Gujana, Trynidad i Tobago

Trynidad i Tobago, Tobago

Lot z Georgetown, stolicy Gujany do Londynu, przystanek w POS. Gdzie u diabła jest POS!??! Szybka lekcja kodów lotniskowych i geografii i już wiem, to Port of Spain, stolica wyspiarskiego kraju na Karaibach: Trynidad i Tobago. Burza myśli w głowie, sprawdzenie lotów i nowy, gotowy plan już na mnie czeka. Zamiast kilkugodzinnego postoju na lotnisku, tygodniowy pobyt na Karaibach. Idealnie żeby zakończyć półtoramiesięczną podróż po kolejnych zakątkach Ameryki Południowej.

Pomimo, że cała wyprawa przebiegła bezkolizyjnie, bezstresowo i całkowicie bezproblemowo, dzień wylotu na Trynidad i Tobago był jak trzęsienie ziemi i zawał serca w jednym. Zaczęło się już na lotnisku w Georgetown. Do biletu trzeba dopłacić podatek: 15 dol amerykańskich albo równowartość tej sumy w walucie lokalnej…akurat teraz, gdy wydałam ostatnie lokalne pieniądze na kawę w lotniskowej kawiarence. Ok, głęboki wdech.

-Mogę zapłacić kartą?- pytam.

-Tylko gotówką

-Pójdę do bankomatu- poinformowałam spokojnie panią w okienku.

-Bankomat obsługuje tylko lokalne karty

Hmmm co robić, spaceruje po hali lotniska i szukam pomysłu. W końcu przypomniało mi się, że mam jeszcze schowane na dnie plecaka 10 euro. Podekscytowana biegnę z powrotem do pani w okienku i pokazuje jej banknot.

-Przykro mi, nie przyjmujemy euro, tylko dolary albo waluta lokalna.

-W takim razie, gdzie jest kantor? -pytam zniecierpliwiona.

-Zamknięty – tym razem, pani nawet nie podnosi głowy znad papierów.

Co robić, co robić… za dwie godziny samolot. Myśli kotłują się w głowie. Nagle dostrzegam znajomą twarz. Gdy stałam w kolejce do odprawy przez krótka chwilę rozmawiałam z mężczyzną z Namibii, który wracał do domu przez Frankfurt. Podbiegam do niego i opowiadam całą sytuację.

-Słuchaj dam ci moje 10 euro, będziesz mieć na kawę we Frankfurcie ale potrzebuje za nie 15 dolarów – stawiam jasno sprawę.

-Nie ma problemu – uśmiecha się mężczyzna.

Uffff nareszcie, załatwione. Płacę podatek, wchodzę do hali odlotów, rozsiadam się w samolocie. Papa Ameryko, witajcie Karaiby.

Mój plan był prosty, lecę do Port of Spain znajdującego się na większej wyspie Trynidad, tam na lotnisku od razu kupuję bilet do Tobago, drugiej, mniejszej wyspy słynącej z pięknych plaż. Do Port of Spain wrócę dopiero na Boże Narodzenie, które miałam spędzić u chłopaka z couchsurfingu.

Z biletami na Tobago nie ma problemu. Nie trzeba niczego wcześniej rezerwować. Samolot to najpopularniejszy środek transportu pomiędzy wyspami, loty odbywają się kilkanaście razy dziennie. Nawet jeżeli nie ma akurat miejsc, wystarczy poczekać kilka godzin, na pewno coś się zwolni (ponieważ bilet na lot jest ważny przez rok, wiele ludzi rezygnuje z podróży i wtedy można wskoczyć na ich miejsce). Po przylocie do Port of Spain spokojnie więc udaję się do kasy.

-Bilet na Tobago poproszę – uśmiecham się szeroko, a w głowie mam już szum wody, plażę i słońce

-Przykro mi, pani karta jest zablokowana, proszę się skontaktować ze swoim bankiem

No nie znowu, czy uda mi się w końcu dotrzeć na ta cholerną wyspę. Idę do bankomatu, rzeczywiście zablokowana. Pomimo, że przed wyjazdem poinformowałam swój bank o mojej podróży to i tak kilkakrotnie już uziemili mnie w taki sposób w różnych miejscach na świecie.

