Chile, Dolina Elqui, Pisco

„Tu spoczywa mój dobry druh Lucio, który lubił recytować poezje, śpiewać ile sił w płucach i kłócić się do upadłego…”. Odręcznie nabazgrane nekrologi wiszą na ścianie ciemnej groty, we wnękach zamiast trumien znajdują się stare, zakurzone butelki, a na całe pomieszczenie spogląda z gabloty ludzka czaszka.
Wbrew pozorom, to nie cmentarz, a destylarnia pisco, flagowego chilijskiego alkoholu.

Pierwszy raz miałam okazję spróbować go w Peru. W jednym z pubów w Arequipa zmówiłam koktajl Pisco Sour. Kwaskowaty drink na bazie pisco, cukru, soku z cytryny, kurzych białek i gorzkiego likieru angostura smakował wybornie. Parę lat później tuż po przylocie do Chile, pierwszym drinkiem który wypiłam była Piscola czyli proste połączenie pisco z coca colą. Już wtedy w barze w Santiago bardzo szybko zrozumiałam, że lepiej nie wspominać tu moich peruwiańskich doświadczeń z tym alkoholem. Pomiędzy obydwoma krajami trwa bowiem wielka wojna o pisco.

Pisco jest napojem typu brandy i produkuje się go ze sfermentowanych białych winogron pochodzących z odmian muscatów. Zarówno owoce jak i technika destylacji zostały przywiezione do Ameryki Południowej przez Hiszpanów w XVI wieku, nazwa prawdopodobnie pochodzi z języka quechua i wywodzi się ze słowa; pishkos co oznacza ptaszek. Pomimo, że to najpopularniejszy alkohol w Chile, to jednak w Peru na południu położone jest miasto Pisco, gdzie podobno zaczęła się jego produkcja. Zawzięty spór pomiędzy obydwoma krajami doprowadził nawet w pewnym momencie do nałożenia przez Chile w 1961 embarga, na peruwiańską odmianę pisco.

Przed powstaniem mocnego alkoholu otrzymuje się wpierw wino o zawartości ok. 14%, które powstaje z bardzo dojrzałych owoców białych winogron. W następnym etapie produkcji jest ono poddawane procesowi destylacji, dzięki któremu zawartość alkoholu wzrasta do 55-60%. Po kilkumiesięcznym leżakowaniu w dębowych beczkach jest rozcieńczane do 30-35% a następnie rozlewane do butelek. Pisco serwowane jest samo z lodem albo jako składnik słodkich koktajlów (najpopularniejsze to oczywiście Pisco Sour i Piscola).

IMG_8123Najlepszym miejscem w kraju do produkcji pisco jest położona na południu Dolina Elqui. Sprzyjająca jest tutaj gleba, klimat i odpowiednie nawodnienie terenu. Do tego widoki porośniętej plantacjami winorośli doliny są przepiękne. Podróżując okolicznymi szlakami nie możemy odpuścić wizyty w jednej z lokalnych destylarni. Nasz wybór pada na rodziną firmę Fundo Los Nichos. Zakład (na początku zajmujący się produkcją wina) został założony w 1868 roku przez rodzinę Rodriguez’ów i przez lata prowadzony był przez seniora rodu. Po jego śmierci interesem zajął się syn, który miał dość osobliwy i makabryczny pomysł na rodzinny biznes. Wymyślił sobie bowiem, że wino powinno leżakować… w towarzystwie nieboszczyków. Grobowce z trumnami miały znajdować się obok butelek z trunkiem. Na szczęście wykonanie tego dość mrocznego pomysłu nie było łatwe, dlatego właściciel zmienił koncepcje na bardziej realną. Zaprosił do siebie swoich znajomych i obiecał każdemu który upije się „w trupa” specjalną dedykację w miejscu gdzie pierwotnie miały spoczywać nagrobki. Do tej pory w Los Nichos (z hiszp. wnęki) na ścianach wiszą te przedziwne „nekrologi”. Opętany śmiercią właściciel nie porzucił jednak pierwotnego pomysłu i po jakimś czasie spełnił w końcu swoje marzenie. Kilka lat później, jeden z przyjaciół „podarował” mu ciało młodej dziewczyny, które spoczęło w krypcie pod betonową podłogą. Usunięto je stamtąd dopiero parę lat temu pod wpływem nacisków ze strony Chilijskiego rządu.

IMG_8133 IMG_8138IMG_8126
Przewodniczka, która oprowadza mnie po destylarni zarzeka się, że miejsce jest nawiedzone. Opowiada historie o dobiegających z krypt odgłosach spadających butelek i pokazuje zdjęcie, które kilka lat temu zrobiła sobie tutaj pewna rodzina. Na obrazku widać wyraźnie zarysowaną twarz mężczyzny.

Z lekkim dreszczem spacerujemy po niewielkim kompleksie. Najpierw zwiedzamy salę, gdzie winogrona są oddzielane od kiści, oczyszczane z brudu i robactwa. Następnie w wielkich garach następuje destylacja i leżakowanie, na koniec odwiedzamy słynną „trumienną salę”. Zimna, kamienna grota wypełniona jest zakurzonymi butelkami a na ścianach wiszą odręcznie napisane nekrologi. Czaszka w szklanej gablotce jest reprodukcją. Po tym jak Chilijski rząd dowiedział się o zwłokach spoczywających pod podłogą zwłokach, zabronił właścicielom przechowywać jakiekolwiek szczątki ludzkiego ciała.
Przewodniczka zaprasza na degustację. Każdy może spróbować klików rodzajów trunku. Sięgam po małą szklaneczkę i szybko wypijam alkohol który rozlewa się po gardle i delikatnie szczypie w podniebienie. Pisco jest bardzo silne, lekko aromatyczne, smakiem przypomina włoską grappę. Muszę jednak przyznać, że zdecydowanie wolę je w koktajlach, dlatego zaraz po opuszczeniu Fundo Los Nichos lądujemy w restauracji, gdzie z przyjemnością wznoszę „Salud!” szklaneczką Chilijskiego Pisco Sour.

IMG_8141  IMG_8077

Przepis na Pisco Sour:

Składniki:
– 40 ml Pisco
– 1 Białko
– 15 ml Świeżo wyciśnięty sok z cytryny
– 10 ml Syrop z cukru trzcinowego
– 2-3 krople likieru Angostura
– 5-6 Kostki lodu

Przygotowanie:
Najpierw widelcem przez parę sekund należy ubić białko. Kostki lodu wkładamy do shakera, następnie wlewamy 5 ml ubitego wcześniej białka oraz resztę składników.
Koktajl energicznie mieszamy w shakerze przez około 8-10 sekund. Gotowy drink przelewamy do szklanki. Salud!

Zrzut ekranu 2015-11-11 o 10.54.18

Reklamy

Urugwaj, Colonia Del Sacramento

Na Urugwaj czekałam prawie pięć lat. Gdy po raz pierwszy odwiedziłam Amerykę Południową, w planach miałam kilkudniowy wyskok do Montevideo i w okolice. Niestety pech chciał, że będąc w Buenos Aires bardzo się pochorowałam i tak zamiast na Urugwajskiej plaży wylądowałam w łóżku. W stolicy Argentyny z planowych trzech dni byłam zmuszona zostać cały tydzień. A gdy nareszcie poczułam się lepiej, trzeba było ruszyć przed siebie i na Urugwaj nie zostało czasu. W kolejnych latach odwiedzałam Amerykę Południową jeszcze kilka razy ale Montevideo jakoś nigdy było na mojej drodze.
Aż w w końcu, pewnego dnia decyzja została podjęta, trzeba do Urugwaju nareszcie się wybrać. Wpierw zablokowałam lot do Buenos Aires a prom do Urugwajskiej Colonii. Następnie szybko skontaktowałam się ze znajomymi ze stolicy Argentyny i mniej więcej w godzinę, cała podróż była dopięta (może nie na ostatni ale na przedostatni) guzik.


