Argentyna, Buenos Aires

„Weź taksówkę z korporacji, nigdy z ulicy! Najlepiej poproś kogoś już na lotnisku, żeby zadzwonił po taryfę. Pamiętaj, taksówkarze często chcą Cię  oszukać,  więc zawsze sprawdzaj czy jest włączony licznik. Nie przyznawaj się, że mówisz kiepsko po hiszpańsku, bo kierowca to wykorzysta i Cię naciągnie…” tak mniej więcej wyglądała rozmowa na Skypie  z moim przyjacielem Tito, na dzień przed wylotem do Buenos Aires. Stolica Argentyny była moim pierwszym przystankiem podczas kilkumiesięcznej podróży po Ameryce Południowej, więc w głowie kotłowało się wiele wątpliwości i obaw, a dodatkowo Tito, już na samym wstępie, dość  mocno mnie wystraszył.

Ląduję  w Buenos Aires wcześnie rano. Zaraz po odebraniu plecaka, idę do łazienki żeby zrzucić z siebie zimowe ciuchy i ukryć w saszetce pod ubraniem dokumenty i karty. Przez cały czas rady Tito odbijają mi się echem w głowie. „Weź taksówkę z korporacji, nigdy z ulicy”, na hali przylotów, ustawiła się długa kolejka do biurka korporacji taksówkowej. Po kilkunastu minutach czekania, zamawiam taryfę.

-Buenos Dias –po chwili podchodzi do mnie wysoki  mężczyzna w średnim wieku- Pani jedzie ze mną, zapraszam.

Zabiera mój plecak i razem wychodzimy z lotniska. Taksówkarz wkłada bagaż na tylnie siedzenie samochodu  i pyta dokąd jedziemy.  „Nie przyznawaj się, że mówisz kiepsko po hiszpańsku”, nic się nie odzywam, tylko pokazuję kartkę z adresem. Mężczyzna ubiera na nos okulary, i dokładnie studiuje informacje dojazdu.

-Aha dzielnica Olivos, to kawałek stąd- tłumaczy mi, odpalając auto.

Spoglądam na pulpit samochodu,  „zawsze sprawdzaj czy jest włączony licznik”. Nim jednak zdążę coś powiedzieć, taksówkarz sam włącza taksometr.

-Pierwsza wizyta w Buenos Aires? – pyta.

-Si – odpowiadam szybko i pewnie.

-Podoba się?

-Si – przytakuję i odwracam głowę w kierunku szyby.

-Skąd jesteś?- ciągnie dalej – Anglia? Ameryka? –próbuje zgadnąć.

-Polonia –odpowiadam trochę zniecierpliwiona jego pytaniami.

Mężczyzna spogląda na mnie zdziwiony, i podekscytowany dodaje … łamanym polskim:

-Ja też!

Juan P. Rozga (Rózga) jest synem Polskich imigrantów, którzy kilkadziesiąt lat temu przenieśli się do Argentyny. Jedyne co pamięta z rodzinnego kraju, to wakacje spędzone na Polskiej wsi. Nie ma akcentu, mylą mu się niektóre słowa, źle nazywa liczby i miesiące, ale w dalszym ciągu mówi  dość płynnie i wyraźnie. I jest naprawdę bardzo podekscytowany spotkaniem ze mną. Szybko przytacza mi historie swojego życia, opowiada o żonie i dzieciach. Pyta o Polskę, jak teraz wygląda, jak się tam żyje. Dzwoni nawet do swojego znajomego, który prowadzi w Buenos Aires, Dom Polski i daje mi go do telefonu. „Jak znajdzie pani trochę czasu, to proszę wpaść” zaprasza mnie przyjaciel Juana „Akurat w następnym tygodniu organizujemy małą imprezę. Dzieci będą śpiewać i tańczyć w krakowskich strojach”.

W końcu po prawie godzinie jazdy, dojeżdżamy na miejsce. Na pożegnanie Juan wręcza mi swoją wizytówkę, na wypadek, jakbym kiedykolwiek czegoś potrzebowała. Ja również chcę mu coś podarować,  coś co się kojarzy  z Polską, ale jedyne co znajduję to dwa złote w portfelu. Pokazuję mu wygrawerowanego na monecie orzełka, a Juan uśmiecha się i wspomina, że będąc dzieckiem należał do harcerstwa.

Gdy tylko samochód odjeżdża, z domu wybiega podekscytowany Tito. Dopytuje się jak mi minął lot i czy nie miałam problemów z taksówką, a gdy opowiadam mu całą historię, stoi jak wryty.

-Dziewczyno, przyjechałaś do obcego kraju i w już pierwszych chwilach, poznałaś najprawdopodobniej jedynego Polskiego taksówkarza w całej Ameryce Południowej!  Szaleństwo!– mówi nie kryjąc zdziwienia.

Z samego rana wylądowałam w odległym, nieznanym kraju. Złapałam jedną z tysiąca taksówek, jakie krążą po ulicach w całym Buenos Aires. Chciałam jednie jak najszybciej przedostać się  z jednego punktu do drugiego, ale tą niepozorną taksówką, pokonałam tak naprawdę o wiele dłuższą i ważniejszą trasę. Z niepokoju i obaw, przed samotną, trzymiesięczną podrożą, Juan Rozga  przywiózł mnie do optymizmu i nadziei, że wszystko się uda i będzie dobrze. Nawet bez taksometru wiedziałam, że akurat ten kurs był bezcenny.

Reklamy

6 thoughts on “Argentyna, Buenos Aires

  1. Ty to masz szczęście na prawdę 🙂
    A w Chile wulkan rozpaliłaś i ewakuowałaś się tuż przed erupcją 😛

    • Ewakuacja w samą porę;) chociaż popiół z wulkanu doszedł już do Buenos Aires i do Urugwaju też. Takie atrakcje są właśnie w Chile, jak nie trzęsienie ziemi to wulkan się budzi…nie ma czasu na nudę.

  2. Bardzo Ci zazdroszczę, sam planuje podróż do Argentyny w celu odnalezienia dawnych krewnych po moich pradziadkach którzy wyemigrowali do Argentyny w 1936r

    • Wow ciekawy pomysł! W Buenos Aires działa Dom Polski, może znajdziesz tam jakieś informacje. Powodzenia i dawaj znać jak idą poszukiwania! Ja trzymam kciuki za ciekawą przygodę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s