokrych ciuchów. Po prysznicu zakopałam się w koc i do wieczora słuchałam deszczu uderzającego w dach.

Następnego dnia gdy szliśmy zapłacić za wycieczkę, miałam już gotowy plan w głowie, chce wrócić na Lagunę Cadlao i chcę zostać tam na noc.
-Nie ma problemu- usłyszałam.
Wypływamy nazajutrz, znowu odwiedzamy różne plaże i jaskinie by na koniec wylądować na lagunie. Mój piętnastoletni kapitan i jego równie młody kolega, rozbijają na piasku namiot. Plaża ma może z pięć metrów, otoczona jest wysokimi na kilkanaście metrów skałami po których skaczą małpki.

Namiot rozbity, kolacja zjedzona. Na wszelki wypadek, jakby coś się stało, łódź z kapitanem zacumowana będzie po drugiej stronie wyspy, wystarczy, że nadamy sygnał latarką. Chłopaki odpływają zostawiając nas samych na wyspie. Przed zachodem słońca idę popływać w zielonkawej wodzie a potem siedzimy na niewielkiej plaży. Jest absolutnie cicho i absolutnie pięknie…

W środku nocy budzi nas silny deszcz. Rozsuwam drzwi a tam woda praktycznie podlewa namiot. Szybko postanawiamy przenieść się do chatki na balach, która znajduje się na krańcu plaży. Takie opuszczone domki występują niemal na każdej wyspie i służą przeważnie do obserwacji terenu. Chatka jest mocno dziurawa dlatego prędko przenosimy do środka namiot. I tak znowu ląduję w domku, może tym razem bez pęku kluczy ale za to z własną laguną.

Kapitan jest bardzo zaskoczony widząc rano namiot ustawiony na drewnianych balach. Śmieje się słuchając o naszych nocnych przygodach, gdy w kompletnych ciemnościach z latarką w zębach przenosiliśmy nasze legowisko, a ja dodatkowo piszczałam bo zobaczyłam jaszczurkę, którą pomyliłam z wężem. Gdy jemy śniadanie, on próbuje uruchomić łódź, która ani drgnie. Prawdopodobnie nocny deszcz zalał silnik. Jeden telefon i za godzinę na wsypie zjawiła się prawie cała familia do pomocy.
-Jakby co, ja mogę zostać tutaj na kolejną noc- deklaruje z uśmiechem na ustach, i w tym czasie słyszę ryk maszyny. Wracamy szybko, by znowu zdążyć przed ulewą.

Noc na bezludnej wyspie była moim przedostatnim dniem w El Nido. Ciężko było się pożegnać z tym pięknym miasteczkiem, jego spokojem i autentycznym urokiem. Z ludźmi których zdążyłam polubić a przede wszystkim z moją chatką na wzgórzu. Czy uda mi się jeszcze kiedyś mieszkać w tak pięknym miejscu?

Gdy idę z plecakiem w kierunku przystanku autobusowego mijam małą restauracje na której wywieszona jest kartka: „Praca! szukamy kelnerów, barmanów”. Przez chwile przed oczami przemyka mi obrazek a w nim nieskomplikowane, bezstresowe życie na Filipinach, spokojna praca, domek na wzgórzu i tyle nocy na bezludnych wyspach ile zechcę. Uśmiecham się do siebie i poprawiam plecak. W życiu zawsze warto mieć jakiś plan B, może akurat to będzie kiedyś mój.

Reklamy

10 thoughts on “Filipiny, Palawan, El Nido

    • Chyba zrobiłam właścicielowi naprawdę dobrą reklamę bo już kilka osób do mnie pisało w sprawie chatki 😉 Parę kroków od miasta, tuż nad plażą jest guest house Makulay Lodge & Villas. Właściciel ma kilka pokoi z kuchnią na dole i dwie chatki na wzgórzu. Ja mieszkałam w tej położonej niżej (druga jest prawie na czubku). Chatka jest z drewna, otoczona bajeczną zielenią. W środku jest duży salon z wyjściem na cudny taras, sypialnia z łazienką na półpiętrze i kuchnia z drugim balkonem. Wyposażenie nie jest wow, nie jest też nowocześnie i sterylnie czysto (😉) ale jak lubi się takie egzotyczne miejsca to na pewno sie spodoba. Nie ma klimy, cieplej wody, prąd tylko rano i w nocy (ale tak jest w całym miescie), czasem można złapać sygnał wi-fi. Trzeba być też przygotowanym na wspinaczkę (ponad 100 schodów na górę).

  1. mógłbym z Panią tam zamieszkać. polowałbym, zbierał owoce, i drewno na opał. Wszystko

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s