W Argentynie czas minął bardzo szybko, rewelacyjnie było się spotkać z dawnymi znajomymi, Tito (który przed pięcioma laty straszył mnie argentyńskimi taksówkami CZYTAJ TUTAJ) czy Loreną, ale przecież nie to było głównym celem wyjazdu. Dlatego późnym popołudniem ruszyłam na przystań, skąd odpływa prom do Urugwaju. Hala Seacat, jednej z trzech firm organizacyjnej promy do Urugwaju, znajduje się blisko centrum miasta. Odprawa paszportowa i nadanie bagażu, idzie bardzo sprawnie i nim się obejrzałam siedziałam wygodnie w fotelu na pokładzie statku. Godzinny rejs mija szybko, zważywszy na to, że widoków nie ma żadnych a na pokładzie jest dość nudno (jeden bar i sklep bezcłowy). Około godziny 20 ląduje na Urugwajskiej ziemi.

Colonia Del Sacramento bo tak brzmi cała nazwa miasteczka, to wyjątkowe miejsce, jakby wyrwane z innej bajki, senne i spokojne, zupełnie różne od potężnych miast-molochów Ameryki Południowej. Założone przez Portugalczyków, przez kolejne wieki było przedmiotem sporów z hiszpańskimi osadnikami, którzy po drugiej stronie rzeki założyli Buenos Aires. Pomimo burzliwej historii udało się Colonii zachować swoją historyczną starówkę i dziś pozostaje jednym z najpopularniejszych i najpiękniejszych miast Urugwaju.


Na sam początek spacerkiem wybieram się nad zatokę. Brązowa woda rzeki Rio de la Plata wygląda jak niekończące się morze, a przecież gdzieś tam po drugiej stronie ulokowane jest głośne i chaotyczne Buenos Aires. Ruszam w kierunku centrum starego miasta, który parę lat temu został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kolorowe domy otaczają wiekowe, kamienne plazy. Przy jednej z nich stoi kościół z dwoma wieżami, najstarszy w całym kraju. Tuż przed budynkiem zaparkowane są dwa stare garbusy. Zupełnie jakbym cofnęła się w czasie…. Ludzi jest też jak na lekarstwo, chyba wszyscy zostali w domach albo wyjechali na weekend. Pomimo, że to już pierwsze dni jesieni, drzewa intensywnie kwitną, pokryte różowymi i białymi kwiatami. Często zielony bluszcz wije się po kamiennej ścianie tworząc piękny żywy obraz.


Latarnia morska góruje nad całą Colonią. Kilku turystów wychodzi na górę żeby zrobić zdjęcie panoramie miasta. Nic więcej tu się nie dzieje, ale spokój tego miejsca jest zaraźliwy i co chwile przysiadam na drewnianej ławce aby złapać trochę promieni jesiennego słońca. Wygląda na to, że leniwie płynący czas, to coś co dostajemy w gratisie, po przyjeździe do Urugwaju.

Zatrzymuje się w kawiarni która znajduje się na tyłach kolonialnego domu. Właścicielka ustawiła kilka leżaków w ogródku porośniętym palmami. Zamawiam gorącą herbatę i przeglądam strony przewodnika. Starówka zaliczona, latarnia też, kościół odhaczony…i to by było na koniec. Za parę godzin rusza mój autobus do Montevideo (około 2 godziny drogi) a póki co chyba prześpię się na tym leżaku i zrobię to co w Colonii wychodzi najlepiej, zrelaksuję się 😉

Wietnam, Hue, plaża Thuan An

W recepcji hotelu w Wietnamskim mieście Hue, rozmawiam z dwoma chłopakami, Laurent jest z Belgii a Mauricio ze Stanów. Od kilku tygodni podróżują razem po Azji Południowo- Wschodniej. Obaj chcą jutro wynająć skutery i pozwiedzać okolice na dwóch kółkach. Gdy pada pytanie, czy mam ochotę dołączyć, nie zastanawiam się nawet przez chwilę.


Naszym celem jest położona poza miastem, plaża Thuan An. Bez mapy i zbytniego przygotowania (dostajemy jedynie kilka wskazówek od recepcjonistki typu „jedźcie prosto a potem skręćcie w prawo”) wskakujemy na dwa skutery i ruszamy w drogę.

Z Hue wydostajemy się zaskakująco łatwo, potem zgodnie z radą, „skręcamy w prawo” i właśnie wtedy zaczynają się kłopoty. Przez około 40 minut jedziemy przed siebie a plaży ani słychu ani widu. W pewny momencie wjeżdżamy na wiejską dróżką która prowadzi przez mokre pola ryżowe. Znad zielonej trawy, wystają tylko trójkątne kapelusze pracujących Wietnamczyków. Zaraz potem trafiamy do małej wioski i wpadamy (dosłownie) w sam środek odbywającego się na głównej ulicy targu. Kury uciekają z piskiem spod naszych kół a siedzący na krawężniku Wietnamczycy podskakują z ziemi, próbując uchronić swoje miski z ryżem.

Kilkakrotnie zagadujemy też napotkanych tubylców o drogę,  ale każdy macha ręką przed siebie, co przez pierwsze kilkanaście kilometrów interpretujemy jako „jeździe prosto”, a dopiero potem dociera do nas, że chodzi bardziej o „dajcie mi spokój” niż wskazanie kierunku jazdy. Gdy nareszcie wydostajemy się z labiryntu ścieżek, wijących się wśród pól ryżowych, i skręcamy z powrotem na główną drogę, Laurent daje znak abyśmy zatrzymali się na poboczu. Odkąd opuściliśmy hotel minęło dobrych parę godzin, a plaży nie ma, tak jak benzyny w baku jego skutera.

Bezskutecznie próbujemy zatrzymać przejeżdżające samochody i rowerowe riksze. Dookoła nas nie ma żadnych domów, jedynie w oddali dostrzegamy małe gospodarstwo z którego dochodzi złowrogie szczekanie psa. Pomimo sprzeciwu chłopaków, postanawiam tam pójść i poprosić o pomoc. Na szczęście głośne ujadanie wywołało właściciela z domu, więc nie muszę zastanawiać się jak obejść nieprzyjemnie wyglądającego zwierzaka.

Zaczynam tłumaczyć co nam się przytrafiło, mocno gestykulując rękami. Moje zdziwienie jest olbrzymie gdy młody Wietnamczyk odpowiada piękną angielszczyzną. Okazuje się, że jest studentem angielskiego z Hanoi, akurat odwiedza rodziców, którzy prowadzą tutaj gospodarstwo. Gdy wspominam o pustym baku, wraca się do domu i po chwili wychodzi z….butelką Smirnoff, wypełnioną benzyną.

Jesteśmy uratowani! Cieszymy się jak dzieci, gdy wskazówka z zera rusza w górę. Chyba dopiero teraz uświadamiamy sobie jak wielkie mamy szczęście, ponieważ w promieniu kilku kilometrów nie ma żadnego domu, a i spotkanie kogoś kto mówi po angielsku nie jest tutaj łatwe. Oprócz benzyny, dostajemy również dokładne wskazówki jak trafić na plażę i już za dwadzieścia minut parkujemy skutery pod palmą i wybiegamy na piasek.

