Chile

Chile, Puerto Montt

Przejeżdżamy zatłoczone ulice Puerto Montt i kierujemy się w stronę niewielkiego portu, na targ rybny Angelmo. W drewnianych, piętrowych budynkach ustawionych na nabrzeżu znajduje się market z lokalnymi produktami. Można tutaj kupić prawdziwe specjały z których słyną południowe prowincje kraju; sery, masła, suszone owoce, miód…. Chociaż największa popularnością cieszą się i tak super świeże owoce morza, sprzedawane w środku.

Duchota i wilgoć wypełniając całe pomieszczenie. Zapach jest ciężki do wytrzymania, dlatego szybko mijamy kolejne stragany, na których wystawione są skarby z porannego połowu.Tuż za budynkiem, potężne lwy morskie pluskają się w wodzie. Przez chwilę im się przyglądamy ale w brzuchu burczy coraz bardziej, a to znak, że nadszedł czas na punkt kulminacyjny naszej wizyty w tym miejscu, czyli na obiad.

Strome schody prowadzą nas na pierwsze piętro, gdzie znajduje się kilkanaście lokalnych restauracji. Wszystkie specjalizują się w potrawach z owocami morza a popisowym daniem jest oczywiście słynne Curanto. Siadamy w jednym z lokali. Miniaturowe wnętrze wypełniają tandetne ozdoby i stare zdjęcia zawieszone na wyblakłej, drewnianej boazerii. W przejściu ustawiony jest potężny gar z świeżymi małżami. Zamawiamy Curanto i cierpliwie czekamy. Babcia – właścicielka restauracji, na początek podaje nam w kubkach słony wywar z owoców morza. „To afrodyzjak” – uśmiecha się do nas.

Talerze, stoły i krzesła lepią się od pary wydobywającej się z malutkiej kuchni, która znajduje się w rogu lokalu. Okręcam kubek w dłoni w poszukiwaniu jedynego czystego miejsca, ale ponieważ takie nie istnieje, zamykam oczy i upijam łyk wywaru. Jest słony i bardzo intensywny w smaku. Pomimo, że uwielbiam małże, ten aromat jest dla mnie  zdecydowanie zbyt mocny. Odstawiam kubek na bok i próbuję chleba z lokalnym masłem, który babcia zostawiła nam na zakąskę.
Bułeczki są pyszne, ciepłe i chrupiące a masło delikatnie rozpływa się na ich rumianej skórce. „Chcecie trochę muzyki Chicos?” – pokrzykuje z kuchni i podkręca głośniki na cały regulator.

                   

Po dłuższej chwili pojawia się znowu, a rękach niesie wielki kopiasty talerz. To właśnie główny powód naszego przyjazdu tutaj, gigantyczne Curanto.
Typowe danie z południa Chile, przyrządzane jest na kilka sposobów. Najbardziej tradycyjne i bardzo pracochłonne polega na wykopaniu półtorametrowej dziury w ziemi. Dno wykłada się rozgrzanymi do czerwoności kamieniami. Następnie kładzie się na nich poszczególne składniki dania. A jest tego trochę, Curanto składa się bowiem z owoców morza (kilka rodzajów gigantycznych małży oraz szczególne rodzaje ryb), mięsa, warzyw (kilka rodzajów ziemniaków a także milcao, coś na kształt ziemniaczanych placków z kawałkami mięsa w środku) oraz pikantnych kiełbasek. Każda warstwa składników jest oddzielona narca (Chilijska odmiana rabarbaru). Wszystko to przykryte zostaje wilgotnymi workami a następnie solidną warstwą błota i trawy. Po około godzinie Curanto jest gotowe do spożycia.
Oczywiście, obecnie wiele restauracji, skróca sobie drogę w przygotowaniu tego niezwykle czasochłonnego dania i przyrządza  Curanto w zwykłych garnkach do gulaszu.

Babcia znika z pola widzenia, a my zaczynamy ucztę. Na pierwszy ogień idą małże. Przepyszne, świeże i do tego potężne. Rozmiar- super XXL. Próbuję ziemniaków i milcao ale za każdym razem wracam do owoców morza. Chyba jedyne, co mi tak naprawdę nie podchodzi z tego niesamowitego zestawu, to małe kiełbaski. Ich smak jest dość niewyraźny i kompletnie nie pasuje do pozostałych składników.
Z kopca jedzenia, powoli wyciągam kolejną małże i jeszcze jedną…. Ręce śmierdzą mi jak staremu rybakowi, ale nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed tym przepysznym posiłkiem.

„Gdzie jest babcia?” -rozglądamy się wokoło. Chcemy zapłacić ale właścicielka poszła akurat na plotki do sąsiedniego lokalu.

„I jak chicos, zadowoleni? smakowało?” – pyta uśmiechnięta. Zadowoleni, smakowało! Kto by pomyślał, że w tej brudnej, tandetnej, restauracyjce znajdę danie idealne. Duże, pyszne owoce morza i to do tego za naprawdę śmieszne pieniądze. Ich smak i zapach pozostanie ze mną na długo. Ciężko będzie teraz znaleźć coś równie pysznego…

Reklamy

2 myśli w temacie “Chile, Puerto Montt”

    1. Trafiłam na Twojego bloga parę tygodni temu 🙂 niestety już po powrocie z południa Chile, szkoda bo może udałoby się nam spotkać w Puerto Montt. Może jakoś następnym razem 🙂 Pozdrawiania z Santiago!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s