Co robić, co robić. Na lotnisku przeżywam istne dejavu. Mój telefon nie działa na Trynidad i Tobago, nie mam żadnych pieniędzy na kartę telefoniczną ani nawet na kafejkę internetową żeby skontaktować się z bankiem. Wśród tłumu znowu dostrzegam znajomą twarz, mężczyzna z Namibii. Opowiadam mu całą historię, a on po raz kolejny oferuje pomoc. Jestem mu bardzo wdzięczna, ale tym razem grzecznie odmawiam. Sama dam sobie radę, chociaż nie mam zielonego pojęcia jak.

Przychodzi mi do głowy żeby skontaktować się jakoś z chłopakiem z couchsurfingu. Ale wpierw pytam panią w kasie czy na lotnisku jest darmowe wi-fi. Jest!!! W restauracji na piętrze. Wybieram stolik przy kontakcie i rozsiadam się wygodnie. To teraz moje centrum dowodzenia. Podłączam komórkę do prądu i piszę do taty. Ten szybko podaje mi detale swojej karty kredytowej. Dzięki temu ładuję moje konto na skypie. Dzwonie do banku, cholera skype nie łączy się z numerami alarmowymi. Szybki reserch w internecie i mam zwykły numer, dzwonię. Ponieważ wi-fi jest słabe, połączenie zostaje kilkakrotnie przerwane. Za każdym razem odpowiadam na szereg pytań zabezpieczających, za trzecim połączeniem znam je już wszystkie na pamięć. Po godzinie, udaje się, karta jest odblokowana. Biegnę do bankomatu wybrać pieniądze, a potem do okienka kupić bilet. Nareszcie mogę zacząć swoją przygodę z Tobago.

Zaraz po przylocie, pożyczam telefon od jakiegoś mężczyzny i dzwonię do chłopaka u którego będę spała na couchsurfungu na czas pobytu na Tobago. Umówiliśmy się na plaży, oddalonej jakieś 5 minut spacerem od lotniska. Garth jest taksówkarzem, co na Tobago jest bardzo dobrą pracą…ponieważ na wyspie właściwie nie istnieje transport publiczny. Dzielone taksówki kursują na stałych trasach jak autobusy, wystarczy wyjść na ulice i pomachać. Na najbliższe pięć dni zatrzymam się u Garth’a, który mieszka na przedmieściach głównego miasta, Scarborough.

Mojego pierwszego, pełnego dnia na Tobago, od razu kieruje się na Pigeon Point czyli najsłynniejszą plażę w okolicy, a nawet w całym kraju. Teren jest prywatny dlatego najpierw trzeba zapłacić za wstęp, a potem już tylko biały jak mąka piasek, turkusowa woda i palmy uginające się na wietrze. Pigeon Pint to idealne miejsce do odpoczynku i uprawiania sportów wodnych. Teren jest bardzo zadbany, plaża czysta a w pobliżu znajduje się kilka restauracji, sklepy i dobrze przygotowane toalety i prysznice. Po powrocie spaceruję wzdłuż głównej ulicy wyspy, Milford Road. Na mapie wygląda jak krótka droga do miasta, w praktyce okazuje się długa i rozległa, dlatego w końcu decyduje się na taksówkę.

Kolejny dzień mija mi na następnej plaży, Buccoo. Ta jest zdecydowanie mniejsza i bardziej kameralna. Kształtem przypomina podkowę i ciągnie się na dobrych kilka kilometrów. Jestem tutaj całkiem sama, w pobliżu tylko paru rybaków reperuje sieci na poranny połów, poza tym jest cicho i spokojnie. Wieczorem, w każdą niedzielę to miejsce zmienia się nie do poznania. To tutaj odbywają się bowiem słynne na całe Karaiby, Sunday School Party. Wielka uliczna impreza z dj’ami nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat ściąga lokalnych (a teraz też turystów) na szaloną zabawę w rytmach dancehall, reggae i reggaeton. „Moi rodzice chodzili na Sunday School i teraz ja tutaj chodzę, to tradycja” tłumaczy mi Garth. Na parkingu przed plażą rozstawione są olbrzymie głośniki, dj gra z balkonu pobliskiego baru. Ludzie tańczą w kręgu, co jakiś czas na środek wychodzi parę osób i dają popis swoich płynnych ruchów. Nie ma tutaj mowy o pląsach, na Tobago, tańczy się bardzo zmysłowo, wręcz na granicy erotyzmu. Kobiety i mężczyźni są do siebie przyklejeni, mocno objęci, płynnie kręcą biodrami schodząc coraz niżej. Grupy dziewczyn wybiegają przed chłopaków i potrząsają z zawrotną szybkością pośladkami. Niektóre przykucają i wypinają się w pozach, które w wielu krajach były by wręcz zakazane 😉 W każdą niedzielę nad całą okolicą Buccoo unosi gorąca, parna atmosfera, i to wcale nie zasługa karaibskiej pogody.