Thuan An położona jest u wybrzeża Morza Południowochińskiego i ciągnie się na kilkanaście kilometrów. Poza nami jest tylko kilka kobiet i dzieci sprzedających lokalne dania, więc prawie cała plaża należy do nas. Niestety większą część dnia błądziliśmy po wiejskich drogach, dlatego zostajemy w okolicy jedynie przez godzinę i znowu odpalamy skutery.

Tuż przed powrotem poznajemy Amerykanina Miles’a, który przyjechał na chwilę na Thuan An. A, że orientuje się on w terenie o wiele lepiej niż my,  postanawiamy razem wrócić do miasta. Po drodze zahaczamy jeszcze o pobliskie wzgórza, gdzie mieści się jeden z największych cmentarzy w kraju. W czasach wojny Wietnamskiej komuniści dokonali w Hue zbiorowych mordów. Szacuje się, że w tym krwawym okresie zginęło nawet 4000 ludzi. Masowe, zniszczone grobowce zajmują olbrzymią przestrzeń, bardzo często zdarza się, że wybudowane są wprost na małych wysepkach, otoczonych dookoła podmokłymi polami ryżowymi.

Do Hue wracamy już po zmroku. Właściciel skutera od razu zarzeka się, że to nie jego wina, że zabrakło benzyny. Miało wystarczyć na drogę na plażę i z powrotem. Nikt nie kazał nam „błąkać się” po okolicy. A poza tym przecież tłumaczył, jak się tam dostać…

„Jedź prosto i skręć w prawo”, oto sprawdzony przepis na niezapomnianą przygodę w Wietnamie.

Peru, Arequipa

Aby odnaleźć się w komunikacji autobusowej w Peru, potrzeba naprawdę niezłej uwagi i sprytu. W pawie każdym mieście znajdują się dwa dworce; północny i południowy. Dlatego zawsze należy dokładnie wiedzieć, w jakim kierunku zamierzamy kontynuować podroż. Dodatkowo na każdym dworcu jest się co najmniej kilkanaście stanowisk firm autobusowych – nie ma czegoś takiego jak państwowy przewoźnik.  Na poszczególnych stoiskach można obejrzeć zdjęcia autobusów (oczywiście ma to się nijak do prawdy), i dowiedzieć się o koszt podroży. Ceny się różnią, dlatego warto przyjść wcześniej i rozglądnąć się za najlepszą ofertą, można też próbować negocjacji. Jak już kupi się bilet, trzeba czekać. Bardzo często zdarza się, że przewoźnik po prostu musi uzbierać komplet pasażerów, dlatego punktualne odjazdy nie zdarzają się nigdy. Gdy wreszcie dostajemy znak, że autobus podjechał na podjazd, okazuje się że zamiast firmy, której zapłaciliśmy za bilet jest inna, dwie klasy niższa. Czyli historia kończy się jak zwykle: oszustwem. Przewoźnik u którego wykupiliśmy bilet za 20 soli, sprzedał nas do innej, tańszej firmy, gdzie bilet kosztuje 6 soli. Reklamacja też nie istnieje, bo nagle okazuje się na stoisku jest przerwa i wszyscy poszli na śniadanie/obiad/kolacje.

Taka sytuacja zdarzyła mi się podczas mojego pierwszego dnia w Peru. W miasteczku Puno, wraz z Jarem, polskim fotografem, daliśmy się podejść jak dzieci. Nasz autobus do miasta Arequipa to ruina. Na każdym wyboju moje siedzenie się zamyka, więc muszę pchać je z całej siły, żeby przypadkiem nie zamknęło się całkowicie… ze mną w środku.  Dodatkowo zatrzymujemy się na każdej stacji, zabierając po drodze ludzi, przeważnie jadących na targ wraz z całym towarem. Na każdym postoju jedno z nas musi też wysiadać, aby dopilnować czy przy okazji nikt nie przywłaszczył sobie naszych plecaków. W takich warunkach podroż, zamiast planowanych czterech, trwa osiem godzin, i do Arequipa dojeżdżamy późnym wieczorem.

Wybierając taksówkę trzeba być równie uważnym i sprytnym co przy autobusie. Sprawdzamy dokładnie licencje i zdjęcie kierowcy. Zwłaszcza teraz, gdy parę dni temu doszło do serii porwań turystów przez taksówkarzy, trzeba zachować szczególną ostrożność. Zatrzymujemy się niedaleko starego miasta. Hotel jest równie obskurny co autobus. Łóżka stoją w olbrzymich pokojach z sufitami na kilka metrów, od ścian odpada tynk a w oknach są kraty. Wygląda to trochę jak opuszczony szpital psychiatryczny ;).  Ale przynajmniej cena jest wprost proporcjonalna do jakości, pokój kosztuje 6 soli (około 7-8 złotych) i ma własną łazienkę, standardowo już, bez cieplej wody.

Arequipa to drugie co do wielkości miasto Peru i jedno z najpiękniejszych miejsc w kraju. Położone jest na wysokości 2325 m n. p. m, wkomponowane w przepiękny górzysto-wulkaniczny krajobraz. To właśnie dzięki pobliskiemu wulkanowi El Misti, Arequipa nazywana jest „białym miastem”. Wulkaniczne, białe skały posłużyły do wybudowania większości tutejszych budynków nadając temu miejscu niezwykły charakter. Niestety bliskie sąsiedztwo wulkanu przysporzyło Arequipie też wielu problemów. Ze względu na dużą aktywność sejsmiczną, miasto było kilkakrotnie niszczone przez kolejne trzęsienia ziemi. Centrum Arequipy to przepiękna Plaza de Armas, z fontanną i drzewami palmowymi przypomina trochę oazę w samym środku wielkiego miasta. Wokół placu znajdują się doskonale zachowane kolonialne budynki z piękną katedrą i potężnym kościołem Jezuitów Santa Catalina na czele. Od Plaza de Armes rozchodzi się siec równoległych uliczek, tworząc szachownice, w której niezwykle łatwo stracić orientacje. Arequipa to idealne miejsce na spacery, rewelacyjny klimat (nie jest tutaj ani za zimno ani za gorąco) zachęcają do pieszego zwiedzania miasta. Niestety podobnie jak w reszcie kraju, należy tu zachować szczególną uwagę, miasto bowiem słynie z kieszonkowców i drobnych złodziei.

Jedną z największych atrakcji miasta, jest oddalony o 100 kilometrów Kanion Colca (CZYTAJ:TUTAJ).

Hostel w Arequipa 🙂

W Arequipa rozstaje się z Jarkiem. On zmierza w głąb kraju a ja kolejnym nocnym autobusem do Cuzco. Tym razem, zaprawiona w boju, postanawiam nie dać się autobusowym naciągaczom i wybieram polecaną przez wszystkich firmę, Cruz del Sur. Wprawdzie bilet jest droższy, ale przynajmniej pasażerowie są monitorowani i legitymowani przy wsiadaniu do środka, jest czysto, jest toaleta a bagaże są oznaczane. Prawdę mówią, jest tak wygodnie i komfortowo, że aż nie ma za bardzo o czym pisać…;)

Chiny, Chiny kulinarnie

Powoli podnoszę pałeczkami kawałek kurczaka i kieruję go w stronę ust. W ostatnim momencie mięso wyślizguje się i spada na stół. Automatycznie go podnoszę i kładę na rogu talerza.
– Bleeee, wy Europejczycy jesteście obrzydliwi – krzywi się mój Chiński towarzysz.
Całkowicie zaskoczona rozglądam się po sąsiednich stolikach. Jestem jedynym obcokrajowcem, dookoła sami tubylcy mlaskający i plujący wniebogłosy. Dodatkowo każdy rzuca oblizane kości kurczaka prosto na stół albo pod nogi. Nie wspominając już nawet, że nasz posiłek jemy na talerzu owiniętym plastikową reklamówką. Po skończeniu jedzenia siatka trafi do kosza a talerz do kolejnego klienta.
I to my jesteśmy obrzydliwi???…otwieram szeroko oczy i wpatruje się w mojego towarzysza.
– Przecież położyłaś brudny kawałek jedzenia obok tego dobrego, teraz Ci się pomyli i jeszcze przez przypadek go zjesz…

Próbowanie lokalnego jedzenia to chyba jedna z największych przygód w Chinach. Wśród tysiąca identycznie wyglądających znaczków, nigdy do końca nie wiadomo co się zamawia. Na szczęście wiele dań ma załączone w karcie zdjęcie, dzięki czemu mamy  jaką taką podstawową wizję tego, jak jedzenie będzie wyglądać. Wiele restauracji aby przyciągnąć zagranicznych gości tłumaczy dodatkowo menu na angielski. Robi to jednak na tyle nieudolnie, często używając podstawowego internetowego tłumacza, że często przy zagranicznym opisie potraw, można zobaczyć składniki takie jak: „opona” czy „okno” (??).
Z sokami nie ma takiego problemu, uliczni sprzedawcy przyrządzają je na naszych oczach z najbardziej kolorowych i soczystych owoców jakie można sobie wyobrazić. Ale żeby nie było zbyt normalnie, gotowy napój wlewają do  …plastikowej reklamówki. Idziemy więc sobie, trzymając siatkę za uszy i sącząc przez rurkę słodki nektar.

Skoro już jesteśmy na ulicy to warto rozejrzeć się dookoła, bo można tutaj znaleźć o wiele więcej skarbów niż tylko świeżo wyciśnięte soki. Stołowanie się na małych bazarach, tuż przy przejeżdżających obok samochodach, to unikalne i niezapomniane doświadczenie. Czego tam nie ma, najróżniejsze zupy, pikantne noodle, ryż przyrządzany na sto sposobów. No i oczywiście jedzenie „na kijku” czyli wszelkiego rodzaju szaszłyki z mięsa, z owoców, warzyw czy czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Nie można też zapominać o jogurcie. W Pekinie to świętość. Płynny, mocno schłodzony napój pije się przez słomkę wprost z glinianego kubeczka, które potem trzeba zwrócić sprzedawcy. Codziennie rano setki Chińczyków (dorośli i dzieci) stoją pod sklepami racząc się jogurtem, a wieczorem wszędzie można usłyszeć charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie naczyń, zbieranych przez sklepikarzy.

Pierogi! W smaku podobne do tych naszych, delikatne z soczystym nadzieniem. Kształtem odrobinę inne, bardziej okrągłe, przypominają małe saszetki. Gotowane są na parze w specjalnych drewnianych naczyniach. Można je kupić dosłownie wszędzie, nawet w Chińskich fast foodach, choć mi najlepiej smakują…oczywiście na ulicy.

Gdy już znudzi nam się jedzenie na bazarkach, trzeba rozejrzeć się za restauracją. Jest ich miliony. Od super ekskluzywnych i eleganckich po te wzorowane na Europejskie aż po tanie rodzinne przybytki. Chiny są olbrzymie a każdy zakątek specjalizuje się w innym jedzeniu. Warto odwiedzić restauracje z daniami regionalnymi, gdzie można spróbować pyszności z innych zakątków kraju (w Pekinie obowiązkowo słynna kaczka po pekińsku).

Jedzenie przeważnie serwowane jest w małych miseczkach. Każdy ma swoją porcję ryżu, pozostałe składniki rozłożone są po całym stole w osobnych naczyniach. Posiłki spożywa się przy pomocy pałeczek i podłużnych porcelanowych łyżek (do „siorbania” zup) chociaż sztućce są ostatnio coraz bardziej popularne.

Czy czegoś może brakować do szczęścia w tym kulinarnym raju? Na pewno produktów które w Polsce są popularne i łatwo dostępne (np. czekolada, żółty ser czy chleb. Chociaż pieczywo łatwo zastąpić bułkami pieczonymi na parze).

Warto się również przygotować na specyficzne maniery jakie panują przy stole. Siorbanie, mlaskanie, bekanie i inne podobne odgłosy, są w Chinach na porządku dziennym, a zwracanie na nie uwagi jest niepowszechne i niegrzeczne. Stół po skończonym posiłku wygląda czasem jak pobojowisko, wszędzie walają się kawałki jedzenia, kości z kurczaka, kawałki warzyw. W tańszych restauracjach często brakuje talerzy dlatego powszechną patyką jest jedzenie na reklamówkach.

Patrzę zdumiona na mojego Chińskiego towarzysza i zastanawiam się nad tym co właśnie powiedział. Spoglądam na swój talerz przykryty jednorazową siatką i nie mogę powstrzymać śmiechu. Siorbiący i plujący mężczyzna, właśnie zwrócił mi uwagę, że zachowałam się nieodpowiednio przy jedzeniu. Ale jestem w Chinach, kraju którego kompletnie nie rozumie, biorę  więc „brudny” kawałek mięsa i wyrzucam z powrotem na środek stołu, i muszę przyznać, że w tym momencie, ma to jakiś swój sens.

Kajmany, George Town

Jak się dostać z Kuby do Miami? Przez Jamajkę! Jak się dostać z Kuby na Jamajkę? Przez Kajmany! Nocny postój w George Town, stolicy kraju to doskonała okazja żeby rozejrzeć się po okolicy.

Z czym kojarzą mi się Kajmany? Z luksusem, z bankami, z eleganckimi hotelami. Pierwsze co przychodzi mi więc do głowy do nocleg na couchsurfingu. Szybko znajduje sympatycznego Edda i już w spokoju mogę planować dalszą część mojej podróży po Ameryce Środkowej.

Na Kubie ciężko o internet dlatego nie mam jak przypomnieć Eddowi szczegółów mojego przylotu. Siedzę w samolocie z Hawany jak na szpilkach, trzymając mocno kucki, żeby mój dzisiejszy host pamiętał o mojej wizycie. W międzyczasie zagaduje do mnie dwóch Amerykanów którzy mieszkają na Kajmanach. „Jak się nie zjawi, możesz zatrzymać się u mnie” – proponuje mi nieznajomy- „Mieszkamy z żoną niedaleko lotniska więc mogę cię rano podrzucić na samolot”.

Zabieram plecak z taśmy i podchodzę do Amerykanina. „Jadę teraz do biura, ale za godzinę będę tędy przejeżdżać, jak wciąż tu będziesz, zapraszam do siebie”. Siadam na ławce przed lotniskiem i wypatruje Edda. Na szczęście już po 15 minutach zjawia się znajoma twarz. Szczuplutki Filipińczyk z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, mocno mnie przytula: „Witaj na Kajmanach!”.

Pierwszy przystanek, restauracja. Dobrze się składa bo umieram z głodu. Na kolacje dołącza do nas przyjaciółka i współlokatorka Edda, Reko. Mój gospodarz wybiera typową Amerykańską restaurację których tutaj jest na pęczki. Amerykanie stanowią większą część populacji Kajmanów. A już szczególnie tej nocy, gdy w telewizorach leci transmisja z Super Bowl, największego amerykańskiego święta football’u.

„Przyjmujemy couchsurferów z nudów”- tłumaczy mi Edd – „Na wyspie niewiele się dzieje, to jedna z rozrywek” . Rozglądam się dookoła. Nawet krzyczący wniebogłosy kibice nie są w stanie zakłócić panującego w okolicy spokoju.