Podróż do Charlotteville, małej wioski rybackiej po drugiej stronie Tobago zajmuje kilka godzin. Autobus jedzie po trasie wzdłuż krętej górskiej drogi przyprawiając o mdłości. Charlotteville położona jest w małym naturalnym porcie. Cicha i spokojna wioska składa się z zaledwie kilkunastu domów, małych restauracji specjalizujących się w rybach i daniach z owoców morza, szkoły i boiska sportowego. Zaraz po przyjeździe udaję się na wzgórze gdzie prowadzi ścieżka do Pirates Bay, pięknej plaży ukrytej pomiędzy klifami. Plaża jest mała i bardzo kameralna, pięknie wkomponowana w skalisty krajobraz. Ciepła woda podmywa mi stopy, dzięki naturalnej zatoce nie ma tutaj wielkich fal, morze jest spokojne, idealne do pływania i zabawy.

Po całym dniu relaksu na słońcu, wspinam się po 200 stopniach w górę wzgórza. Pod małym sklepem w Charlotteville czekam na autobus powrotny do Scarborough. Po godzinie dołącza się do mnie pewien Włoch, po dwóch godzinach jesteśmy już prawie pewni, że autobus nie przyjedzie. Powoli zbliża się zmrok, idziemy wzdłuż głównej drogi próbując złapać okazję. Za pierwszy razem zatrzymuje się podejrzany typ, za drugim trzech chłopaków którzy chcą jakieś astronomiczne pieniądze za podwózkę, do trzech razy sztuka. W końcu trafiamy na przemiłe, starsze małżeństwo. Pół drogi do miasta rozmawiamy, drugą polowe śpimy zmęczeni Karaibskim słońcem. Dzięki uprzejmości kierowcy podjeżdżam pod same drzwi mojego domu.

Przedostatniego dnia wybieram się na spacer po Scarborough. Największe miasto na Tobago to tak naprawdę kilka ulic i port. W centrum znajdują się supermarkety, sklepy z pamiątkami, mnóstwo targów ze świeżymi owocami i restauracje. Na wzgórzu nad miastem góruje fort King George z XVIII wieku, skąd rozchodzi się piękny widok na wyspę. Do portu dwa razy dziennie przypływa wielki prom z ludźmi z Trynidadu. Podróż morska jest znacznie dłuższa i mniej wygodna niż samolot ale wciąż jest ratunkiem dla osób bojących się latać. Wieczorem Gath proponuje mi wspólny kurs po jednego ze swoich stałych klientów.  W ten sposób poznaje szalonego Jerry’ego, który odziedziczył po ojcu restaurację ale przez swoje uzależnienie od narkotyków doprowadził biznes do ruiny. Teraz po uporaniu się z nałogiem chce odbudować lokal. We trójkę udajemy się do przepięknego budynku położonego w centralnej części Tobago. Restauracje otacza strumyk i prawdziwy, bujny „Tajemniczy Ogród”. Wielką atrakcją jest potężne, zabytkowe koło, dzięki któremu pobierano dawniej wodę. Mam nadzieję, że Jerry odbuduje lokal i zacznie ściągać tutaj ludzi, ponieważ miejsce jest po prostu przepiękne.

Po spędzeniu prawie pięciu dni na Tobago wracam na lotnisko. Przed odlotem idę jeszcze na pobliską plażę, Stone Bay na której spędzam ostatnie godziny na wyspie. Zeszłotygodniowy stres związany z podatkiem i zablokowaną kartą już dawno odszedł w zapomnienie, a po tym jednodniowym trzęsieniu ziemi nadeszło piękne słońce i błękitne niebo. Bo w podróżny zawsze jest dobrze, nawet jak jest źle.

Reklamy

6 myśli w temacie “Trynidad i Tobago, Tobago”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s