Po posiłku kierujemy się na słynną Siedmiomilową plażę. Słońce będzie zaraz zachodzić, więc siadamy na piasku i wpatrujemy się przed siebie. Wczorajszy zachód słońca na Kubie, jutrzejszy gdzieś na Jamajce, dzisiejszy na Kajmanach….jak tutaj nie kochać podróży.

Jest już całkiem ciemno gdy znowu wsiadamy do samochodu Edda. Jedziemy teraz do miasta, chociaż Georgetown, stolica kraju, to w zasadzie mała wioska. Zwiedzanie zaczynamy od….domu handlowego czyli centrum towarzyskiego wyspy. W kilku budynkach znajdują się kino, ekskluzywne sklepy i kilkanaście luksusowych restauracji ulokowanych wzdłuż sztucznej laguny. Potem powoli spacerujemy po opuszczonych ulicach miasta.

Wszystkie budynki wyglądają prawie identycznie jak na Arubie czy Amerykańskim Key West. Dwupiętrowe domy obite są kolorowym saidingiem, z przodu znajdują się drewniane werandy a przed wejściem zadbane ogródki. Wzdłuż portu ciągnie się kilka restauracji i sklepów. Bardziej w głębi ustawione są słynne banki. Dalej są już tylko osiedla mieszkalne. Przy czym na wyspie próżno szukać wysokich budynków, wszystkie domy maja około dwa, trzy piętra. Niewiele się tu dzieje. Całe miasto można obejść dosłownie w 15 (!) minut.

Ponieważ mój samolot na Jamajkę stratuje o 6 rano, a wszystkie lokale w okolicy powoli zbliżają się do zamknięcia, udajemy się do domu Edda.
„Gdybyś miała więcej czasu, pojechalibyśmy na okoliczne plażę, ponurkowali z rurką”- zachęca Edd – „Bo w mieście naprawdę nie ma co robić”.

Mój pierwszy i ostatni wieczór na Kajmanach upływa nam więc na rozmowach o… Filipinach, skąd pochodzi Edd i Reko, a mi tym samym  świta już w głowie pomysł kolejnej podróży: (czytaj: TUTAJ) 😉

O 4 rano razem z Eddem zbieramy się z łóżka i jedziemy na lotnisko. Po drodze mijamy miasto i szereg osiedli z identycznie wyglądającymi domami. Kajmany to najczęściej cel wycieczek bogatych Amerykanów, Brytyjczyków i wielkich statków pływających po Karaibach. To popularne miejsce plażowych ślubów i nurkowania. To również doskonała miejscówka na przystanek w wyprawie. Wystarczająco długi żeby odpocząć od podróży, wystarczająco krótki żeby się zbytnio nie znudzić.

Surinam, Paramaribo

Francuz Jean zatrzymał się jako pierwszy gdy łapałyśmy z Leną stopa. „Mogę was zawieść na rozwidlenie dróg za miastem, ale najpierw muszę odebrać dzieciaki ze szkoły”. Szkoła w tropikalnej Gujanie Francuskiej różni się od tych „normalnych”. Nie ma zabudowanych korytarzy, a do klas wchodzi się prosto z podwórka na którym rosną palmy i drzewka cytrusowe. Okien jako takich też nie ma, są za to siaki na komary i inne liczne insekty. Stołówka jest na świeżym powietrzu, przykryta jedynie dachem, który chroni w czasie sezonu deszczowego a w łazienkach znajdują się specjalne prysznice, gdzie można się schłodzić w przypadku upałów. Za to na dźwięk dzwonka w każdej szkole na świecie, dzieciaki reagują tak samo entuzjastycznie, i już za chwilę z klas wybiega tłum rozkrzyczanych maluchów.

W samochodzie panuje istny chaos. Dwa blondwłose aniołki przepychają się na tylnym siedzeniu i kłócą się wniebogłosy o to, kto zje ostatni kawałek czekoladowej babeczki. Na nieszczęście dzielę z nimi fotel i co jakiś czas obrywam „przez przypadek”. Zgodnie z obietnicą Jean podrzuca nas na rozwidlenie dróg. Przez następny kwadrans łapiemy kolejnego stopa. Pierwsze dwa samochody odrzucamy bo Lena ma ‚„złe przeczucie” a „przeczucie jest najważniejsze w autostopie”. W końcu zatrzymuje się rodzeństwo Monika i Jan, które jedzie prosto do Paramaribo, stolicy Surinamu. Przed nami około 5 godzin wspólnej jazdy. Brat i siostra w średnim wieku wydają się całkiem sympatycznymi ludźmi. Zagadują, pytają skąd jesteśmy i dlaczego podróżujemy. Czas szybko płynie i nim się obejrzeliśmy dojechaliśmy do granicy. Podobnie jak w przypadku przejścia granicznego Gujana Francuska -Brazylia wpierw musimy pokonać rzekę. Obie z Lena gramolimy się z wielkimi plecakami po brzegu a w tym czasie Jan odstawia samochód na parking (ponieważ jeździ na trasie Kajenna – Paramaribo praktycznie co tydzień, całą podróż ma perfekcyjnie zaplanowaną).

Małą łodzią pokonujemy rzekę i po drugiej stronie pierwsze kroki kierujemy do straży granicznej. Obskurny budynek sąsiaduje ze… sklepem bezcłowym i kilkoma polowymi restauracjami. W pobliżu kręci się też paru podejrzanych typów, oferujących transport do stolicy. Trochę się niepokoję, bo moja wiza do kraju jest ważna dopiero od jutro, ale na szczęście urzędnik nie zawraca sobie głowy datą i wbija pieczątkę do paszportu. Jeszcze tylko szybka kontrola bagażu i wychodzimy. Przed budynkiem czeka już na nas Jan w nowym samochodzie. Na straganie kupujemy kurczaka z ryżem i pakujemy się do pojazdu. I w tym momencie zaczynają się kłopoty. Jan daje siostrze poprowadzić, a ta najwyraźniej dawno (albo nawet wcale) nie jeździła. Co jakiś czas zjeżdżamy z drogi na krawężnik albo na sąsiedni pas. Za każdym razem gdy mija nas samochód, obie z Leną drżymy. Szybko okazuje się, że może być jeszcze gorzej, małomówna do tej pory Monika zaczyna nawijać o kościele, Biblii i miłości do Jezusa. Zaś kolejną część podróży obydwoje z bratem dyskutują ile powinniśmy im zapłacić za przejazd, kompletnie ignorując fakt, że siedzimy na tylnym siedzeniu.

Do Paramaribo docieramy wieczorem. Rodzeństwo pyta nas gdzie chcemy wysiąść i ile im zapłacimy za transport. Razem z Leną oświadczamy, że nie mamy pieniędzy, na to przedsiębiorcza Monika proponuje podwózkę do bankomatu. W końcu dajemy im po 20 dolarów a jakiekolwiek głosy sprzeciwu ucinamy krótko, mówiąc, że tylko tyle mogłyśmy dzisiaj wybrać. Nasza pewność siebie jest jednak bardzo wątła, dlatego szybko chwytamy za plecaki i łapiemy taksówkę na ulicy. Z serca spada mi olbrzymi kamień, że nie muszę już przebywać z tymi dziwacznymi ludźmi.

Taksówkarz to wesoły Hindus (olbrzymią część populacji Surinamu stanowią właśnie Hindusi sprowadzeni przez Holendrów jako tanią siłę roboczą). Każemy się zawieść do hostelu Casablanca, który polecił Lenie pewien Niemiec, którego poznała podróżując po Brazylii. Samochód sunie przez pustą ulicę i całkowicie opuszczone miasto. Wygląda zupełnie jakby nikt tutaj nie mieszkał.

„Szukamy Jose”- zagadujemy dwóch mężczyzn siedzących na podwórku.
„To ja”- wstaje z krzesła zaciekawiony.
Lena tłumaczy mu skąd mamy jego adres, Jose pamięta Niemieckiego turystę ale niestety dzisiaj nie ma wolnych pokoi. „Przyjdźcie jutro” – macha nam na do widzenia.
Trudno, łapiemy kolejną taksówkę i jedziemy do następnego miejsca poleconego, tym razem przez poznanego w Kajennie Francuza, Jeroma. Jest już po północy gdy dzwonimy do drzwi małego pensjonatu. Maja wolne pokoje ale niestety hotel jest drogi, więc postanawiamy zostać tylko na jedną noc, a potem wrócić do Jose.

Tuż przed południem wychodzimy na zwiedzanie i po raz kolejny zastajemy całkiem opuszczone miasto. Spacerujemy po ulicach rozglądając się na boki, ale wciąż jesteśmy same. Zupełnie jak w scenie z filmu o Dzikim Zachodzie gdy nadchodzi godzina pojedynku i wszyscy chowają się w domach.

Surinam przez długie lata był Holenderską kolonią i wciąż można tutaj poczuć namiastkę Niderlandów. Choć mi osobiście Paramaribo na początku skojarzyło się z miniaturowym miasteczkiem takim jakie można zobaczyć w Legolandzie. Piętrowe domy obite białym sidingiem lub pomarańczową cegłą ciągną się wzdłuż każdej ulicy. Parków jest tylko kilka i bardziej przypominają małe skwerki. W centrum znajduje się budynek rządu i ratusz. Poza tym działa parę restauracji (przeważnie z kuchnią Chińską lub Indyjską), barów typu fast-food (McDonald’s jest wszędzie) i sklepów (prawie zawsze prowadzonych przez Chińczyków). No i w dalszym ciągu prawie zero ludzi. Po południu wracamy z plackami do Jose, i dostajemy mały, obskurny pokoik graniczący chyba z nocnym klubem, bo przez pół nocy muzyka gra nam jak szalona.

Pozbawione złudzeń o jakichkolwiek atrakcjach w mieście, następnego dnia wybieramy się do agencji podróży zapytać o treekingi. Większą część kraju porośnięta jest dżunglą więc mamy nadzieję na kilkudniowy tour. Niestety tutaj też musimy obejść się smakiem, ponieważ Surinam nie należy do krajów bardzo turystycznych, wszystkie atrakcje są dość drogie, do tego brakuje na nie chętnych. Mimo to pracownik namawia żebyśmy zapisały się na listę oczekujących, na razie widnieje na niej… jedno nazwisko (żeby wycieczka się opłacała potrzeba minimum 8 osób). Podróż na własną rękę też nie wchodzi w rachubę, do puszczy nie jeździ żaden transport (czasem trzeba skorzystać nawet z samolotu) a kilkudniowy treeking wymaga specjalistycznego sprzętu.

Na pocieszenie lądujemy w restauracji znajdującej się w sąsiedztwie agencji, gdzie serwowane są chyba najlepsze gofry na świecie. Kto by przypuszczał….

Kolejny dzień ciągnie się w nieskończoność. Zdarzyłyśmy już przejść prawie całe miasto, odwiedzić dwukrotnie kafejkę internetową, prowadzoną przez dziwaczną Chinkę, zahaczyłyśmy o doki rzeki, miejsca pełnego drewnianych budek z rumem sprzedawanym w małych „samolotowych” buteleczkach. Przy okazji odkryłyśmy w pobliżu rewelacyjną restaurację z pięknym rustykalnym wystrojem i przepysznymi kanapkami. A z poznaną tam parą Amerykanów, poszłyśmy na koniec na deser do „ulubionej” miejscówki z goframi, tym razem próbując też naleśników (pychota!).

                    

Ostatni dzień przypadł na niedzielę więc z tej okazji zaplanowałyśmy obejść najważniejsze miejskie świątynie. Zróżnicowanie etniczne tego miejsca (Hindusi, Chińczycy, Kreole, biali stanowią jedynie 1% populacji) daje się odczuć niemal na każdym kroku, także w religii. To chyba jedyne tak małe miasto na świecie, gdzie obok siebie stoi kościół katolicki, meczet i synagoga, a gdzieś na przedmieściach Paramaribo również świątynia Hinduska.

Wieczorem Jose otwiera specjalnie dla nas przyhotelowy bar i częstuje darmowym piwem. Właściciel Casablanca urodził się w Kolumbii, ale całe dorosłe życie mieszka tutaj. Jego ojciec jest Holendrem, po ogłoszeniu niepodległości zachował Holenderski paszport i wyjechał do Amsterdamu. On sam próbuje rozkręcić biznes ale na razie słabo mu idzie. Turystów nie ma, bo i kraj nie za bardzo popularny, drogi, ciężko dostępny (latają tutaj tylko samoloty ze Stanów i z Holandii).

O 5 rano dzwoni alarm w telefonie. Między Paramaribo a George Town, stolicą Gujany kursuje prywatny bus który zbiera po kolei pasażerów z domów. Zaspana żegnam się z Leną, ona wraca do Brazylii, ja kontynuuje moją podróż przez Gujany. Czekam na puściutkiej ulicy przed wejściem do hotelu. Nie ma zbyt wielkiej różnicy pomiędzy dniem a nocą, okolica jest zawsze tak samo pusta. Przez chwilę zastanawiam się czy wytrzymałabym dłużej w takim kraju; odseparowanym, pustym i tak dziwacznym… Chociaż gofry, trzeba im przyznać, mają wyśmienite 🙂

Brazylia, Salvador de Bahia

Na nadgarstku wiążę kolorowy supełek, a zaraz potem drugi i trzeci. Materiałowa wstążka powiewa na wietrze. Z każdą pętelką trzeba powtarzać w głowie jedno życzenie, a gdy po jakimś czasie bransoletka sama spadnie z ręki, życzenia się spełnią.

Ileż to takich „szczęśliwych” talizmanów jest na świecie… Kolorowe piórka, kamyczki, łapacze snów, wydaje się, że każde życzenie znajdzie swojego opiekuna. Chociaż szczęście w podróży to ważna sprawa i nie można go bagatelizować, zawsze staram się wierzyć, że sama jestem sprawcą swojej dobrej passy i że jest ona wynikiem moich decyzji i nastawienia do innych. Ale to nie zmienia faktu, że gdzieś w głębi duszy, w każdej wyprawie, liczę na dobrą pogodę i sporą dawkę szczęścia  🙂

Tak też podeszłam do mojej podróży po Brazylii. Nie zawiodłam się, bo szczęśliwy los towarzyszył mi już od pierwszych godzin po wylądowaniu w Rio de Janeiro i nie opuścił mnie przez cały kilkudniowy pobyt w mieście. Poznałam fantastycznych ludzi, zatrzymałam się (całkiem przypadkiem) w rewelacyjnym hostelu a na koniec spotkałam dwóch chłopaków, którzy okazali się bardzo pomocni podczas podróżny powrotnej na lotnisko.

Szczęście nie opuściło mnie też w Salwadorze, moim drugim przystanku w Brazylii. Na początku chciałam tutaj dojechać autobusem ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw, podliczeniu budżetu i czasu, postawiłam jednak na samolot. Salvador to miasto bez którego nie wyobrażałam sobie tej podróży: „To dusza mojego kraju”- zachwycała się Isabel, moja Brazylijska znajoma.

Po wyjściu z lotniska bucha we mnie chmura dusznego powietrza. Taksówki w równym rządku stoją na postoju. Zaraz za nimi metalowy, niepozorny przystanek autobusowy. Według czekających podróżnych, autobus przyjedzie „niedługo”, siadłam więc wygodnie na ławce i wyciągałam z plecaka przewodnik. Mam dwie rekomendacje noclegu. Pierwszy od Isabel, drugi od chłopaka którego poznałam podczas wycieczki do faveli. Ostateczna decyzję podejmę na miejscu. Autobus przyjeżdża dokładnie za godzinę. Proszę kierowce, żeby uprzedził mnie kiedy należy wysiąść i siadam przy oknie. Jest naprawdę gorąco, a kołyszący się pojazd przyjemnie lula do drzemki. Nawet nie wiem kiedy moja głowa osuwa się na szybę. Z przyjemnego półsnu wybudza mnie dopiero głos kierowcy, który krzyczy żebym wysiadała. Łapie za plecak i już za chwile błądzę po kolorowych uliczkach Salwadoru. Okazuje się, że obydwa polecone hostele znajdują się zaraz obok siebie. Zaglądam do pierwszego; fajna młodzieżowa atmosfera, dużo gości, przyjemny luz. Przechodzę na drugą stronę ulicy, żeby zajrzeć do hostelu poleconego przez Isabel. Ten jest zdecydowanie mniej efektowny, bardziej spokojny i skromny ale pomimo to jakiś wewnętrzny głos każde mi się tutaj zatrzymać. Przesympatyczny recepcjonista Marcel zakwaterowuje mnie w dormie z dziewczyną z Japonii. Przez chwilę rozmawiam jeszcze z innym przyjezdnym, Davidem, który podróżuje wraz z czwórką znajomych z Chile, i wyruszam na zwiedzanie.

Salwador jest trzecim największym miastem w Brazylii, dawną stolicą Portugalskiej kolonii, obecnie najważniejszym miastem stanu Bahia. „Na południu my ciężko pracujemy”- tłumaczyła mi kiedyś, pochodząca z Porto Alegre, Tatiana- „W Bahia wszyscy siedzą cały dzień na plaży”. Muszę przyznać, że coś w tym rzeczywiście jest. Powolne, leniwe życie to kwintesencja północnych stanów. Gorące słońce sprzyja długim rozmową w cieniu kolonialnych budynków, a pobliskie rajskie plaże przyciągają czystym piaskiem i orzeźwiającą wodą. Wydaje się, że mało kto zaprząta sobie tutaj głowę pracą i przyziemnymi obowiązkami. Kompletne przeciwieństwo do stylowego i trochę aroganckiego Rio.

       Olbrzymi wpływ na obecny charakter miasta miała jego historia. W XVII wieku Bahia była głównym ośrodkiem handlu cukrem a tutejszy port należał do największych ośrodków na świecie. Większą cześć mieszkańców stanowili czarni niewolnicy sprowadzani z Afryki, do pracy na plantacjach. Wraz z przybyszami z czarnego lądu do Brazylii przybył ich taniec, sztuki walki, muzyka, język i religia, czyli wszystko to, z czego słynie obecny Salwador.

To miasto to prawdziwy teatr, nie jednego a stu, tysięcy aktorów. Po ulicach krążą wysocy, smukli mężczyźni, unoszą potężne bębny nad głowę i wybijają rytm, połączenie Brazylijskiej samby i afrykańskich rytmów. To członkowie kultowej Salwadorskiej grupy muzycznej Olodum (do współpracy zaprosił ich Michael Jacskon podczas kręcenia teledysku „They do not care about us”). Na plaży kilku chłopców podskakuje w rytm bębnów, od wschodu słońca ćwicząc Capoeire (z obawy przed buntem, kolonizatorzy zabronili niewolnikom trenować jakiekolwiek sztuki walki. Ci przemycili je wiec do tańca, tworząc Capoeire, która charakteryzuje się niezwykłą płynnością i wręcz akrobatycznymi ruchami). Starsze kobiety przechadzają się po mieście w charakterystycznych kolorowych turbanach i szerokich sukniach na kole. Te tradycyjne kostiumy, również nawiązują do czasów niewolnictwa. Oczywiście najlepiej podglądać ten niezwykły teatr podczas corocznego karnawału. Jest to jedna z największych tego typu imprez na świecie. Przez sześć dni przez ulice przetacza się tysiące ogarniętych szaleństwem tańca, ludzi.

Kolorowe, stare miasto Pelourinho, jest prawdziwym rajem dla spacerowiczów. „Górne” miasto to kolonialna perełka kraju, do „dolnych” dzielnic można dosrać się m.in za pomocą windy, Elevador de Lacerda. Władze dopiero od niedawna doceniły potencjał tego miejsca. Jeszcze kilkanaście lat temu dzielnica była synonimem nędzy i nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się w te okolice. Dzisiaj w kolorowych kamienicach otwarte są stylowe hotele, restauracje i sklepy oferujące brazylijskie rękodzieło.

Na jednym z placów wpadam na moją japońską współlokatorkę i jej znajomą, a że jest akurat pora lunchu, udajemy się razem na obiad. W małej restauracji zmawiamy jedno z najbardziej charakterystycznych dań regionu, Moqueca. Jest to gęsta zupa z rożnymi rodzajami ryb, owoców morza i warzyw, wszystko obficie zalane mlekiem kokosowym i olejem palmowym.

Po obiedzie zostaje jeszcze na chwilę w restauracji, zamawiam orzeźwiającą Caipirinką i rozglądam się po ulicy. Pierwsze słowo które przychodzi mi do głowy to „kolor”. Wszystko jest tutaj kolorowe; jedzenie, muzyka i język, nie wspominając już nawet o soczystych barwach budynków i pstrokatych ubraniach przechodniów. Kolorowe są też wstążki powiewające na bramach kościoła. Czasem jest ich tak wiele, że tworzą barwny dywan.

Wstążki życzeń „Lembrança do Senhor do Bonfim da Bahia” to długowiekowa tradycja Salwadoru. Kolorowe bransoletki wiążę się tu na przegubie ręki albo na bramie kościoła od początku XIX wieku. Z czasem stały się one wizytówką stanu i chętnie kupowaną przez turystów pamiątką. Każdy kolor oznacza coś innego, pomarańczowy to radość, żółty- sukces, niebieski- zdrowie, różowy – przyjaźń, biały – mądrość….

Podczas wcześniejszego spaceru wielu tubylców próbowało mi sprzedać, a raczej natrętnie wcisnąć, ten szczęśliwy talizman, zawsze jednak grzecznie odmawiałam. Ale gdy wróciłam do hostelu znowu wpadłam na Dawida i Chilijczyków: „Nie masz bransoletki”- krzyknął zaskoczony Victor i szybko zawiesił na moim nadgarstku żółtą wstążkę. Podczas zaplatania trzech pętelek, pomyślałam trzy życzenia: jedno dotyczyło szczęśliwiej podróży, drugie dobrych przygód a trzecie mojego życia. Jeszcze tego samego wieczoru poszliśmy wszyscy na kolacje. Od słowa do słowa okazało się, że Chilijczycy wynajęli samochód którym chcą pojechać aż do Fortalezy. Samochód miał być mały ale w wypożyczalni mieli tylko wielkie terenówki, i tak zyskali jedno wolne miejsce. W ten sposób dostałam darmowy transport i świetne towarzystwo na kolejny tydzień.

„Nie wierzę, że te bransoletki przynoszą szczęście”- zagadał do mnie na pożegnanie Marcel, gdy zauważył żółtą wstążkę na mojej ręce – „Nie uważam, że spełnią one marzenia. Ale wierzę w ich szczególną moc… przypominania”.

Coś w tym jest, bo za każdym razem gdy spoglądałam na żółtą wstążkę, wracałam myślami do tych życzeń i staram się korzystać z każdej nadarzającej się szansy, aby spróbować je spełnić. Moja wstążka spadła z ręki w okolicach Amazonki. Cała podróż upłynęła wyjątkowo szczęśliwe, była pełna pozytywnych przygód i w dużym stopniu miała olbrzymi wpływ na moje obecne życie.

Żegnaj 2014….

Niespodzianka. Tak mogę określić zeszły rok. Dwanaście miesięcy pełnych niespodziewanych podróży, propozycji, sukcesów i nowych znajomości. Wiele radosnych i pozytywnych chwil, kilka ciężkich, parę smutnych ale co najważniejsze, zawsze z dobrym zakończeniem.

Rok 2013 kończył się obiecująco. Dopiero co wróciłam do Polski po kilkumiesięcznej podróżny po Brazylii i trzech Gujankach a już w planach miałam kolejną podróż. Siedziałam  Sylwestra w domu z rodzicami i chyba nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten nadchodzący rok, będzie tak spektakularny, tak….niespodziewany.

…ostatnie przygotowania i formalności przed kolejnym wielkim wyjazdem, a po godzinach, spotkania z rodziną i przyjaciółmi.

…w połowie miesiąca wylądowałam w Santiago, a tym samym po raz piąty odwiedziłam Amerykę Południową.

podróż na południe Chile; relaks w termach, wspinaczka na wulkany i przede wszystkim niezwykła natura (czytaj TUTAJ: Curanto w Puerto MonttTermy Geometricas)

…rajskie wesele znajomych na jednej z plaż na Dominikanie i równocześnie 65-ty odwiedzony przeze mnie kraj!

 …kolejny miesiąc przywitał mnie największą niespodzianką ostatnich lat. Niepozorny mail a w nim propozycja napisania książki- przewodnika po Kubie! 

…pisze, pisze, pisze a w wolnych chwilach zwiedzałam Santiago i okolice.

…mój ulubiony miesiąc. Swoje okrągłe urodziny świętowałam w miejscu które chciałam odwiedzić od nie pamiętam ilu lat, na magicznej Wyspie Wielkanocnej.

…intensywna praca nad książką a dla relaksu trekkingi i winnice.

…ukoronowanie mojej ciężkiej pracy. Pod koniec września w księgarniach w całej Polsce ukazał się mój przewodnik po Kubie.

… wyskoczyłam na steka i wino do Argentyńskiej Mendozy.

…Halloween party, Święto Niepodległości, Festiwal Jazzowy…czyli bujne życie towarzyskie w Santiago 😉

… zawitałam na chilijskie wybrzeże, gdzie co roku w mieście Valparaiso odbywa się największy w całej Ameryce Południowej  pokaz sztucznych ogni. Spektakularny koniec roku i wyjatkowe pożegnanie 2014.

Na ten nowy 2015 rok, życzę wszystkim szczęścia,  podroży, mnóstwa wspaniałych chwil i wielu pozytywnych niespodzianek, takich które sprawiają, że każdy rok jest inny, wyjątkowy, po prostu niepowtarzalny.

Maroko, Marrakesz, Jardin Majorelle

W oczach mi się mieni od tych wszystkich kolorów. Soczyste pomarańczowe owoce, żółte kopce przypraw, czerwone i niebieskie dywany wiszące na blado różowym murze. Ale w tym momencie potrzebuje na gwałt koloru zielonego, aby odpocząć choć na chwilkę od gorącego i lepkiego zgiełku Marrakeszu.

Ruszam więc w kierunku Jardin Majorelle, małej oazy spokoju, w środku tego chaotycznego miasta. Trafić tam nie jest wcale tak łatwo, ale po drodze spotykam równie zdezorientowanych co ja, trzech młodych chłopaków. Mohammad i Salman pochodzą z Iraku ale praktycznie od dzieciństwa mieszkają w Holandii a Raffaele jest Włochem przebywającym na kontrakcie w Maroko. Cała trójka spotkała się wczoraj, błądząc po uliczkach Medyny. W dalszą drogę wybieramy się już razem, co jakiś czas zagadując przechodniów o właściwy kierunek.

Wysoka brama broni dostępu do miejsca absolutnie wyjątkowego, prawdziwego zaczarowanego ogrodu. Już od pierwszego kroku, uderza w nas magia której dajemy się ponieść przez kilka kolejnych godzin. Bambusowy labirynt wiedzie nas do małego zagajnika z kamiennymi ławami. Tuż obok stoją potężne kolorowe donice z egzotycznymi kwiatami a z oddali dobiega szum fontanny. Rozsiadamy się wygodnie i w przyjemnym cieniu palm, zaczynamy rozmawiać o podróżach.

 

Ogród został zaprojektowany przez francuskiego malarza Jardina Majorelle na początku XX wieku. W latach osiemdziesiątych podupadającym obiektem zainteresował się słynny projektant mody, Yves Saint Laurent. Od dawna fascynowało go Maroko, architektura i kolory tego niezwykłego kraju. Pragnął tutaj znaleźć miejsce, gdzie mógłby w spokoju oddawać się projektowaniu. Olbrzymim nakładem pracy (m.in sprowadził wiele egzotycznych roślin) doprowadził ogród do świetności, tworząc wyjątkową i niepowtarzalną oazę. Projektant lubił przyjeżdżać tu ze swoim życiowym partnerem Paulem Berge, nawet kilka razy do roku. Po śmierci, prochy Yves Saint Laurena zostały rozsypane wśród bambusowych zagajników i kwiecistych drzew.

Ośrodek jest bardzo duży, od strony ulicy otacza go wysoki ceglany mur. To co wyróżnia go od innych ogrodów to swego rodzaju symetria, dbałość o detale, różnorodność i przede wszystkim kolorystyka. Dominującą barwą jest tutaj soczysty niebieski i jaskrawy żółty, które doskonale łączą się z wszechobecną zielenią drzew. Futurystyczna, kolorowa willa w w energetycznych barwach, przyciąga wzrok niemal od samego wejścia. Aby dostać się do domu trzeba najpierw pokonać alejkę wysadzaną kafelkami w stylu arabskim, otoczoną ścianą wysokich kaktusów. Po obu stronach znajdują się błękitne oczka wodne z niewielkimi fontannami. Wprawdzie willa nie jest udostępniona do zwiedzania, ale można zajrzeć do kilku niewielkich pomieszczeń w których wiszą plakaty autorstwa Yves Saint Laurenta i pamiątki związanego z jego życiem.

Kontynuujemy nasz spacer bez zbędnego pośpiechu, rozkoszując się przepięknym widokiem. To miejsce ma w sobie niezwykły spokój, ciszę i harmonię, że aż chce się tutaj zostać jak najdłużej. Dodatkowo to prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników natury, architektury i mody.

Naładowani pozytywną energią, kierujemy się do wyjścia. Pomiędzy drzewami chowa się brama, a za nią huk samochodów, hałas miasta i prawdziwy żar z nieba. Jeszcze przez chwile oddycham rześkim powietrzem i przechodzę na drugą stronę. Razem z chłopakami idziemy na kolacje a potem udajemy się na plac Dżamaa al-Fina.

Gdy kilka miesięcy później, w środku szarej i ponurej zimy, Salam przysyła mi zdjęcie naszej czwórki siedzących na kolorowej ławce, opartych o niebieską ścianę, z kolorowymi donicami po bokach, uśmiecham się sama do siebie. Tego właśnie było mi trzeba na zimową depresję. Prawdziwej Marokańskiej terapii kolorów prosto z Jardin Majorelle.